Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee”(nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu), Słonecznie Was zapraszam do odwiedzin Salonów mojej gazety, życząc inspirującej i miłej lektury - Redaktor naczelna. Statystyki Gazety Autorskiej „IMPRESJee”. * Liczba wizyt: 6 760 794 ** Wizyty w gazecie i podstronach: 9 062 367 W Blox na TOP 1000 Gazeta Autorska „IMPRESJee” na pierwszym miejscu popularności w kategorii: Media.
czwartek, 24 sierpnia 2006

W maju 1989 roku grupa członków NSZZ „Solidarność”, w tym ponad 40 członków Komisji Krajowej „S”. Wśród założycieli Porozumienia znaleźli się między innymi: Władysław Siła-Nowicki, Wiesław Chrzanowski, Antoni Macierewicz i Romuald Szeremietiew. Do stycznia 1990 r. uczestnicy Porozumienia spotykali się ośmiokrotnie w różnych regionach Polski.

  W grudniu 1989 r., na propozycję Jerzego Giedroycia, napisałem poniższy artykuł, który miał się ukazać w kolejnym numerze „Kultury”. Z powodów, których można się tylko domyślać, tak się nie stało. Artykuł nie był nigdzie opublikowany. Przypominam ten nieznany epizod  z historii „Solidarności”, bo mówią, że historia „magistra vitae”.  „Tygodnik Solidarność” ma być (jest) organem prasowym NSZZ „Solidarność”. Przynajmniej jest tak od 20. numeru tego pisma, kiedy przejęła je nowa redakcja, na czele z Jarosławem Kaczyńskim. Jak donosi „TS” nr 25, Prezydium KKW przygotowuje właśnie statut „TS”, żeby nie było już cienia wątpliwości, kogo i jak reprezentuje to pismo. Poprzednia redakcja gdzieś zboczyła z drogi związkowej, podobno urządzono tam pokaz nielojalności wobec Związku i Lecha Wałęsy, i dlatego musiała zostać wymieniona na nową. Nie wiadomo, na czym to zboczenie polegało. Jest to nadal sekret, jeden z wielu otaczających dzisiaj życie Związku, który na swoich sztandarach, w statucie i programie, na czołowym miejscu umieścił: JAWNOŚĆ i OTWARTOŚĆ. Jarosław Kaczyński utworzył zespół, do którego wprowadził cały szereg świetnych nazwisk, znanych nie tylko z ogromnych umiejętności, ale i z wielkiej osobistej odwagi, związanych z walką o wolność słowa przez cały okres delegalizacji Związku, a nawet przed Sierpniem. Funkcje zastępców naczelnego powierzył Krzysztofowi Czabańskiemu, Jackowi Maziarskiemu i Maciejowi Zaleskiemu; kierownictwo działem politycznym objął Krzysztof Wyszkowski; do zespołu weszli Piotr Wierzbicki i Jadwiga Staniszkis. Wszyscy - dusze rogate, niepokorne, nie uznające świętych krów.

  Istotnie. Pismo natychmiast nabrało rumieńców, wigoru, stało się pismem do czytania. Zapowiada, że od najbliższego numeru zacznie drukować "Diabelską Alternatywę" Forsytha; obok programu TV na 10 dni (!) drukuje eseje polityczne Jadwigi Staniszkis; na jednej stronie sąsiadują Jerzy Surdykowski i Piotr Wierzbicki - czyż wachlarz może być szerszy? Pismo dla każdego członka Związku: od uczonego po sprzątaczkę. Mein Liebchen, was willst du noch mehr? Już samo postawienie na czele pisma Wielkiego Związkowego Dygnitarza, jednego z najważniejszych ludzi Lecha Wałęsy, powinno rozwiać obawy o związkowej linii pisma. Tym bardziej że oświadczył on na samym wstępie: „Chcemy robić pismo otwarte, w którym będzie miejsce dla różnych poglądów i postaw reprezentowanych na równych prawach. Ma to być pismo całej Solidarności...”(TS nr 20).

 Podobne deklaracje złożyli wszyscy luminarze pisma. Jacek Maziarski, odchodząc z „Ładu”: "W imię przyzwoitości należy przeciwstawić się wpływowym koteriom. TS musi zachować związkową tożsamość, nie może stać się tubą żadnej grupy... te zasady nie podlegają żadnej dyskusji.  Piotr Wierzbicki: Choć będę pisać wcale nie to, co Solidarność chciałaby usłyszeć, to mi ona, we własnym interesie, nie zamknie ust. Zrozumiałem, że Wałęsa życzy sobie, żeby Solidarność była związkiem wszystkich Polaków. Wszystkich, a nie tylko niektórych. I dlatego zaproszenie przyjąłem.     Krzysztof Czabański: Odpowiada mi wizja pisma otwartego na wszystkie nurty ruchu Solidarność, pisma, które chce mówić wprost o polityce, bez owijania rzeczywistych różnic w gładkie słowa o świętej opozycyjnej zgodzie". Czabański stwierdza, że gdyby się mylił, gdyby miało okazać się, że „TS” ma być pismem posłusznym wobec części działaczy S, że nie chodziło o żadne otwarcie, tylko wręcz przeciwnie - o zamknięcie, to...„zapewniam, tak jak nie bałem się przyjść do TS, mimo silnych nacisków środowiskowych, tak nie będę się bał odejść”. Krzysztof Wyszkowski nie potrzebował składać deklaracji wierności związkowej. Złożył ją, de facto, już wcześniej, udzielając Krzysztofowi Czabańskiemu odważnego wywiadu dla „Kultury”, w którym przenicował Okrągły Stół, nie oszczędzając nikogo z wielkich rozgrywających, bezkompromisowo odsłonił kulisy tej niebywałej, socjotechnicznej rozgrywki. Wywiad szeroko rozpropagowała opozycja niekonstruktywna, w szczególności Solidarność Walcząca, przydając obu jego autorom nimbu autentycznej zadziorności i wiarygodności.
    Tak jest. „TS” poświęca sprawom związkowym wiele uwagi. Całe strony oddane są sytuacji w Związku, obradom KKW, teleksom z regionów, wiele artykułów traktuje o bolesnych sprawach związkowych. Pismo jest zaniepokojone biernością mas członkowskich, animozjami personalnymi wśród działaczy, trudną sytuacją ludzi pracy, niską frekwencją na zebraniach. ...No, czy właśnie tak nie powinno być? W połowie września przesłałem starej redakcji artykuł „Dlaczego razem?”, w którym podniosłem temat, mimo otwartości i związkowości „TS” pozostającym tematem tabu: sprawę Porozumienia na rzecz Przeprowadzenia Demokratycznych Wyborów w NSZZ „Solidarność”. Wyłożyłem w nim ideę Porozumienia i podjąłem próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego znaczna grupa znanych i nieznanych członków „S” tłucze się po całej Polsce od Szczecina do Katowic, od Wrocławia do Bydgoszczy, nadkłada trudu, czasu i pieniędzy, poszukując sposobu zapobieżenia rozłamowi w Związku? Dlaczego oficjalne władze związkowe udają, że tego nie widzą, dlaczego na sprawę tę ustalono zapis, uniemożliwiając opublikowanie nawet najprostszej na ten temat informacji?

Fakt, że stara redakcja tekst wyrzuciła do kosza, przyjąłem bez zdziwienia. Była to przecież redakcja, która według Jacka Maziarskiego okazała się nielojalna wobec Związku i jego ideałów. Gdy więc przeczytałem wszystkie wyżej wymienione deklaracje nowych redaktorów, natychmiast przesłałem artykuł Jackowi Maziarskiemu. Tak zaczął się mój flirt z nową redakcją. 30 października zadzwonił Krzysztof Wyszkowski i w uprzejmej rozmowie zapewnił mnie, że redakcja jest artykułem zainteresowana, ale... Chodziłoby o tekst trochę krótszy i troszeczkę stonowany, bardziej ku przyszłości, a mniej rozliczeniowy. Zgodziłem się. Napisałem tekst „Porozumienie - dlaczego?”. O połowę krótszy i wychodzący naprzeciw. Od tej pory co najmniej sześć razy miałem przyjemność konfereowania  z red. Wyszkowskim. Według jego słów, wszyscy trzej zastępcy naczelnego byli za. Nieuchwytny był tylko Naczelny, na którego zdanie wypadało poczekać. Wreszcie, 9 listopada, Krzysztof Wyszkowski zakomunikował mi ostateczną decyzję odmowną. Większość, niestety, była przeciw.

 No cóż. Jak demokracja, to demokracja. Inni członkowie Zespołu Redakcyjnego, z którymi rozmawiałem na ten temat, bezradnie rozkładali ręce. Trochę światła na sprawę rzuciła dopiero rozmowa z Piotrem Wierzbickim i jego artykuł „Familia, Świta, Dwór”. Pan Piotr, człowiek prawdomówny i nielubiący bawełnianej mowy, pierwszy wyłożył expressis verbis, że „TS” jest nie tyle pismem Związku „Solidarność”, ile organem „Dworu”, a więc frakcji skupionej wokół Lecha Wałęsy. Ja natomiast upominałem się o prawa związkowe tych, których na „Dworze” nie lubią. A co więcej, których się  na „Dwór” po prostu nie wpuszcza.  Bo np. „Familii” też nie lubią, ale się ją wpuszcza, nie mówiąc już o "Świcie", którą się nawet od czasu do czasu hołubi. Ja zaś znalazłem się na pozycji związkowego pariasa. Gdyby użyć analogii do formuł Piotra Wierzbickiego, pisałem w imieniu związkowych niedotykalnych - odpowiednika hinduskich „untouchables”,  z którymi sam kontakt już hańbi człowieka z wyższych sfer. Czy jednak nawet fakt istnienia owych „niedotykalnych” nie ma prawa być na „Dworze” poruszony? Albowiem ten sam Piotr Wierzbicki napisał w wymienionym tekście: „Gdy się zataja prawdę o podziałach, dwie brzydkie choroby życia publicznego przybierają postać epidemii. Pierwsza to choroba uzurpacji, polegająca na tym, że formacja stanowiąca tylko część i zaangażowana w rywalizację z innymi formacjami przedstawia samą siebie jako całość... Druga to choroba przebrania... Rozdział na Familię, Świtę i Dwór nie jest wieczny...  Ale postulat, żeby Polaków nie traktować jak idiotów, ani jak dzieci i nie zatajać przed nimi prawdy, będzie aktualny zawsze”. Nie wiem, czemu to przypisać: czy skutek odniosły cytowane słowa Piotra Wierzbickiego, czy stało się coś niezwykłego na „Dworze”, dość, że 12 listopada obaj Krzysztofowie: Czabański i Wyszkowski osobiście zakomunikowali mi, że decyzja została zmieniona: PUSZCZAMY! Koniecznie trzeba drukować. Ale jako dwugłos. Z repliką, którą napisze Jacek Maziarski. Ucieszyłem się. Pogratulowałem. Zbudowałem się: no, proszę, jaki światły „Dwór”! Niestety. Radość była przedwczesna. Na „Dworze” znowu coś zaszło, minął już miesiąc, a od zaprzyjaźnionego członka zespołu redakcyjnego wiem, że nie puszczają. Repliki nie będzie. Podobno nie było komu napisać na odpowiednim poziomie. A bez repliki nie można. Lepiej udać, że sprawy nie ma. „Sui generis” repliką było natomiast opublikowanie w TS nr 25 wywiadu z Wysokim Dworskim Dygnitarzem Andrzejem Milczanowskim, który z iście prokuratorską gracją oświadczył: „Na żadne 
wspólne wybory nie pójdziemy. Nie pójdziemy na żadne wspólne komisje wyborcze. Koniec. Kropka”.

No tak. Niech się untouchables organizują w swój związek kulisów i sami wybierają. Od „Dworu” im wara. Tytuł wywiadu z JW Panem Milczanowskim: „Jaki to związek”. Ano właśnie taki.

 W „TS” nr 28 członek Zespołu Redakcyjnego Jan Skórzyński pyta, zupełnie tak, jakby nie pracował  w redakcji „TS”, tylko w jakimś „Daily News” w Albuquerque: „>>Tygodnik Solidarność<< dla wszystkich jest zatem czy tylko dla niektórych?”. „Dwór” to przecież miejsce na mapie „Solidarności” ważne, ale przecież nie jedyne. K. Czachor, młody dziennikarz „TS”, wydelegowany 17 listopada na spotkanie Porozumienia w Bydgoszczy, oświadczył publicznie: „Zapewniam państwa, że relacja ze spotkania będzie rzetelna. Pan Czachor jest człowiekiem bardzo młodym, na Dworze przysposabia się zaledwie do czegoś w rodzaju pazia. Może, składając takie deklaracje, prawdopodobnie jeszcze nie wiedział, na czym polega jego rola?”.
  Red. Skórzyński jakby nie miał wielkiej ochoty być na „Dworze”. Ale przecież wie, że chętnych do służby jest wielu. Deklaruje więc na wszelki wypadek (a nuż Cesarz usłyszałby jego wątpliwości?): "Dwór to wprawdzie nie byle jaki. Króluje w nim wszak Lech Wałęsa. Prawda, że trudno o lepszego władcę. Monarcha to mądry i łaskawy, przez lud swój umiłowany, a i nieprzyjaciele go szanują… Jeśli TS został już na trwałe do Dworu przypisany i jest jego wyłączną własnością? No, cóż, także na Dworze można robić rzeczy pożyteczne. Ja proszę o posadę błazna". Zdaje mi się, że Pan Skórzyński już tę posadę ma. Tylko, w odróżnieniu od dawnych błaznów dworskich, którzy skakali przed orszakiem, rozśmieszając gawiedź, on potulnie ciągnie się w pochodzie, o którym tak pisał pewien skandynawski poeta: „Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: Muszę wytrzymać do końca procesji. I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było”. Paryż, 8 grudnia 1989 r.

Jerzy Przystawa

PS Wrocław, 18 stycznia 1990 r. W 27. numerze „TS” ukazał się artykuł Krzysztofa Czachora pt. „Nie zdradziłem Lecha Wałęsy”, który jest niczym więcej niż paszkwilem, zniesławiającym uczestników spotkania w Bydgoszczy. K. Czachor nie używa nawet nazwy „Porozumienia”, lecz posługuje się etykietą „Grupa Robocza”, co jest świadomym zabiegiem dezinformującym. Metodą sfabrykowanych cytatów, powkładanych w usta przemawiających na spotkaniu, metodą pomówień i kuluarowych niedyskrecji, konferencja została przedstawiona jako jakiś spęd prymitywnych żydożerców, którzy nie lubią Lecha Wałęsy, nie lubią Żydów, ale za to szukają porozumienia z OPZZ. Redakcja „TS” odmówiła opublikowania repliki – sprostowania. Oczywiście, nie po to pisze się paszkwile, żeby potem drukować repliki. W „Solidarności” uprawia się dziś Wielką Politykę i domaganie się przestrzegania jakiejś kultury dziennikarskiej okazuje się naiwnością. Wydrukowania repliki odmówił także Europejczyk Roku - Adam Michnik, a nawet Czcigodny Autor Etyki Solidarności Ksiądz Profesor Józef Tischner. Mamy więc do czynienia ze szczelną blokadą informacyjną na temat „Porozumienia”. Tworzą ją wszystkie liczące się publikatory w Polsce, od pism występujących pod szyldem „Solidarności”, poprzez prasę katolicką, po pezetpeerowską.

O czym świadczy ta solidarna determinacja wszystkich partnerów koalicji okrągłostołowej niedopuszczenia do świadomości publicznej rzetelnej informacji na temat „Porozumienia”? Oczywiście, każda blokada informacji jest dowodem obawy przed ujawnieniem informacji niewygodnych. Skoro jednak cały naród popiera to, co robi Lech Wałęsa, a krytykują go wyłącznie jacyś ekstremiści, jakiś marginalny odłam jakichś radykałów – to czego się tu obawiać? Mając za sobą cały potencjał intelektualny kraju, czyż trzeba się bać paru nawiedzonych maniaków? Ostatnie wydarzenia w Polsce zdają się świadczyć o tym, że te obawy mogą być uzasadnione. Wbrew klątwie Lecha Wałęsy nałożonej przez niego na ludzi, którzy nie podporządkowali się jego dyktatowi,  w Bydgoszczy, Łodzi i Lesznie na stanowiska przewodniczących regionów wybrani zostali członkowie Grupy Roboczej Komisji Krajowej i uczestnicy Porozumienia: Jan Rulewski, Andrzej Słowik i Eugeniusz Matyjas. We Wrocławiu, pomimo energicznej kontrakcji ze strony RKW, 8. Spotkanie „Porozumienia”  13 stycznia zgromadziło przeszło dwukrotnie więcej uczestników, niż którekolwiek z dotychczasowych. Można więc zrozumieć, dlaczego Wałęsa nie dopuścił do jakiegokolwiek kompromisu w Szczecinie: ma on świadomość, że żaden z jego faworytów ani Milczanowski, ani Radziewicz nie mieliby szans w szrankach wyborczych z Marianem Jurczykiem.
   

Czy ta strusia taktyka, polegająca na przechodzeniu do porządku nad konfliktami o charakterze podstawowym, blokowaniu informacji, niedopuszczaniu do artykułowania postaw niewygodnych, może przynieść jakieś pozytywne skutki? W najnowszym zeszycie „Kultury” wypowiada się Krzysztof Czabański, jeszcze niedawno niezależny dziennikarz, a dziś wierny dworzanin Wałęsy. W artykule „A po roku zabłyśnie słońce” poszukuje alternatywy na spodziewany upadek rządu Mazowieckiego. Stawia na mocny ruch komitetów obywatelskich, które łącznie ze wzmocnionym Związkiem stanowiłyby na tyle silne oparcie dla Wałęsy, że... musiałoby dojść do faktycznego podziału władzy między prezydenta a przewodniczącego „Solidarności”... że system prezydencki, ograniczony przez S oznaczałby likwidację niskich i średnich szczebli nomenklatury. Musiałaby ona zniknąć z fabryk i gmin...

Jest pewien szkopuł z tą wizją, który zamienia ją w jeszcze jedno pobożne życzenie. Aby społeczeństwo, ogołocone z elit, mogło samorządnie się rządzić na szczeblu fabryki i gminy, musi jakimś cudem wyłonić z siebie to, co ma najlepszego - lokalne elity. Tak się jednak nie stanie, jeśli metodą praktyk uprawianych  na „Dworze” będzie się je nadal zapędzać do podporządkowania jedynie słusznej linii, tłumić i eliminować głosy krytyczne i ludzi niezależnie myślących. Powtórzenie numeru z komitetami obywatelskimi, którym się przypisuje sukces wyborczy z czerwca ubiegłego roku, może wprowadzić na szczeble lokalnych władz nowych ludzi, ale wolno mieć uzasadnione wątpliwości, czy będą to ci ludzie, którzy na tych stanowiskach powinni się znaleźć. 



Sprawa ordynacji wyborczej do samorządu, jej nowa formuła, jest jedynie kolejnym elementem walki partii politycznych ze społeczeństwem - walki, która toczy się w Polsce nieprzerwanie od 1989 roku.

Świadomie pomijam tu okres PRL, ale doświadczenie tamtego półwiecza jest bardzo istotne dla charakteru  i przebiegu tej walki. Polacy, w swojej ogromnej masie, mają alergię na samo słowo: partia polityczna, jakiej nabyli w tamtym okresie. 17 lat upływających w nowym rozdaniu historycznym wcale nie przyczynia się do eliminacji tej alergii, powiedziałbym – przeciwnie, tę niemaskowaną niechęć tylko pogłębia. O tym, że tak właśnie jest świadczą zarówno wyniki kolejnych wyborów parlamentarnych, jak  i nikła liczebność partii politycznych. Dzisiaj zapisywać się do partii mało kto chce i myślę, że bez ryzyka większego błędu szacować możemy członków wszystkich partii politycznych razem na nie więcej niż  200 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że mamy 2,5 tysiąca gmin, to ta liczba oznacza, że na jedną gminę  przypada, statystycznie, nie więcej niż 80 członków różnych partii. Szeregi partyjne znajdujemy przede wszystkim w Warszawie, a potem w wielkich miastach. Polska na mapie partyjnej jest jedną wielką białą plamą. Obrazu tego nie powinny nam przesłonić ani „Parteitagi”, jakie są nam pokazywane w telewizji, ani wyniki wyborów parlamentarnych i zdobywane przez te partie głosy.

 Każda z partii jest w stanie zgromadzić na pokaz swoje kadry w dowolnej sali, natomiast wybory w ordynacji partyjnej uniemożliwiają start w wyborach ludziom z partiami niezwiązanymi. Nasze bierne prawo wyborcze jest łamane i tylko kandydaci dużych, dysponujących odpowiednimi środkami materialnymi partii, mają szansę skutecznego udziału w wyborach. Wprawdzie w Polsce nie jest aż tak źle, jak np. na Ukrainie, gdzie w wyborach uczestniczyć mogą wyłącznie partie, i to tylko te zarejestrowane co najmniej na pół roku przed wyborami, ale w gruncie rzeczy różnica jest praktycznie werbalna i istota rzeczy jest w zasadzie ta sama. Polska jest krajem katolickim i autorytet hierarchii kościelnej jest zawsze bardzo duży. Stąd bierze się stosunkowo wysoka frekwencja wyborcza, ostatnio aż 40%! Ciekawe, jaka byłaby frekwencja wyborcza, gdyby biskupi, za każdym razem, nie wzywali do udziału w głosowaniu pod karami piekielnymi i gdyby przestali w tym przypadku mówić o „grzechu zaniechania”?

Wymowne są ostatnie wybory samorządowe: wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Kiedy obywatele polscy po raz pierwszy uzyskali realną możliwość dokonania wyboru pomiędzy głosowaniem na przedstawicieli partii a głosowaniem na ludzi z partiami niezwiązanymi, dokonali prawdziwej „rzezi” partii, które uzyskały nawet 25% wszystkich mandatów! 3/4 stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostało powierzonych ludziom, którzy albo zdecydowanie odcięli się od partii politycznych, albo też szyld partyjny głęboko ukryli i wystąpili jako kandydaci niezależni. Wyniku tego nie sposób traktować inaczej jak kompromitacji partyjniactwa na szczeblu lokalnym.

Wielki filozof i socjolog hiszpański Jose Ortega y Gasset, w książce „Bunt mas” napisał: „Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu”.  Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym. Procedura wyborcza rozstrzyga przede wszystkim o typie partii wyłanianych i doprowadzanych do władzy. Procedura tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej, obojętnie czy to w tak skrajnie partyjniackiej postaci jak na Ukrainie, czy w takiej jak w Polsce, prowadzi do powstania partii scentralizowanych, wodzowskich - „partii nowego typu”, które natychmiast przekształcają się w zbiurokratyzowane, scentralizowane aparaty. Struktura tych partii przypomina piramidę: na szczycie jest nieomylny wódz, wokół niego biuro polityczne, komitet centralny, który zawsze aprobuje zalecenia biura, i nie mające wpływu na ich politykę „doły partyjne”. To bezpośredni skutek przywilejów, które ordynacja wyborcza przyznaje partiom i procedurze układania list wyborczych.
  Zupełnie inny charakter mają partie wyłaniane przez system wyborów w JOW, przede wszystkim w takich JOW, jakie propaguje Ruch na rzecz JOW, a więc wyborów na wzór brytyjski. Partie wodzowskie nie mają tam szans wyborczych, ponieważ do zdobycia mandatu w okręgu jednomandatowym trzeba czegoś więcej niż dyspozycyjności i posłuszeństwa wobec wodza. Natomiast ludzie, którzy potrafią zwyciężyć w okręgu jednomandatowym stają się odpowiedzialni przed wyborcami i nie są skłonni bezdyskusyjnie podporządkowywać się centrali. Widzimy to doskonale na przykładzie wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy zdobyli mandaty z pomocą różnych partii politycznych w wyborach 2002 roku. Dlaczego w 1989 roku nie poszliśmy drogą JOW w Polsce, tylko uparcie stosujemy system wyborów partyjnych?  Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna: taka była racja stanu PZPR, która musiała, w rezultacie przekształceń geopolitycznych, podzielić się władzą z tzw. opozycją demokratyczną. Przy innym systemie wyborczym już dawno zapomnielibyśmy o spadkobiercach pezetpeerii. Łatwo zrozumieć dlaczego tzw. ordynacja proporcjonalna tak dobrze posłużyła – i nadal służy – postkomunistom, w przeciwieństwie do wszystkich innych, nieustannie tworzących się nowych partii politycznych?  Wybory w kluczu partyjnym, w wielkich, ok. milionowych okręgach wyborczych, na dodatek z koniecznością przekroczenia progu wyborczego, wymagają ogromnych pieniędzy i rozbudowanych struktur partyjnych. 17 lat temu jedynymi partiami, które tymi środkami i strukturami dysponowały, były partie postkomunistyczne, a więc SLD i PSL. I, jak widzimy, są to jedyne partie, które przez te wszystkie lata i wszystkie kadencje wchodzą do Sejmu, podczas gdy inne partie okazały się być typowymi partiami sezonowymi – na jeden, czasem dwa sezony polityczne. Będąc przy władzy partie te w „sezonach” toczą niezmordowaną walkę ze społeczeństwem o zdobycie środków i zaplecza, umożliwiających dalsze utrzymanie się i przetrwanie na tym miejscu. Jest to nieustanny nacisk na budżet państwa, z którego partie muszą wyrwać jak najwięcej. Podobnie jest w samorządach. Badania niedawno zmarłej dr Wisły Surażskiej pokazały, jak to się dzieje w gminach. Dr Surażska zbadała budżety gmin, w których zmieniono ordynację wyborczą, wprowadzając, w miejsce poprzedniej ordynacji większościowej ordynację proporcjonalną. Dotyczy to gmin o liczbie mieszkańców pomiędzy 20 i 40 tysięcy. We wszystkich tych gminach, jak pokazała Surażska, wzrósł deficyt budżetowy. 
   Niestety, jak tego dobitnie dowodzi przykład AWS, nawet zdobycie pełni władzy na cały sezon polityczny nie wystarcza na zdobycie środków i zbudowanie odpowiednich, trwałych struktur na obszarze całego kraju. Jest pytaniem otwartym, czy władza, jaką zdobył PiS okaże się, zgodnie z oczekiwaniami Jarosława Kaczyńskiego, wystarczająca do trwałego umocowania jego partii na scenie politycznej?
 Jako najbliższy etap tej walki rządzące obecnie partie uznały nadchodzące wybory samorządowe, a instrumentem, który ma temu służyć, jest nowa ordynacja wyborcza. W ostatnich wyborach rządzącej koalicji partie zdobyły: 20 wójtów (S – 15, LPR – 5), 7 burmistrzów (S - 4, LPR – 3), prezydentów miast – 3 (PiS). Daje to zaledwie 1,2% wszystkich dostępnych stanowisk. Dzisiaj, oczywiście, partie te mają znacznie większą siłę i możliwości. Ale nawet gdyby ten wzrost był dziesięciokrotny (!), to i tak nie wydaje się, żeby to uchroniło je przed klęską wyborczą. 
  Chyba że uda im się jeszcze raz, w ostatniej chwili, zmienić procedurę wyboru burmistrzów, a wiemy, iż taki pomysł jest całkiem poważnie rozważany. Wtedy, oczywiście, zwycięstwo partii politycznych jest zapewnione. Klęskę poniesie tylko samorządna Polska.

Tak jak racją stanu obecnych partii politycznych jest utrzymanie, za wszelką cenę, tzw. proporcjonalnego systemu wyborczego – w takim czy innym wariancie – tak racją stanu samorządnego społeczeństwa jest przeciwstawienie się temu i maksymalne ograniczenie zaborczych zapędów partii w społecznościach lokalnych. Ta racja stanu wymaga obrony zasady bezpośredniego wyboru wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, usunięcie szkodliwych zapisów tej ordynacji (przede wszystkim ograniczenia  biernego prawa wyborczego, zniesienia drugiej tury itp.), przeciwstawienie się dalszemu uprzywilejowaniu partii politycznych w ordynacji i strukturach samorządowych. 

Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że źródło partyjniactwa tkwi w Sejmie i w ordynacji wyborczej do Sejmu. Propozycja JOW nie jest propozycją walki z partiami politycznymi w ogóle, lecz z partiami, które „produkuje” tzw. proporcjonalny system wyborczy, a więc z ustawowym, konstytucyjnym ich uprzywilejowaniem.  W brytyjskim systemie JOW partie polityczny nie posiadają żadnych przywilejów ustawowych. Dzięki temu system ten tworzy partie zdrowe i silne poparciem obywatelskim. W ten sposób otwiera im naturalną, społecznie aprobowaną drogę do objęcia władzy, samodzielnego rządzenia i realizowania programów przedstawianych społeczeństwu. System wyborczy w Polsce wymaga, aby partie te wydarły społeczeństwu jak największą ilość środków, umożliwiających im urządzenie się. Dopiero, kiedy urządzą się, mogą przystąpić do rządzenia i realizowania programów. Historia ostatnich 17 lat dowodzi, że jeszcze zanim się urządzą – znikają ze sceny politycznej. Wydaje się, że najwyższy już czas, aby przerwać to błędne koło.

Jerzy Przystawa

 



sobota, 29 lipca 2006


W Baranowie podczas wielkopolskiego Konwentu Marszałków RP  minister rozwoju regionalnego Grażyna Gęsicka i marszałek woj. wielkopolskiego Marek Woźniak zasiedli przy jednym stole. Tutaj odbywał się pierwszy raz w Wielkopolsce konwent marszałków województw RP. 

Czym jest tytułowy konwent? To gremium 16 marszałków województw - opiniotwórcze i zarazem doradcze, obradujące w województwie, któremu powierza się prezydencję, czyli kompetencje władztwa nad całością. W posiedzeniach Konwentu uczestnikami są także delegaci lokalnych samorządów, przedstawiciele administracji rządowej i centralnych instytucji. Zorganizowanemu po raz pierwszy w Wielkopolsce Konwencie Marszałków RP przewodniczył marszałek woj. wielkopolskiego Marek Woźniak. W tej roli zresztą pozostanie podczas przewidzianych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy kolejnych konwentów w regionie.Laskę marszałkowską otrzymał on od marszałka woj. lubelskiego Edwarda Wojtasa na Zamku Królewskim w Lublinie podczas uroczystego ostatniego konwentu Lubelszczyzny. Dla całego regionu Wielkopolski aktualna prezydencja Konwentu Marszałków ma być doskonałą sposobnością do promocji, co podkreślał marsz. Woźniak na konferencji prasowej. Na 27 lipca br. przygotowano niemal całodzienny program spotkań: debaty, rozmowy, konferencję prasową, a na koniec uczczenie kwiatami 50. rocznicy Poznańskiego Czerwca`56 pod pomnikiem Poznańskich Krzyży na pl. A. Mickiewicza. Do podpoznańskiego Baranowa zaproszono: minister rozwoju regionalnego  Grażynę Gęsicką, wiceministra rozwoju regionalnego Władysława Ortyla, dyrektor Biura Prawnego w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego Dorotę Chlebosz, podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów Zbigniewa Dynaka, z-cę dyr. Departamentu Instytucji Płatniczej w Ministerstwie Finansów Beatę Rudzką, prezesa Związku Banków Polskich Krzysztofa Pietraszkiewicza.

Ored

Fot.: Krystyna Czajka


 

środa, 19 lipca 2006

Przez dwa dni, 8 i 9 lipca, rozbrzmiewała w Ostrowie Wielkopolskim „muzyka duszy”. Pod olbrzymim namiotem, pod którym może pomieścić się 2 tys. osób, łączyli się w tańcu dziadkowie i wnuki. Nawet finał piłkarskich mistrzostw świata nie stanowił konkurencji. Występowali tu m.in.: Habakuk, Yugus i Bastion.

Letnia miłość. Festiwal  zorganizowano już po raz szósty. Gdy startował, była to jedna z kilku cyklicznych imprez w Polsce. „Naszą dumą – jak podkreślono w specjalnym festiwalowym dodatku  „Gazety Ostrowskiej” – jest to, że ostrowska impreza wciąż zalicza się do ścisłej krajowejczołówki gatunku”. Każdego roku pojawiają się interesujący wykonawcy, goście z całej Polski mają zagwarantowane przyzwoite warunki socjalne oraz zapewnione bezpieczeństwo i dobrą zabawę. Uroku dodaje też malownicze miejsce. Przez spiętrzenie wód niewielkiej rzeki Ołobok powstało ono na miejscu zwanym przez mieszkańców Wenecją - to Zalew Szczygliczka. Nad wodą znajduje się park rekreacyjny z kąpieliskiem, a w pobliżu - ośrodek jeździecki Borowianka.

Druga odsłona.  Już od kilku lat drugi dzień festiwalu wypełnia Etno Eko Fest. To muzyczna podróż po brzmieniach całego świata. Niestrudzenie organizuje go redaktor naczelny Magazynu Muzycznego Brzmienia Krzysztof Wodniczak. Skupia on członków Stowarzyszenia Ostrowian w Poznaniu oraz Stowarzyszenia MuzycznegoBrzmienia. Honorowy patronat nad festiwalem objął prezydent Ostrowa Wielkopolskiego Jerzy Świątek. Kiedy tylko pojawił się na Piaskach, powitali go Peruwiańczycy i przy dźwiękach fletni wprowadzili na scenę. Tak honoruje się najmilej witanych gości.

Świat wielkiej sceny. W tym roku wystąpili: goście z Brazylii i Peru - Bravo Chura, KROS, Krzysztof Jarmużek, Kwartet Jorgi, Sun Flower Orchestra i zespół Amaryllis. Szczególnie ten ostatni zafascynował najmłodszych połączeniem gatunków muzycznych oddzielonych od siebie dziesiątkami wieków. Motety, monodie i ujmujące prostotą tradycyjne tematy muzyczne połączył z pełnym energii, niebanalnej harmonii i nieprzewidywalności progresywnym rockiem. Duszą zespołu jest kompozytor, aranżer i gitarzysta Marek Domagała. Za jego namową do grupy przystąpiła absolwentka Akademii Muzycznej, dyrygentka z bogatym doświadczeniem chóralnym, wokalistka Ewa Domagała. Wielkie zainteresowanie budził Henryk Kasperczak - lutnista, pedagog zajmujący się głównie wczesną muzyką renesansu.  Andyjskie rytuały, połączenie tańca szamana z naśladowaniem dźwięków gór zaprezentowali goście z Peru i Boliwii, aktorzy natury z zespołu Bravo Chura.

Starszą część widowni wręcz zaczarował swoim śpiewem i grą na instrumentach klawiszowych Piotr Wiza wespół z Sun Flower Orchestra. Pokazali oni ścieżkę przekształceń, zapożyczeń oraz inspiracji prowadzącą od muzyki klasycznej po nurt prezentowany przez Electric Light Orchestrę.

Krzysztof Jarmużek i zespół KROS, którego nazwa pochodzi od pierwszych liter imion jego członków: Krzysztofa Jarmużka, Rufusa Stancja, Olka Wierzbickiego i Stefana Śledzia, uraczyli ostrowską publiczność mieszanką doświadczeń kulturowych i tradycji muzycznych tworzących łącznie niepowtarzalny klimat muzyki określanej mianem world music. W tym muzycznym tyglu mieszają się elementy folkloru polskiego, peruwiańskiego oraz liczne głosy i ślady kulturowej tradycji. Zabrali słuchaczy w podróż do tradycji, z których nie zdajemy sobie często sprawy, ale które w nas tkwią i wpływają na naszą teraźniejszość.

Najbliższą naturze muzykę zaprezentowali bracia Rychli, założyciele legendarnej grupy Kwartet Jorgi. Nogi same rwały się do tańca przy mieszaninie słowiańskich i karpackich rytmów, którym wtórowały elektryzujące dźwięki piszczałek – drewnianych, metalowych, kościanych oraz sporządzanych z roślin będących właśnie pod ręką. Maciej Rychły, specjalista w grze „na ziołach”, twórca rekonstrukcji litofonu  i kitary, zaskoczył możliwościami piszczałki wykonanej z łodygi głośnego ziela o nazwie „Barszcz Sosnowskiego”. W niezwykle bogatych zbiorach instrumentów dętych lidera zespołu znajdują się obok zwykłych piszczałek jaworowych m.in.: sierszeńki (odmiana małych dudów), kukawka, multanki (instrument znany głównie z popularnej kolędy, w której „...na multankach grają...” pastuszkowie), ligawa, dudki oraz flety z rurek mosiężnych zawiniętych w korę brzozową, dwojnica czy rogi.  O otwartości i muzycznej odwadze zespołu świadczy najdowodniej fakt, iż wykonują oni z powodzeniem kompozycje Chopina, Szymanowskiego czy Lutosławskiego oraz współpracują z wieloma grupami teatralnymi, uważanymi za ważne i wybitne. Pisali muzykę do przedstawień dla Gardzienic, teatru Kana, zakopiańskiego Teatru Witkacego, Teatru Lalkowego w Warszawie i Towarzystwa Wierszalin. Koncertowali również ze słynnym bretońskim muzykiem Davidem Hopkinsem. Muzyka przyrody jest nieustanną podróżą w przód i do głębi. Doświadczaniem olśnienia urodą świata i magią dźwięku. Oswajaniem czasu i jego odkładaniem w pamięci. Dobrych i energetyzujących kamyków.

Krzysztof Styszyński


 

Publikacja arch. Jest dostępna w Portalu Autorskim IMPRESJee.pl www.impresjee.pl

http://impresjee.pl/na-etno-eko-fest-2006-w-ostrowie-wielkopolskim-zauroczyla-sluchaczy-muzyka-natury/

Zapraszam Państwa do lektury

 



czwartek, 29 czerwca 2006


50 lat temu robotnicy Zakładów im. Stalina (dziś: Hipolita Cegielskiego) wylegli na poznańskie ulice, co przerodziło się w 100-tysięczną manifestację, a później – jak chcą niektórzy – w ostatnie narodowe powstanie. Pierwszy zryw przeciwko komunistycznej dyktaturze zakończył się tragicznie. 13-letni Romek Strzałkowski zginął od kul w chwili, kiedy podniósł sztandar wypuszczony przez demonstrującą ranną tramwajarkę. Mimo że podczas zrywu robotniczego zginęło - według różnych źródeł - od 60 do ponad 100 osób (około 700 osób aresztowano), to właśnie jego śmierć urosła do rangi symbolu Czerwca ‘56. Hołd małemu bohaterowi oddali między innymi harcerze z drużyn Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, którzy przyjechali do Poznania na 2-dniowe spotkanie.

 Prezydent, marszałkowie obu izb parlamentu i premier, a także b. prezydent Lech Wałęsa (zmarginalizowany tutaj) wzięli udział w uroczystych obchodach 50. rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 roku.   Zaczęły się one Mszą św. przy pomniku Poznańskich Krzyży, pod przewodnictwem metropolity gdańskiego, abp. Tadeusza Gocłowskiego. Natomiast metropolita poznański ks. abp Stanisław Gądecki w trakcie sprawowania Ofiary odczytał telegram od papieża Benedykta XVI. Przelana przez poznańskich robotników, kobiety i dzieci krew nie poszła na marne, była zasiewem wolności, który miał zaowocować po latach upadkiem systemu stalinowskiego i pełną niepodległością narodu - napisał do uczestników 50. rocznicy obchodów Poznańskiego Czerwca ’56 Ojciec Święty. Dzisiaj mija dokładnie 50 lat od owego pamiętnego dnia 28 czerwca 1956 roku, w którym na ulice Poznania wyszli robotnicy, aby wyrazić swój gorący protest przeciwko powszechnemu terrorowi  i kłamstwu, oraz tym wszystkim niesprawiedliwościom i krzywdom, jakie niósł ze sobą system stalinowski. W pokojowej demonstracji upominali się o Boga w życiu społecznym i narodowym, o wolność, sprawiedliwość i chleb - napisał papież. Na końcu swojego przesłania Benedykt XVI dodał: Jednocześnie upraszam Boga, aby ciągle żywa pamięć o bohaterach Powstania Poznańskiego inspirowała wszystkich Polaków do budowania na nieprzemijających wartościach chrześcijańskich, na prawdzie i autentycznej sprawiedliwości coraz bardziej pomyślnego bytu ich Ojczyzny.
 Jako prezydent suwerennej i demokratycznej Rzeczypospolitej pragnę oddać hołd uczestnikom tamtych wydarzeń. Poznański Czerwiec był kamieniem milowym na polskiej drodze do wolności. Dziś uczestnikom protestu należy się od nas nie tylko wdzięczność - naszym obowiązkiem jest uczynić wszystko, by pamięć o buncie sprzed półwiecza została zachowana dla przyszłych pokoleń. Nie sposób budować przyszłości wolnej Polski, nie pamiętając o tych, którym naszą wolność zawdzięczamy - stwierdził prezydent Lech Kaczyński na łamach gazety „Fakt”, jeszcze przed przyjazdem do Poznania.
 I znowu, jak w przypadku Czerwca radomskiego ’76, w Grodzie Przemysława okazuje się, że ówczesnym oprawcom żyje się dziś materialnie zdecydowanie lepiej, jak ich ofiarom. Premier Marcinkiewicz już zapowiedział (podobnie jak w Radomiu) finansową pomoc najbardziej potrzebującym bohaterom, często obecnie żyjącym w nędzy. Premier poinformował, że przekazał wojewodzie miejscowemu kilkadziesiąt pierwszych tysięcy zł na ten cel.
 Msza św. na placu Mickiewicza zakończyła się dokładnie o 12,15 – czyli wtedy, kiedy według zapisów ubeckich miał zginąć Romek Strzałkowski. Na uroczystości na pl. Mickiewicza, ale już po Mszy św., przybyli prezydenci: Czech, Niemiec, Słowacji i Węgier. No i, oczywiście, Lech Kaczyński.
Temu ostatniemu, zanim jeszcze wystąpił, małżonka całkiem ostentacyjnie poprawiała krawat...
 Kaczyński mówił: Bez Poznania nie byłoby Gdańska roku 1970, także Szczecina, Elbląga i Gdyni, a z kolei bez roku 1970 nie byłoby zdarzeń roku 1976, a potem powstania NSZZ „Solidarność”. Polska przed lipcem i październikiem 1956 roku i Polska po tej dacie to nie ta sama Polska - mówił prezydent do zgromadzonych. „Solidarność" w jakimś sensie zaczęła się tu, w czerwcu i na początku lipca 1956 r. w Poznaniu. Pamiętajcie o tym - zaapelował prezydent. Jako jedyny z prezydentów przemawiał Polak bez kartki... Zapamiętałem jeszcze fragmenty dwóch innych wystąpień. Prezydenta Niemiec Horsta Koehlera (mówił bodaj tak długo, jak inni prezydenci razem wzięci), który – przypominając Kaczyńskiemu walkę jego rodziców w Powstaniu Warszawskim przeciwko niemieckiemu okupantowi – wyraził przekonanie, że ich ofiara nie poszła na marne. Prezydent RFN powiedział także: „Solidarność" uruchomiła proces o globalnym znaczeniu historycznym. W wyniku tego w 1989 roku zarówno w Warszawie, jak i w Budapeszcie, Pradze, Bratysławie i Lipsku po pokojowej rewolucji zostało zrzucone jarzmo komunistyczne. Koehler dodał, że to najpierw tam ludzie doprowadzili do upadku „żelaznej kurtyny”, która przebiegając przez środek Niemiec, dzieliła Europę. My, Niemcy, jesteśmy i pozostaniemy wdzięczni za to, co wówczas w Polsce zostało zainicjowane i osiągnięte przez ,,Solidarność", bo było to decydujące przygotowanie także dla sukcesu wschodnioniemieckiego ruchu obywatelskiego i zjednoczenia Niemiec - zaznaczył.
 Natomiast Vaclav Klaus, przywódca Czech, którego treści wystąpienia agencje do tej pory nie przytoczyły (a minęło już dobre półtorej godziny od jego przemówienia), wyraźnie przestrzegał, odwołując się do czasów stalinowskich, przed jednym, centralnym ośrodkiem, który rządziłby kontynentem. Aluzja do Brukseli? W każdym razie na te słowa czeskiego gościa prezydent Kaczyński klaskał wyjątkowo zapalczywie... Potem, po prezydentach, wystąpił Zbigniew Biniak, kierujący związkiem kombatantów czerwcowych „Niepokonani”. (Nie jest tajemnicą, że istnieją w Grodzie Przemysława 3 związki kombatanckie, toczące latami między sobą boje. O co: o prestiż? O pamięć?). Biniak przypomniał, że tu, pod Krzyżami, komuniści nie pozwolili w 83. roku stanąć Janowi Pawłowi II. Ewa Wójciak z Teatru 8 Dnia wyrecytowała przejmujący wiersz nieżyjącej, a wielkiej poznańskiej poetki Kazimiery Iłłakowiczówny „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, prezydent Kaczyński odznaczył pod Krzyżami grupę kombatantów Czerwca, był apel pamięci oraz uroczyste złożenie wieńców i kwiatów. Spodziewano się około 80 tys. uczestników uroczystości, a przyszło tylko 5 tys. poznaniaków. Dlaczego? Biskup – sufragan poznański, ks. prof. Marek Jędraszewski przypomniał nam, że po Czerwcu,  ale jeszcze w tym samym roku, 23 października, na ulice poznańskie znów masowo wyszli poznaniacy. 150 tys. ludzi domagało się wtedy uwolnienia z internowania w Komańczy Prymasa  ks. Stefana Wyszyńskiego i uwięzionych biskupów. Reżim ustąpił, choć tylko o krok... Ale trauma związana z tymi  wydarzeniami nie pozwala do dziś wielu poznaniakom na wspomnienia. Wolą milczeć. 

T.G.



piątek, 16 czerwca 2006

Dom 1, Stefania Golenia Pruszyńska

Stolice zła. Najnowszy tygodnik „Wprost” zestawił dane o przestępczości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców i tak wyłonił polskie stolice zbrodni oraz miasta, w których jest najbezpieczniej.W 2001 r. przestępczość jako największe polskie zagrożenie postrzegało aż 81 proc. badanych, rok temu - już tylko 50 proc. Przestępczość w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców: 1. Katowice 7063,7 (liczba przestępstw na 100 tys. mieszkańców); Chorzów 6733,3; . Legnica 6361,5;  Kalisz 6228,2;  Gdańsk 6133,7;  Poznań 6109,2;  Wrocław 5983,4; Kraków 5974,2;  Kielce 5926,6;  Gliwice 5733,5. Polskie stolice zbrodni grupują się głównie na Górnym Śląsku.

Na Śląsku w III RP nastąpiło społeczne tąpnięcie, a mieszkańcy przyzwyczajeni w czasach PRL do różnych przywilejów, mieli większe niż gdzie indziej trudności z adaptacją do rzeczywistości – zauważa tygodnik. Bezpieczniej jest w miastach na wschodzie niż na zachodzie kraju. Bierze się to stąd, że na wschodzie w niewielkim stopniu zmieniła się struktura społeczna, podczas gdy na Zachodzie wciąż się kształtuje. (og) Dzień bez afery...to dzień stracony – zdają się mówić wydarzenia ostatnich miesięcy i dni. Co ja piszę... Tu nie o dni już chodzi, ale o godziny. Od tygodnia Polacy (mowa, oczywiście, o „zwierzętach politycznych”) pasjonują się doniesieniem Jacka Kurskiego z Prawa i Sprawiedliwości, że PZU za nikczemnie małe pieniądze udostępnił szefowi Platformy Obywatelskiej, Donaldowi Tuskowi, w trakcie kampanii prezydenckiej w ub. roku billboardy. A w ogóle, udostępnienie to miało charakter aferalny również i dlatego, że cała akcja miała być wymyślnie przeprowadzona. Otóż plakaty „Stop piratom drogowym” zostały zastąpione treścią „Stop wariatom drogowym”. I tu – podbechtane przez (no, właśnie: kogo?) – Polskie Towarzystwo Psychiatryczne zaprotestowało w imieniu swoich pacjentów. I tak miejsca na setkach wielkich nośników reklamy miały się dostać kandydatowi na prezydenta Tuskowi („Donald Tusk – Człowiek z zasadami”). Ten ostatni natychmiast zdecydowanie zaprzeczył. Owszem, miał billboardy, ale kompletnie nie związane z PZU.  

Platforma Obywatelska zapałała świętym oburzeniem: skarbnik partii pokazał dziennikarzom nawet rozliczenia finansowe, z których miało wynikać, iż Kurski przekazuje rewelacje wyssane z palca. Nadto skarbnik ów zasugerował, że miejsca przejęte po „wariatach” mógł zagospodarować inny kandydat do Pałacu, a obecny prezydent. Platforma dała zresztą wyraźnie do zrozumienia „urzędnikom” (czytaj: prokuratorom i policjantom z Centralnego Biura Śledczego), którzy błyskawicznie – po doniesieniu Kurskiego – przeszukali siedzibę PZU, że nie mogą spać spokojnie.  Że zostaną (czytaj: przez partię) rozliczeni ze swych działań. Jeśli nie za dwa miesiące, to za dwa lata...  Nie jestem Duchem Świętym, nie wiem, jaka jest prawda. W każdym razie rumor na scenie publicznej zrobił się niebywały. Jedno jest pewne: albo Kurski, albo Tusk – w zależności od wyników śledztwa – powinni za całą sprawę dać „głowę pod topór”. W prawdziwej demokracji byłoby nie do pomyślenia, gdyby obaj wynieśli z tej afery głowy cało... A właśnie rzecznik warszawskiej Prokuratury Okręgowej Maciej Kujawski poinformował, że na podstawie zeznań 13 świadków, przesłuchania Jacka Kurskiego i wstępnej analizy dokumentów zabezpieczonych w PZU, prokurator doszedł do wniosku, że w sprawie zachodzi „uprawdopodobnione podejrzenie popełnienia przestępstwa na szkodę PZU”. Kujawski dodał, że może chodzić „co najmniej o kilkanaście mln zł”. Na konf. pras. w poniedziałek wystąpił szybko minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który wszak wyraźnie podkreślił, że śledztwo to jest na etapie wstępnym i nikomu nie stawia się zarzutów. O kilka godzin poprzedziła wystąpienie min. Ziobry publikacja w najnowszym tygodniku „Newsweek Polska”: oto dwaj bardzo bliscy współpracownicy liderów Platformy mieli wyprowadzić z partyjnej kasy spore pieniądze na własne, całkiem prywatniutkie konta.  Lider Tusk nagle okazał się nieuchwytny dla dziennikarzy, skarbnik partyjny gaworzył o jakichś koleżeńskich pożyczkach, a polska Joanna d’Arc, platformiana obrończyni wszelkiej prawości – wyglądała dosłownie jak z krzyża zdjęta. Dwaj młodzi ludzie, bohaterowie nieszczęsnej afery, zapowiedzieli wystąpienie przeciwko autorowi tekstu w „Newsweeku” do sądu. Tyle tylko, że red. Jerzy Jachowicz (wcześniej w „Gazecie Wyborczej”) jest niezwykle doświadczonym dziennikarzem śledczym i możliwości pomyłki z jego strony są mniejsze od zera...  Z kolei poniedziałkowy dziennik „Rzeczpospolita”, powołując się na informatora Pawła G., napisał, że klubem Na Przyzbie przy akademikach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego rządzili - i czerpali z tego korzyści finansowe - Wojciech Olejniczak oraz jego przyjaciel Krzysztof Kowalski. Paweł G. dziennikarzom „Rz” opowiedział o zabieraniu pieniędzy prosto z kasy klubu, o fałszowaniu faktur. Według relacji dziennika, więcej osób pamięta niejasne interesy Olejniczaka w Fundacji Samorządu Studentów SGGW, stworzonej przez niego w 1997 roku.  „Mówią np. o łapówkach za wyjazdy do pracy w Wielkiej Brytanii, które organizowała uczelnia, a koordynowała fundacja kierowana przez Olejniczaka” - pisze „Rz”. „Pytany o pieniądze, za które pod koniec lat 90. kupił mieszkanie (prawie 300 tys. zł gotówką), odpowiada: - W czasie, kiedy inni się bawili, ja pracowałem i odkładałem” - donosi gazeta.  Obecny szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej Olejniczak zaprzeczył doniesieniom gazety, że w czasie studiów zarabiał na powiązaniach z władzami Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w której studiował. Olejniczak podkreślił, że nigdy nie prowadził działalności gospodarczej na swojej uczelni.  Znów nie wiem, gdzie leży prawda... W niedzielę ostatnią, późnym wieczorem, obejrzałem – mówiąc prawdę – zatrważający materiał. W grze o prywatyzację PZU uczestniczyli wpływowi polscy politycy, służby specjalne, biznesmeni - twierdzą reporterzy programu „Superwizjer” wyemitowanego przez TVN. Zwracają uwagę na znaczącą rolę byłego premiera Marka Belki przy prywatyzacji spółki.  Według autorów reportażu „Gra o PZU” (całkiem nieźle udokumentowanego), sprzedaży akcji tej spółki konsorcjum niewielkiego BIG Banku Gdańskiego i holenderskiej firmy Eureko towarzyszyła seria nadużyć i polityczna gra, dzięki której „dobrze ustosunkowane” kręgi biznesowe mogły liczyć na potężne zyski. W aferę - przekonują - zamieszani są ludzie, którzy piastowali najważniejsze urzędy państwowe, w tym ministrowie kolejnych rządów, a także prezesi banków i biznesmeni. Jak dodają, za sznurki od początku pociągali ludzie ze służb specjalnych. Zgroza... Choć, mówiąc prozaicznie, w grę wchodziło, jak się dowiedzieliśmy, 26 mld zł. Jest o co powalczyć... Dzień bez afery jest dniem straconym. A jeszcze lepiej: godzina bez aferalnego wydarzenia jest czasem straconym. Akurat zgadzam się z tą opinią. Jeśli igrzyska, których na co dzień jesteśmy świadkami, mają „wyczyścić” afery – w jedną albo w drugą stronę – niech tak się stanie. Dawniej cyrulik upuszczał choremu krew, by przywrócić go do zdrowia. Mam niejasne podejrzenia, że tej juszki upuścić trzeba nad Wisłą jeszcze całkiem sporo.

Zygmunt Kmieciak

Orły wzleciały. Drużyna coacha Janasa ocalała. Jeśli, jak mówił trener, mecz z Niemcami będzie walką o życie,    to chłopcy z narodowej jedenastki życie to zachowali... Przynajmniej, jak myślę, w oczach kibiców,  a to już nie byle co... Tym razem biało-czerwoni mogli zadowolić najbardziej wybrednych. Ofiarni na murawie, waleczni, szybcy i pomysłowi. Całkiem inni jak w walce z Ekwadorem, cudownie odmienieni. Nie musiałem i nie chciałem już przełączać kanału w telewizorze. Przegraliśmy 0:1 z Niemcami i praktycznie utraciliśmy szanse na wyjście z grupy (słynny Pele miał rację, gdy to prorokował! niestety), ale właściwie było tak, jakbyśmy wygrali.
 Ktoś natychmiast zarzuci mi, że gadam bzdury. Ale przecież Niemcy strzelili Polakom, po pierwsze: tylko jedną bramkę (a onegdaj prorokowałem, że stracimy 5 goli), a po wtóre: uczynili to dopiero w 90., ostatniej regulaminowej minucie spotkania. Wówczas, kiedy już od 14 minut graliśmy w osłabieniu, bo sędzia wyeliminował czerwoną kartką jednego z polskich graczy. Nie znam jeszcze dzisiejszych komentarzy. Ani po stronie polskiej, ani po niemieckiej. Ale ten, kto zachował choćby szczyptę obiektywizmu, musi stwierdzić, że wczorajszego wieczoru bohaterami stadionu w Dortmundzie byli Polacy, a nie Niemcy. Jak to się Janasowi udało?  Bokser Michalczewski nie będzie musiał wracać na ring (by gromić Niemców, jak to ujął), premier Marcinkiewicz golić głowy (też mi poświęcenie, skoro tam u niego włosów na czaszce trzeba by szukać pod lupą), a posłanka Samoobrony Beger nie musi już przez miesiąc omijać słodkości. Te publiczne deklaracje są już nieaktualne, bo Polacy jednak przegrali. A przecież budzę się rano w niezłym nastroju i z naszymi orłami wzlatuję. Wysoko.

L. M.

 

Właśnie FIFA podała na podstawie własnego rankingu, że polscy kibice są najlepsi na świecie - w skali 10-punktowej otrzymali 9 punktów!






Dom 1, Stefania Golenia Pruszyńska

Parlament Europejski przyjął w czwartek rezolucję, w której obok Belgii, Francji i Niemiec wymienia Polskę jako kraj, w którym nastąpił „wzrost nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią”.
 Z nazwiska wymieniono posła Ligi Polskich Rodzin Wierzejskiego, który miał namawiać do bicia „homo” pałami, Radio Maryja, ministra edukacji, który wymienił dyrektora Zakładu Doskonalenia Nauczyli za, ponoć, rozpowszechnianie broszury Rady Europy, traktującej o wzbudzaniu w szkołach sympatii dla odmieńców.
 

 Nic nie wiadomo o tym, by Bruksela wskazała na jakieś konkretne przypadki „grzechów” w Niemczech, Francji czy też Belgii. Tak więc Polacy mogą i mają do tego prawo atak unijnych deputowanych odbierać jako skierowany przede wszystkim przeciwko nim. Autorzy rezolucji PE wspomnieli o „deklaracjach jednego z czołowych członków Ligi Polski Rodzin, nawołujących do przemocy wobec społeczności GLBT (ang. gay, lesbian, bisexual, transgender) w związku z marszem tolerancji i równości”.
 Jeśli autorzy wspomnianego dziełka spodziewali się tego, że Polacy położą uszy po sobie i padną  na kolana, zawiedli się srodze. Jeszcze w samolocie do Brukseli premier Marcinkiewicz zauważył, że zna Polskę lepiej niż rezolucyjni eurodeputowani, którzy – elegancko dawał do zrozumienia szef rządu – są niezorientowani w ogóle... Współpracujący w znieważaniu Polaków polscy postkomuniści też nie zyskali w kraju.
Roman Giertych zaapelował w Radomiu na konf. pras. do wyborców, aby w jesiennych wyborach samorządowych „ukarali SLD i sojuszników tej partii", tak, by - jak mówił „te partie nie przekroczyły w żadnym okręgu 5 procent” poparcia. Według wicepremiera Romana Giertycha, poparcie niektórych europosłów z SLD, SdPl i Partii Demokratycznej- demokraci.pl dla rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie wzrostu nietolerancji m.in. w Polsce to „działanie zniesławiające państwo polskie i nasz naród”. „Niedobrym jest, gdy ktoś własne gniazdo kala. SLD przegrał wszystko. Miał prezydenta, premiera marszałka, większość w parlamencie i teraz próbuje leczyć swoje kompleksy na forum Parlamentu Europejskiego. To jest przykład wyjątkowej podłości” - powiedział Giertych.
 Giertych zarzucił PE wtrącanie się w nie swoje sprawy, bowiem kwestie ideowe, czy administracyjne poszczególnych państw członkowskich są ich wyłączną sprawą. Lider LPR wezwał Parlament Europejski, by wskazał wypowiedź polityka Ligi, w której nawołuje on do użycia siły wobec innych osób. Według Giertycha, jeżeli taka wypowiedź nie zostanie wskazana, LPR powinna zostać przeproszona. - Oczekujemy, że Parlament Europejski, a przede wszystkim przewodniczący PE, przeprosi nasze ugrupowanie, które jest legalną partią, które ma swoje poparcie, które jest częścią koalicji rządowej. ,,Domagam się przeprosin od Parlamentu Europejskiego" - oświadczył. W czwartek Bruksela powiedziała: „UE powinna podjąć odpowiednie środki dla wyrażenia swych obaw, a zwłaszcza zajęcia się kwestią udziału w rządzie LPR, której przywódcy nawołują do nienawiści i przemocy”.  Co do posła Wierzejskiego, autorzy rezolucji PE wspomnieli o „deklaracjach jednego z czołowych członków Ligi Polski Rodzin, nawołujących do przemocy wobec społeczności GLBT (ang. gay, lesbian, bisexual, transgender) w związku z marszem tolerancji i równości”. Otóż Wierzejski kilkakrotnie już – jak mówił na konferencji w Radomiu – słał do redakcji „Życia Warszawy” sprostowania, kilkakrotnie też organizował w tej sprawie brifingi prasowe w Sejmie, podczas których wyjaśniał, że jego wypowiedź została przez „ŻW” przekłamana. Kiedy to samo usiłował w czwartek tłumaczyć w Brukseli jeden z polskich europosłów, natychmiast podniósł się inny, niepolski deputowany i zauważył, że wystąpienie polskiego posła jest najlepszym przykładem ksenofobii. Nadto poseł Wierzejski podczas piątkowego spotkania niedwuznacznie wskazał na Niemiecką Partię Socjalistyczną, która w ten sposób (dzięki wspomnianej rezolucji) chce wybielać swój naród za winy II wojny światowej, oczerniając Polaków. Niewątpliwie wypowiedź Wierzejskiego nie przysporzy sympatii Niemcom wśród Polaków.
 Unijni deputowani musieli chyba na główki upaść, by tworzyć takie dziełko... Jak walczyć z taką paranoją? Jak walczyć z paranoidalną chęcią europosłów dawania świadectwa  o swym istnieniu i wielkiej pracy (wszak przeżerają rocznie ze składek państw członkowskich ok. miliarda euro) poprzez tworzenie paranoidalnych rezolucji? Można by się tym wszystkim nie przejmować.   Prof. Wojciech Roszkowski ocenił rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie Polski jako element politycznej gry. Roszkowski, który jest eurodeputowanym, powiedział, że rezolucja zawiera zbyt wiele sprzeczności i nieusprawiedliwionych uogólnień, a to może przynieść złe efekty.  Jego zdaniem, nieuprawnione jest stawianie na jednej płaszczyźnie rasizmu, homofobii i islamofobii. Miesza się w ten sposób autentyczną dyskryminację z powodów rasowych czy religijnych ze sprzeciwem wobec ideologii, który jest jak najbardziej uprawniony w normalnym dyskursie politycznym.  Zdaniem polskiego eurodeputowanego, w tej rezolucji są fragmenty groteskowe, na przykład wyraża się w niej żal z powodu braku porównywalnych danych na temat jakiegoś zjawiska,  a jednocześnie w sąsiednim artykule wymienia się kraje, w których szczególnie trzeba napiętnować to zjawisko.  „Ta uchwała jest po prostu niechlujna” - podkreślił. Profesor Roszkowski powiedział, że wszyscy, którzy kierują się autentyczną troską o sprawiedliwość, powinni powstrzymać się od fałszywych uogólnień, które niewątpliwie zawiera ta rezolucja.  W ocenie eurodeputowanego, szczególnie niepokojąca jest kwestia oskarżeń o homofobię. Jego zdaniem, zakrawa to na jakąś obsesję europejskich polityków. Dodał, że za pomocą tego słowa - wytrychu chce się zamykać usta wszystkim tym, którzy kwestionują ofensywę homoseksualizmu. „Homofobia oznacza strach przed homoseksualistami, a przecież ci, co protestują, wcale się ich nie boją, a uważają, że ich orientacja jest odchyleniem od normy. Ci, którzy nazywają ich homofobami, manipulują słowami i odwracają sytuację” - powiedział.  Wojciech Roszkowski ocenił, że powinno się wprowadzić następujące rozróżnienie: homoentuzjaści, homorealisci i homosceptycy. Jego zdaniem, niewątpliwie mamy do czynienia z ofensywą homoentuzjastów. Natomiast homorealistów i homosceptyków nazywa się obecnie homofobami, co jest - według niego - oczywistym nadużyciem.
 Eurodeputowany PiS Marcin Libicki uważa, że czwartkowa rezolucja Parlamentu Europejskiego wymieniająca Polskę wśród krajów, w których narasta nietolerancja, ze względu na małe poparcie jest „klęską jej autorów”. Za rezolucją głosowało 301 eurodeputowanych, przeciw 161, w tym większość Polaków, zaś 102 się wstrzymało. W rozmowie z PAP Libicki podkreślił, że „zwykle rezolucje potępiające kraje za łamanie praw człowieka są przyjmowane jednomyślnie”. Jako przykład wymienił rezolucję dotyczącą sytuacji w Timorze Wschodnim.  Europarlamentarzysta PiS uważa, że lepiej byłoby, gdyby czwartkowej rezolucji nie było,  „bo jest szkodliwa dla Polski i dla powagi Parlamentu Europejskiego”.
 Jego zdaniem, zestawienie w rezolucji morderstwa na tle rasowym kolorowej kobiety z dzieckiem, do którego doszło w jednym z państw w niej wymienionych, z tym, że członek partii rządzącej w Polsce występuje przeciwko gejom, „jest żenujące”. „To są sprawy nieporównywalnych kalibrów” - ocenił Libicki.
 Bp Tadeusz Pieronek, komentując rezolucję europarlamentu, w której mowa m.in. o Radiu Maryja, powiedział PAP, że „coś niedobrego dzieje się w Parlamencie Europejskim”. Jak głosi rezolucja, „Parlament Europejski jest poważnie zaniepokojony ogólnym wzrostem nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią w Polsce, co jest częściowo wywołane przez takie platformy religijne jak Radio Maryja, krytykowane także przez Watykan za antysemickie wypowiedzi”. Bp Pieronek, odnosząc się do tych słów, powiedział, że „europarlamentarzyści uważają, że są sędziami świata, a świat pójdzie i tak swoją drogą”. Pytany o Radio Maryja, które wymieniono
w rezolucji, zapytał: „kto ich ustanowił sędziami nad tym?”. „Niech sobie krzyczą, jeśli chcą” - dodał bp Pieronek.
 Jeśli biskup, powszechnie znany ze swych sympatii unijnych, mówi takie słowa, to można sobie tylko wyobrazić, jak odbierają tekst rezolucji przeciętni „śmiertelnicy”.  Dziś, wśród moich politycznych konsultantów, wywodzących się z różnych grup społecznych, pomagających mi w – by się tak wyrazić – wypośrodkowywaniu opinii, słyszałem najczęściej określenia: pomyleńcy, zboczeńcy, nasi wrogowie. I jeszcze takie epitety, których raczej nie będę tu przytaczał. To, w końcu, są jednak eurodeputowani.

Zygmunt Kmieciak


Podczas święta Bożego Ciała najistotniejsze jest publiczne wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie, okazanie Mu czci, miłości i wdzięczności za łaski okazane i otrzymane dzięki temu Sakramentowi. To wyznanie wiary jest świadectwem szczególnym naszej tożsamości duchowej. Osoby, które dopuściły się zniewag, mają także możliwość prosić Jezusa Chrystusa o wybaczenie dla siebie, a także przeprosić Go za obrazę i bluźnierstwa ludzi niewierzących.

Historia tego święta – na podst. różnych źródeł – sięga XIII wieku. Wprowadził je biskup Robert w 1246 r. w belgijskiej diecezji – w Liege (17 lat później w Orvieto stwierdzono wystąpienie cudu  hostia w rękach księdza wątpiącego w transsubstancjację nagle się skrwawiła).

Inicjatywę rozszerzenia tego święta na cały Kościół przejął papież Urban IV bullą Transiturus. Bulla ta nie została jednak przez niego ogłoszona  papież zmarł, święta więc jeszcze wtedy nie wprowadzono. Dopiero po przejęciu bulli i umieszczeniu jej w Klementynkach w 1317 r. ustanowił je papież Jan XXII.

W Polsce zainicjował je w 1320 r. w diecezji krakowskiej biskup Nanker. Boże Ciało w Kościele katolickim wypada 60 dni po Wielkanocy, w czwartek po uroczystościach Trójcy Świętej. Rozpoczyna się mszą św., po której wierni odbywają po ulicach parafii procesję z Najświętszym Sakramentem. Po drodze przystają przy czterech ołtarzach, aby wsłuchać się w czytane fragmenty czterech Ewangelii, dotyczące Eucharystii.

Najstarszym i największym miejscem kultu Bożego Ciała (od późnego średniowiecza) jest kościół pw. Bożego Ciała w Poznaniu. Właśnie w tym sanktuarium 15 czerwca 2006 r. uroczystą mszą św. odprawioną przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego w asyście wyświęconych w tym roku kapłanów  rozpoczęły się centralne obchody święta Bożego Ciała w archidiecezji poznańskiej.
A oto kazanie „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie”, które wygłosił abp Stanisław Gądecki: [...] Umiłowani czciciele Najświętszego Sakramentu, W dniu dzisiejszym Kościół wsłuchuje się z uwagą w słowa wypowiedziane kiedyś we Wieczerniku: „To jest Ciało moje”, „To jest moja Krew Przymierza”. Słowa te (Mt 26, 26-28; Mk 14, 22-23; Łk 22, 19-20; 1Kor 11, 23-25) przypominają nam, że Eucharystia jest przede wszystkim ofiarą Jezusa.

Ofiara Chrystusa. Całe życie Chrystusa było ofiarowane Ojcu
Została ona przygotowana przez całe wcześniejsze życie Zbawiciela. W całości było ono ożywione pragnieniem wypełnienia zamysłu Ojca (Por. Łk 12, 50; 22, 15; Mt 16, 21-23). Całkowicie i bez reszty było ofiarowane Bogu: „Przeto przychodząc na świat, mówi:...Oto idę... abym spełniał wolę Twoją, Boże (cf. Hbr 10,5.7). Syn Boży z nieba zstąpił nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Go posłał (J 6, 38). Syn Boży przyjął wolę Bożą od początku i realizował ją w każdym momencie swojego życia: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). „Niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał” (J 14, 31).

Ostatnia Wieczerza uprzedza ofiarę Jezusa

Jeśli jednak Ostatnia Wieczerza była jakimś zwieńczeniem dotychczasowego życia Zbawiciela, to było ona jednocześnie zapowiedzią dopiero nadchodzącej dobrowolnej (J 10,18) ofiary Chrystusa. On zapowiedział wszystko, co się miało dopiero wydarzyć: „To jest Ciało moje, które  za was będzie wydane (Łk 22,19). To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28). „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie (J 17, 19).

Przemieniając chleb w swoje Ciało i wino w swoją Krew, i dając je swoim uczniom, Jezus zapowiada swoją śmierć, dobrowolnie godzi się na nią w swym  sercu i przemienia ją w akt miłości. Ukrzyżowanie, które na zewnątrz będzie brutalnym aktem przemocy  wewnątrz stanie się aktem miłości, która daje się bez reszty. Oto właściwa przemiana, która dokonała się w Wieczerniku i która miała wywołać proces przemian, których ostatecznym celem jest przemiana świata, tak aby Bóg był wszystkim we wszystkich (por. 1 Kor 15, 28). Wszyscy ludzie od zawsze żywią w swoim sercu jakąś nadzieję na przeobrażenie, na przemianę świata, a oto teraz, we Wieczerniku, dokonuje się główna przemiana, jedyny akt, który jest w stanie prawdziwie odnowić świat: przemoc zostaje przemieniona w miłość, a tym samym  śmierć w życie. Skoro akt ten przemienia śmierć w miłość, śmierć jako taka zostaje przezwyciężona od wewnątrz, już teraz jest w niej obecne zmartwychwstanie. Śmierć została poniekąd głęboko zraniona i już nie do niej należy ostatnie słowo. Jest to, by tak rzec, reakcja jądrowa zachodząca w samej głębi bytu  zwycięstwo miłości nad nienawiścią, zwycięstwo miłości nad śmiercią. Jedynie ta wewnętrzna eksplozja dobra, które zwycięża zło, może zapoczątkować łańcuch przemian, które stopniowo przeobrażą świat. Wszystkie inne przemiany są powierzchowne i nie dają zbawienia (por. Benedykt XVI, Eucharystia musi być centrum waszego życia. Msza św. na zakończenie Światowego Dnia Młodzieży. 21 sierpnia 2005)

Eucharystia przedłużeniem ofiary Chrystusa
Ofiara Chrystusa i ofiara Eucharystii są jedyną ofiarą. Jedna i ta sama jest bowiem Hostia, ten sam ofiarujący  obecnie przez posługę kapłanów - który wówczas ofiarował siebie na krzyżu, a tylko sposób ofiarowania jest inny... A skoro w tej Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy świętej, jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża ofiarował samego siebie w sposób krwawy, ofiara ta jest naprawdę przebłagalna” (Sobór Trydencki: DS 1743). Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna człowieczego i pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Każdy, kto pożywa Moje ciało i pije Moją krew, ma życie wieczne, a Ja wskrzeszę go w dniu ostatecznym. (J 6 53-55).

W Eucharystii ofiara Chrystusa staje się także ofiarą członków Jego Ciała. Życie wiernych, składane przez nich uwielbienie, ich cierpienia, modlitwy i praca łączą się z życiem, uwielbieniem, cierpieniami, modlitwami i pracą Chrystusa i z Jego ostatecznym ofiarowaniem się oraz nabierają w ten sposób nowej wartości. Kościół sam staje się także żywą ofiarą w Chrystusie. To, co jest ofiarą w życiu ludzkim, dzięki Eucharystii przemienia się w ofiarę Chrystusa. Kościół wie, że w tym, co ofiaruje, również sam siebie składa w ofierze (por. Św. Augustyn, De civitate Dei, 10, 6) 

 



O Powstaniu Poznańskiego Czerwca`56

Współtwórcami tego rodzaju przemiany byli poznańscy robotnicy w owym pamiętnym 1956 roku. Oni  jako pierwsi w Polsce – w systemie państwowego terroru zażądali chleba, sprawiedliwości, wolności i Boga. Śpiewali: Boże coś Polskę, Nie rzucim ziemi, Serdeczna Matko. Krzyczeli: „Chcemy Polski katolickiej, a nie bolszewickiej”. Życie tych ludzi, ich cierpienia, modlitwy i praca połączyły się z życiem, cierpieniami, modlitwami i pracą Chrystusa oraz nabrały w ten sposób nowej wartości. Innymi słowy, poznańscy robotnicy pokazali światu, że istnieją ideały, o które warto walczyć, jakiekolwiek byłyby tego konsekwencje. Powstanie w Poznaniu zapisało się jako jeszcze jeden przykład nieujarzmionego pragnienia wolności Polaków w całkiem beznadziejnej sytuacji. Stało się wówczas tak sławne jak powstanie w Berlinie w czerwcu 1953.

Rozerwało ono okowy milczenia i zakłamania. Stało się wielkim krokiem do przełomu październikowego. Z wielkim prawdopodobieństwem można powiedzieć, że zawdzięczamy mu to, iż późniejszy przewrót październikowy w Polsce w przeciwieństwie np. do Węgier, miał charakter bezkrwawy. To drugie zwycięskie powstanie w Wielkopolsce, być może właśnie dlatego przyjmowane z taką niechęcią do wiadomości.

Jan Paweł II w telegramie z Rzymu wysłanym na 25. rocznicę Powstania Poznańskiego Czerwca  pisał: „Módlmy się za tych, którzy mieli odwagę upomnieć się o poszanowanie praw człowieka i zapłacili za to najwyższą cenę. Krew polskich robotników, przelana na ulicach Poznania, razem z krwią tylu Polaków i Polek, którzy złożyli życie na ołtarzu Ojczyzny i Kościoła, niech będzie dla wszystkich moich rodaków znakiem i wezwaniem do odważnego i odpowiedzialnego zespolenia się wokół najwyższych wartości, wokół człowieka, jego godności, wokół Narodu, Ojczyzny, jej teraźniejszości i przyszłości. Chciejmy to szczególne dziedzictwo wiary, pracy, walki i krwi naszych ojców i braci, które żyje we współczesnych pokoleniach, pieczołowicie, z troską, ustawicznie odnawiać, rozwijać i przekazywać młodym pokoleniom” (Słowa telegramu Jana Pawła II przesłanego z Rzymu z okazji 25. rocznicy Poznańskiego Czerwca, 28 czerwca 1981).

Czego nas uczy dzisiaj  po 50 latach  tamto Poznańskie Powstanie? Najpierw tego, że sama praca musi być przez człowieka traktowana jako dobro cenne i pożądane. Czyż potwierdzeniem tego faktu nie jest tak zwana emigracja za pracą? Zjawisko stare, które wciąż się odnawia. Również obecnie posiada ono wielkie rozmiary z powodu słabego ekonomicznego położenia naszych rodaków. Człowiek w ogóle ma prawo do opuszczenia kraju swego pochodzenia z różnych motywów, ażeby szukać lepszych warunków życia w innym kraju, ma też i prawo powrotu do swego kraju. Lecz fakt taki stanowi na ogół stratę dla kraju, z którego się emigruje. Odchodzi człowiek, a zarazem członek wielkiej wspólnoty zjednoczonej historią, tradycją, kulturą, aby rozpocząć życie pośród innego społeczeństwa związanego inną kulturą i innym językiem. Znika pracownik, który wysiłkiem swojej myśli czy swoich rąk mógłby przyczynić się do pomnożenia dobra wspólnego własnego kraju. Ów wysiłek i ów wkład zostaje oddany innemu społeczeństwu, które poniekąd ma do tego mniejsze prawo aniżeli własna ojczyzna. A jednak  jeśli nawet emigracja jest pewnym złem  jest to tzw. zło konieczne. Trzeba uczynić wszystko, ażeby to zło w znaczeniu materialnym nie pociągnęło za sobą większych szkód w znaczeniu moralnym, owszem, by  o ile to możliwe – przyniosło dobro w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym emigranta, zarówno gdy chodzi o kraj, do którego przybywa, jak też o ojczyznę, którą opuszcza. W tej dziedzinie ogromnie wiele zależy od właściwego prawodawstwa - w szczególności, gdy chodzi o uprawnienia człowieka pracy.  O stosunku do imigranta muszą decydować te same kryteria, co w stosunku do każdego innego pracownika w tym społeczeństwie. Wartość pracy musi być mierzona tą samą miarą, a nie względem na odmienną narodowość, religię czy rasę. Tym bardziej nie może być wyzyskiwana sytuacja przymusowa, w której znajduje się emigrant. Wszystkie te okoliczności muszą stanowczo ustąpić – przy uwzględnieniu szczegółowych kwalifikacji  wobec podstawowej wartości pracy, która związana jest z godnością ludzkiej osoby. Głęboki sens samej pracy domaga się, by kapitał służył pracy, a nie praca kapitałowi (por. LE 23). b. Rok 1956 był w Poznaniu wołaniem o sprawiedliwy ustrój społeczny. To z jego braku rodzi się bowiem wszelki opór społeczny i odruchy niezadowolenia. Ustrój zaś jest sprawiedliwy wówczas, kiedy sprawiedliwa jest płaca. Nie ma w obecnym kontekście innego, ważniejszego sposobu urzeczywistniania sprawiedliwości w stosunkach pracownik  pracodawca, jak właśnie ten: zapłata za pracę. Sprawiedliwa płaca staje się w każdym wypadku konkretnym sprawdzianem sprawiedliwości całego ustroju społeczno-ekonomicznego, a w każdym razie sprawiedliwego funkcjonowania tego ustroju. Nie jest to sprawdzian jedyny, ale szczególnie ważny i poniekąd kluczowy (por. Laborem exercens, 19).

Za sprawiedliwą zaś płacę, gdy chodzi o dorosłego pracownika obarczonego odpowiedzialnością za rodzinę, przyjmuje się taką płacę, która wystarcza na założenie i godziwe utrzymanie rodziny oraz na zabezpieczenie jej przyszłości. Takie wynagrodzenie może być realizowane czy to poprzez tak zwaną płacę rodzinną, to znaczy jedno wynagrodzenie dane głowie rodziny za pracę, wystarczające na zaspokojenie potrzeb rodziny bez konieczności podejmowania pracy zarobkowej poza domem przez współmałżonka, czy to poprzez inne świadczenia społeczne, jak zasiłek rodzinny albo dodatek macierzyński dla kobiety, która oddaje się wyłącznie rodzinie; dodatek ten powinien odpowiadać realnym potrzebom, to znaczy uwzględniać liczbę osób pozostających na utrzymaniu w ciągu całego okresu, gdy nie są w stanie podjąć odpowiedzialności za własne życie.

Obok płacy wchodzą w grę dodatkowo różne świadczenia społeczne, mające na celu zabezpieczenie życia i zdrowia pracowników, a także ich rodzin. Wydatki związane z koniecznością leczenia, zwłaszcza w razie wypadku przy pracy, domagają się tego, aby pracownik miał ułatwiony kontakt z ośrodkami pomocy lekarskiej  i to, o ile możności, kontakt tani, a nawet bezpłatny. Inną dziedziną świadczeń jest ta, która wiąże się z prawem do wypoczynku  przede wszystkim chodzi tutaj o regularny wypoczynek tygodniowy, obejmujący przynajmniej niedzielę, a prócz tego o dłuższy wypoczynek, czyli tak zwany urlop raz w roku, ewentualnie kilka razy w roku przez krótsze okresy. Wreszcie chodzi również o prawo do emerytury, zabezpieczenia na starość i w razie wypadków związanych z rodzajem wykonywanej pracy. W obrębie tych głównych uprawnień rozbudowuje się cały system uprawnień szczegółowych, które wraz z wynagrodzeniem za pracę stanowią o prawidłowym układaniu stosunków pomiędzy pracownikiem a pracodawcą. Trzeba pamiętać, że do tych uprawnień należy także i to, aby miejsce pracy i procesy produkcji nie szkodziły zdrowiu fizycznemu pracowników i nie naruszały ich zdrowia moralnego.  

Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy muszą jednak zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. Żądania związkowe nie mogą zamienić się w pewien rodzaj egoizmu grupowego czy klasowego - chociaż mogą i powinny dążyć również do tego, aby ze względu na dobro wspólne całego społeczeństwa naprawić wszystko, co jest wadliwe w systemie posiadania środków produkcji oraz w sposobie zarządzania i dysponowania nimi. Życie społeczne i ekonomiczno-społeczne jest z pewnością rodzajem naczyń połączonych   i do tego musi też stosować się wszelka działalność społeczna mająca na celu zabezpieczenie uprawnień każdej z grup. Zabiegając o słuszne uprawnienia swych członków, związki zawodowe posługują się także dzisiaj metodą strajku, jako pewnego rodzaju ultimatum skierowanym do odpowiedzialnych czynników, a nade wszystko do pracodawców. Jest to metoda, którą katolicka nauka społeczna uważa za uprawnioną pod odpowiednimi warunkami i we właściwych granicach. Pracownicy winni mieć zapewnione prawo do strajków, bez osobistych sankcji karnych za uczestnictwo w nim. Jest to środek uprawniony, choć środek ostateczny. Nie można go nadużywać. Dlatego też KNS stawia trzy zasadnicze warunki podjęcia strajku: rzeczywista i słuszna przyczyna (związana zwykle z podłożem ekonomicznym, socjalnym, rzadziej politycznym); uprzednie wyczerpanie przez pracowników wszystkich metod pokojowego rozwiązania konfliktu; przewidywana i rozsądna nadzieja na zwycięstwo strajku. Nie można tego środka nadużywać, zwłaszcza do rozgrywek politycznych. Ponadto, nieodzownie usługi dla życia społecznego winny i tak być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego, co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa, które odpowiada także właściwie rozumianej naturze samej pracy (LE 20). 

Wiemy, że i dzisiejsze pokolenie poznaniaków pragnie uczestniczyć w budowaniu lepszego świata. Lecz sprawiedliwszego ustroju nie zbuduje człowiek niesprawiedliwy. Może go natomiast budować ten, kto jest wrażliwy na potrzeby innych. Gotowy do dzielenia się. Zaangażowany na rzecz bliźniego, zarówno tego, który jest blisko, jak i tego, który jest daleko. Jeśli rzeczywiście żyjemy w komunii z Chrystusem, otwierają się nam oczy i nie zajmujemy się już tylko sobą, lecz widzimy, gdzie i jak możemy być innym potrzebni. A świat, świat tak jak kiedyś czeka na świadectwo uczniów Jezusa Chrystusa. Pamiętajmy: Bóg nigdy nie przegrywa. To On ostatecznie zwycięża, ponieważ ostatecznie zwycięża miłość. Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym (por. Mt 21, 42; Ps 118 [117], 22). Ze śmierci Syna wypływa życie, powstaje nowa budowla, nowe społeczeństwo. Jego miłość do nas jest niezniszczalna. A zatem, prośmy Pana, jedynego Zbawiciela świata, byśmy nigdy nie poprzestawali na tym, co widzialne, lecz współpracując z łaską Ducha Świętego, który chleb przemienia w Ciało, a wino w Krew odkupienia, czerpali z tego zdroju nieskończonej mocy w drodze do Boga.  

Po mszy wielotysięczny tłum wiernych przeszedł w procesji od ul. Krakowskiej, przez Wielką, Chwaliszewo  do Ostrowa Tumskiego i katedry. Przy ołtarzach, przy których przystawała procesja, tym razem po czytaniach Ewangelii, w związku z 50. rocznicą dramatycznych wydarzeń Poznańskiego Czerwca`56  słuchano rozważań, których treść przenikały wątki z tamtych krwawych dni.

Opr. Stefania Golenia Pruszyńska

Źródło: http://www.archpoznan.org.pl


środa, 14 czerwca 2006

Premiera opery „Ça Ira” - 25 sierpnia. Spragnionych wrażeń nabywców biletów na światową premierę opery Rogera Watersa w Poznaniu, którą zapowiadano na 7 lipca, ta wiadomość na pewno zadziwiła. Producent widowiska Marek Szpendowski twierdzi, że trzeba było dokonać tej zmiany z uwagi na potrzeby choreograficzne i scenograficzne tej opery - konieczność uruchomienia trzeciej sceny i tym samym zaangażowania dodatkowych artystów. Kierował się w tej decyzji względami wyższymi: zapewnienia widowisku odpowiedniego wysokiego poziomu artystycznego, bowiem przygotowane w Poznaniu będzie wzorcem wszystkich spektakli na całym świecie. Dotychczasowy scenariusz opery przewidywał akcję na dwóch scenach, uczestnictwo Poznańskiego Chóru Chłopięcego, Chóru Uniwersyteckiego, zespołu Teatru Wielkiego. Odbywały się próby w różnych miejscach. W „Ça Ira” Roger Waters, były członek znanego zespołu Pink Floyd, sięgnął po temat rewolucji francuskiej. Jego dzieło miało być włączone w zaplanowane obchody 50-lecia dramatycznych wydarzeń poznańskiego Czerwca`56. Jak widać po tych wieściach - musimy trochę jeszcze poczekać. Reżyserem spektaklu jest Janusz Józefowicz. Gdy rozmawiałam z nim w niedzielę w Teatrze Wielkim, po przesłuchaniach kandydatów na członków zespołu poznańskiej opery, mając zaledwie ciut czasu na wstępne ustalenie terminu wywiadu, sygnalizował możliwe zmiany, wspomniał o trzeciej scenie, rozbudowie widowiska, lecz o przesunięciu terminu jego wystawienia nie było mowy. A reżyser ciągle w biegu, zapracowany. „Ça Ira” przesunięto na 25 sierpnia o 21.00. Spektakl odbędzie się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Organizatorzy zapewniają, że wszystkie zakupione bilety zachowują swoją ważność.

Poznański Czerwiec 1956 w międzynarodowej perspektywie. Wczoraj, 13 czerwca, w sali konferencyjnej Instytutu Zachodniego przy ul. Mostowej 27 w Poznaniu odbyła się debata: „Poznański Czerwiec 1956 w międzynarodowej perspektywie”.  W dyskusji panelowej uczestniczyli: prof. Zofia Trojanowicz i prof. Lech Trzeciakowski z UAM, prof. Wiesław Władyka z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, prof. Anna Wolff-Powęska z Instytutu Zachodniego w Poznaniu, którzy udokumentowaniu i opisowi tych wydarzeń poświęcili wiele starań, oraz goście z zagranicy: prof. Vatanjar S. Jagja z Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, dr Janos Tischler z Uniwersytetu w Budapeszcie i publicysta Peter Bender z Berlina. Przybyli na to spotkanie także przedstawiciele mediów.Inicjatorami spotkania byli: marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak i dyrektor Instytutu Zachodniego prof. Andrzej Sakson.

Maria Pasło-Wiśniewska z PO. Silna kandydatka na prezydenta Poznania. Notowania Marii Pasło-Wiśniewskiej, której kandydaturę na prezydenta Poznania wspiera Donald Tusk, po jej wywiadach w mediach, ciągle rosną. Może wreszcie kobieta obejmie prezydencką władzą i odpowiedzialnością Poznań. Ciekawam, co na to inne panie, a co panowie?
Poznańczycy wszak cenią pragmatyzm, doświadczenie, pracowitość, uczciwość. Także kreatywność. I przecież: wrażliwość, talenty, wyobraźnię, szczerość...  

Stefania Golenia Pruszyńska


piątek, 09 czerwca 2006

Przed recitalem Łukasza Kuropaczewskiego marszałek Marek Woźniak uroczyście wręczył nagrody animatorom, artystom, twórcom i propagatorom kultury wielkopolskiej. Nagrody Marszałka Województwa Wielkopolskiego po raz czwarty trafiły do rąk ludzi kultury wyróżnionych za swoją prowielkopolskość. Są one zarówno istotnym przejawem działania mecenatu Samorządu Województwa Wielkopolskiego, jak i promowania najbardziej docenianych osiągnięć przedstawicieli kultury.

Tegoroczni beneficjenci to: Ewa Czamańska, inspektor do spraw kultury w Starostwie Powiatowym w Pile, prezydent Wielkopolskiej Rady Kultury, organizatorka imprez kulturalnych, autorka audycji radiowych o ludziach kultury środowiska pilskiego; 

Jan Dodot, śpiewak, działacz amatorskiego ruchu śpiewaczego, wieloletni prezes oddziału Polskiego Związku Chórów i Orkiestr w Ostrowie Wielkopolskim, inicjator wielu zespołów chóralnych i cyklicznych imprez, propagujących wspólne śpiewanie; 

Barbara Fabiańska, autorka książek, audycji radiowych i telewizyjnych, filmów dokumentalnych oraz wystaw o tematyce historycznej. Tworzy, nawiązując do ważnych dla poznanian i Wielkopolan postaciach i miejscach; 

Marek Garztecki, śpiewak, który wystąpił w 120 rolach operowych i ma za sobą 50 partii koncertowych, m.in. na scenach  w: Amsterdamie, Berlinie, Brukseli, Buenos Aires, Mediolanie i Pekinie. Znany ze współpracy  z najsłynniejszymi dyrygentami i życzliwej postawy wobec młodych debiutujących artystów.

 Mariola Hendrykowska, tancerka, kierownik baletu, asystent choreografa i inspicjent. Związana z Polskim Teatrem Tańca - Baletem Poznańskim. W dorobku ma wiele ról solowych, na scenie pracuje już 36 lat;

Jerzy Jurga, artysta malarz, historyki sztuki, organizator i animator życia kulturalnego w Wielkopolsce, twórca dwóch galerii, uczestnik prawie 50 indywidualnych i zbiorowych wystaw: w Kościanie, Poznaniu, Śremie, Bazylei, Hanowerze, Chicago i Tokio;

Krystyna Kostrzemska-Suska - tancerka, związana z Polskim Teatrem Tańca – Baletem Poznańskim, aktualnie inspektor baletu. Wystąpiła w wielu rolach w niezwykłych spektaklach. Artystka z wielkim doświadczeniem zawodowym, oddana sztuce baletowej, z 56-letnim stażem scenicznym;

Władysław Kościelniak, 90-letni wybitny grafik, rysownik, publicysta i regionalista. Autor niezliczonych ex librisów, grafik, felietonów („Ziemia Kaliska”, „Kalisia Nowa”), inicjował wiele przedsięwzięć w Kaliszu na rzecz tego miasta;

Stanisława Łowińska, poetka z dorobkiem kilku tomów wierszy, dziennikarka, autorka licznych felietonów prasowych, inicjatorka przedsięwzięć popularyzujących literaturę wśród młodego pokolenia, m.in. Klubu Młodego Dziennikarza oraz „Lednickiej Wiosny Poetyckiej”;

Stanisław Pijanowski, leśnik, założyciel jednego z największych prywatnych muzeów w kraju z pamiątkami dotycz. historii Polski i zabytkowymi księgami, autor „Opowieści z Głuchej Puszczy” i wystaw;

Ireneusz Solarek, artysta plastyk, założyciel Zbąszyńskiej Sceny Plastycznej Teatru „S”, autor spektakli prezentowanych na festiwalach, pomysłodawca Galerii Baszta na wystawy regionalnych artystów oraz Międzynarodowych Spotkań Artystycznych „Experyment” dla poszukujących plastyków, muzyków i twórców teatru;

ks. Józef Słowik, proboszcz parafii pw. Wniebowzięcia NMP, kustosz Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu, kapłan ceniony przez parafian, wielki miłośnik i opiekun zabytków;

Antoni Taczanowski, bibliotekarz, działacz społeczny i kulturalny, wieloletni dyrektor Biblioteki Publicznej w Międzychodzie, prezes Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Ziemi Międzychodzkiej oraz wiceprezes Stowarzyszenia Międzychodzian, autor wielu publikacji o regionie;

Andrzej Wiza, śpiewak 50-letnim dorobkiem, reżyser z 40-letnimi dokonaniami, konferansjer, dawny dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, reżyser wielu oper i operetek, miłośnik i popularyzator muzyki polskiej;

prof. Andrzej Marek Wyrwa, archeolog, autor ponad 300 publikacji naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, członek stowarzyszeń historycznych, już ponad 20 lat zajmują go badania archeologiczne w kompleksie osadniczym Łekno-Tarnowo Pałuckie, popularyzator wiedzy na temat Cystersów, organizator festynów archeologicznych, ukazujących dziedzictwo Cystersów w Łęknie. 

Ponadto nagrody przyznano: Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy w Wolsztynie, Chórowi Męskiemu w Wyrzysku, Teatrowi Szkolnemu „Iskierka” z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Trąbczynie. 

Poprzednie nagrody zostały przekazane przed koncertami: Academy of St. Martin In the Fields, Roby’ego Lakatosa, a także Joanny Kozłowskiej i Wojciecha Drabowicza. 

Uroczystość odbyła się 22 maja.

Stefania GoleniaPruszyńska