Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee” (nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu), Redakcja odnotowuje tutaj statystyki Państwa wizyt - według danych podawanych każdemu wydawcy przez Blox **** Liczba wizyt w Gazecie Autorskiej IMPRESJee: 6 822 555. A liczba wizyt w gazecie i podstronach: 9 148 399 **** W Blox na TOP 1000 Gazeta Autorska „IMPRESJee” zajmuje pierwsze miejsce popularności w kategorii: Media Zapraszam Państwa do lektury - Redaktor naczelna
Blog > Komentarze do wpisu

Z krainy absurdów. Uzdrawianie klimatem

Nie tłumiąc odruchów wstrętu do licznych niedorzeczności, zwanych nonsensami lub absurdami, i różnych też jawnych czy niejawnych form ich ewolucji bądź przejawów gorliwości w alogicznym ich  cywilizowaniu, zawsze sugeruję  konieczny wysiłek w ocenie ich genezy, natężenia, zasięgu i znaczenia. I sama zadaję sobie trud w ustaleniu etapu ich pełzania w rzeczywistości: dopiero wstępny, raczej – kontynuacji, może schyłkowy? A takie na przykład uzdrawianie klimatem w kurortach...

Dobry i zdrowy klimat jest cenny. Ceniony także. Opłaty klimatyczne w miejscowościach uznawanych za wypoczynkowe czy uzdrowiskowe to ta swoistość regionalna czy lokalna, której jednak nie sposób pominąć na długiej liście prowokacji. Prowokacji uderzających w synapsy niczym nieokiełznany ocean. Kurort, uzdrowisko, cud naturalnej natury, błyskotka regionu, perła wręcz, jak wyśpiewują  slogany reklamowe, okazuje się nadal i najczęściej miejscem zurbanizowanym na wzór i podobieństwo tych nie-pereł, nie-uzdrowisk i nie-kurortów, a które się opuszcza z zamiarem zaczerpnięcia łyku świeżości natury. 

W owym i każdym cud uzdrowisku bezwęchowcy wcale nie mają się lepiej. Utrata węchu  nie jest taką właściwością nabytą, która kogokolwiek nią dotniętego mogłaby chronić przed skutkami wdychania fetorku spalin, lecz jedynie i co najwyżej nieco uprzyjemniającą kontakt z nimi. W kurorcie samochodów bez liku. Spaliny, teraz oczyszczane przez filtry eko różnej maści, mają jednak tyle wspólnego ze zdrowym klimatem, ile wspólnego ma z czystym, ożywczym tlenem i wyczywalnymi przez węchowców upajającymi aromatami natury – dym na całą okolicę z fabryki chemicznej czy kopcący z komina domostwa, w którym spala się plastikowe butelki po napojach i inne palne śmieci. A co wspólnego ze spalinami ma uzdrawianie?

Nie ma czystego powietrza w tych miejscowościach (a więc niby-uzdrowiskach), które jest elementem zdrowego klimatu równie ważnym jak czysta woda (tej źródlanej darmo by wyczekiwać w kranach czy poidłach publicznie dostępnych. A jeśli takie w ogóle przyszłyby komu do głowy jako docelowe dobro powszechne, a tymczasowo choćby jako wabik turystyczny, lokalna atrakcja, temu chwały nie odmówię). Zagadką pozostaje wobec tego najpierw szyld uzdrowiska, którym świeci się w oczy na tysiące sposobów. Drugą zagadką są opłaty klimatyczne pobierane od przyjezdnych z nie-kurortów i nie-uzdrowisk. Są one znakiem lokalnej polityki społecznej bądź ekologicznej, również nie gardzącej potrząsaniem grosiwem w kieszeni przyjezdnych. To akurat potrząsanie zresztą jest subtelne. Pewnie wyważone do takiej oceny walorów prozdrowotnych kurortu, że trudno je niekiedy nawet dostrzec, a cóż dopiero wynosić pod niebiosa. A co szczególne, nie wiadomo, czy  owa opłata klimatyczna czyni przybysza inwestorem w jakieś lepsze widoki klimatyczne na przyszłość, czy ma być li tylko wyrazem jego subordynacji i podtrzymywać lokalną demokrację na zarządzanym przez nią podwórku natury.

Strefy ciszy, ruchu alternatywnego. Marzenie, a może podszept utopistki? Gdyby demokracja lokalna w miejscowościach uzdrowiskowych, a raczej zwanych uzdrowiskowymi, przecież cenna, zdobyczna, samorządowa jak wszędzie, odpowiedzialna za powierzone jej zadania, zapragnęła tego, co sprzyjałoby mikroklimatowi i jego ocenie: doskonały, nie wahałaby się w rozwiązaniu problemów ze spalinami czy hałasem. I rozważałaby wprowadzenie stref ciszy, stref bez ruchu kołowego w wielu miejscach w kurortach. Takich stref w „kurortach nadmorskich”, najlepiej przeze mnie rozpoznanych, wyraźnie  brakuje.  Aż marzy mi się, by pasy nadmorskie, przyplażowe, w okolicy deptaków wreszcie stały się miejscami autentycznego wypoczynku, ukojenia, bliskości z naturą, oddechu czystym powietrzem. Tymczasem przybysze z miast: młodzi, starsi, rodziny z dziećmi, kuracjusze ze wskazaniami medycznymi zamiast odczuwać komfort – wdychają tam spaliny, są nękani warkotem silników i  nierzadko raczeni widokiem nieudacznych bud rozrywkowych, serwujących zresztą na domiar złego każda inną decybelową uciążliwość, a w efekcie – męczącą kakofonię.

Te wątpliwe uroki są powszechnie krytykowane, a najlepszym komentarzem sfrustrowanych jest ich ucieczka po chwili  pobytu w tych miejscach w jakieś lepsze zakątki czy nad brzeg morza. Za to artyści występujący na ulicach, promenadach przyciągają tłumy czy to śpiewem, czy swoimi dziełami, happeningami. Ten rodzaj rozrywki i kontaktów z twórcami w miejscowościach nadmorskich, kurortowych, cieszący się uznaniem i popularnością,  jest już od kilku lat coraz bardziej doceniany także przez lokalne samorządy. A w bibliotekach publicznych są planowane na sezon letni liczne kameralne spotkania czy wystawy, a nawet koncerty i festiwale. 

Jest jakaś szansa na oczekiwane i konieczne zmiany? Taką wiązałabym z  inwestycjami prozdrowotnymi, które tlą się w mojej wyobraźni: na obrzeżach miejscowości uzdrowiskowej strzeżone i zadaszone parkingi publiczne dla pojazdów spalinowych i w pobliżu – publiczne wypożyczalnie pojazdów elektrycznych (cichych i bezfetorkowych przecież). Te obiekty, zarządzane przez inwestorów: gminę, miasto, miasteczko czy wioskę (ekoturystyczną), byłyby dobrą wizytówką-marką miejscowości uzdrowiskowej. Bezpłatność tych usług dokonałaby z pewnością cudu w  środowisku naturalnym każdego uzdrowiska. A przybysze szukający przyjaznych im warunków wypoczynku w miejscowościach ze strefami ciszy czy wypożyczalniami pojazdów elektrycznych mieliby pewność, że  opłata klimatyczna (w kwotach sensownie ustalonych) to cząstkowy koszt finansowania pożądanego przez nich dobrostanu.

Absurdalina jednak może jeszcze wiele... A może samorządowa demokracja lokalna w kurortach obierze jakiś inny, nowy kierunek? Najgorszy z mało możliwych, lecz nie dający się wykluczyć z powodu niewiarygodnej skali objawów działania absurdaliny (hormonu niewykrywalnego, więc dotąd nie zbadanego przez naukowców, a przeze mnie intuicyjnie uznanego za pierwszego winowajcę wszelkich niedorzeczności), zakładałby nakładanie kar na licznych gości, urlopowiczów i turystów za wydychanie przez nich dwutlenku węgla – bezwonnego gazu wzmagającego nie tylko lokalny, lecz globalny efekt cieplarniany. 

Stefania Pruszyńska 



piątek, 20 października 2017, impresje

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: