Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee” (nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu). Podaję tutaj statystyki Państwa wizyt (na podstawie danych otrzymywanych z Blox). Aktualna liczba wizyt w Gazecie Autorskiej „IMPRESJee”: 6 957 229. A w gazecie i witrynach tematycznych: 9 341 955 ******* Gazeta Autorska „IMPRESJee” zajmuje pierwsze miejsce czytelnictwa w kategoriach: PRASA i MEDIA (zatem też jak dotąd - w kategorii MEDIA) na TOP 1000 w Blox. Zapraszam do lektury - wydawca i redaktor naczelna Stefania Golenia (Stefania Pruszyńska), autorka esejów, felietonów, recenzji, wywiadów, fotoreportaży, utworów literackich i artystycznych wizualnych: obrazów, grafik, rysunków...
poniedziałek, 02 października 2006

Platforma Obywatelska, według aktualnych wyników sondażu przeprowadzonego przez TNS OBOP dla „Faktu”, zdobyła poparcie 34 procent ankietowanych, PiS – 22 proc.. po aferze z taśmami Renaty Beger – 24 proc.), SLD – 7 proc., Samoobrona – 5 proc. (od ubiegłego tygodnia spadek o 2 proc.), PSL – 5 proc., LPR – 2 proc.

Z tych danych wynika, że Liga Polskich Rodzin nie mogłaby teraz liczyć na wejście do Sejmu. Przeprosinami Polaków, zbulwersowanych „rokowaniami w sprawie stanowisk” („afera taśmowa”), nie udało się premierowi Jarosławi Kaczyńskiemu przyciągnąć więcej ankietowanych do Prawa i Sprawiedliwości – poparcie dla tej partii ma wyraźną tendencję do spadku. Awantura zaszkodziła także Andrzejowi Lepperowi i jego Samoobronie. PO, utrzymując poparcie na obecnym poziomie, uzyskałaby większość w Sejmie.

 (o-steg)



czwartek, 21 września 2006

Gazety w Polsce głoszą, że rozruchy na Węgrzech spowodowało przyłapanie węgierskiego premiera na kłamstwie, podczas gdy, w rzeczy samej, Ferenc Gyurcsany akurat mówił prawdę, tyle tylko że była to prawda o tym, jak systematycznie okłamuje się Węgrów.

Jest rzeczą niezmiernie optymistyczną i pocieszającą, że ta nowa rebelia węgierska jest rebelią przeciwko kłamstwu, że nie brak chleba czy kiełbasy, ale nieobecność PRAWDY w życiu publicznym naszych węgierskich bratanków sprowokowała ich do tak gwałtownych wystąpień. Polska służba dziennikarska, która już niemal całkowicie przyzwyczaiła się do tego, że kłamstwo stało się normą w życiu publicznym Polaków, natychmiast wyruszyła na pomoc politykom węgierskim, ogłaszając, jak zawsze, że rozruchy na Węgrzech mają charakter chuligański, że dokonywane są rozboje i grabieże.

Ciekawostką jest tylko, że furia węgierskich demonstrantów skierowała się przeciwko telewizji. To tam przede wszystkim poszli i tam dokonywali zniszczeń, rozbijając urządzenia i sprzęt tak zasłużony w systematycznym okłamywaniu węgierskiej opinii publicznej. Warto, żeby i nad tym pomyśleli dziennikarze pracujący w polskich mediach, a w telewizji w szczególności. Warto, żeby pomyślał o tym prawdomówny i dzielny Bronisław Wildstein, szef TVP, jak i jeszcze bardziej prawdomówny i dzielny Krzysztof Czabański, szef Polskiego Radia. Obaj oni bowiem, podobnie jak i wielu innych, pozycję swoją budują na legendzie „niezależności dziennikarskiej”, wyniesionej z czasów podziemnego oporu. Podziemny opór był skierowany przeciwko komunizmowi, a komunizm w całości ucieleśniał kłamstwo. Na tej zasadzie, na zasadzie przeciwieństwa, ludzi występujących przeciwko komunie prostoduszny naród przyjmował jako głosicieli prawdy. Niestety, ostatnie 17 lat okazało się latami wielkiego społecznego rozczarowania. Pół wieku systematycznej tresury w kłamstwie przyniosło plon okropny - kłamstwo weszło nam w krew i żyć bez niego nie sposób. Ustrój oparty w całości na kłamstwie upadł, ale zatruł i zanieczyścił społeczeństwa i narody. I ta straszna spuścizna odciskuje bez przerwy swoje piętno na naszym życiu publicznym – zarówno społecznym, jak i państwowym. 

Zakłamana, nieujawniona jest prawda o tym, jak doszło do transformacji systemowej, Magdalenki, Okrągłego Stołu, rozbicia Solidarności. Nadal nie wiemy, kto i jakie role tam odgrywał, na rzecz kogo pracował i dlaczego, na czym polegały sekretne „negocjacje i sondaże”, jaki był klucz doboru „negocjatorów i reprezentantów”. Chociaż Instytut Pamięci Narodowej istnieje już wiele lat, to jego uczeni fachowcy wydają się zajmować najróżniejszymi drobiazgami, ujawnianiem jakichś personalnych skandali, lecz istoty rzeczy wolą nie dotykać.

Zakłamana, nieujawniona, wykoślawiona jest prawda o samym przebiegu transformacji ustrojowej, o genialnym planie genialnego Leszka Balcerowicza i wszystkim, co wiąże się z tym. Komisja Zawiszy niby deklaruje, że zajmie się tym, ale zamiast tego kompromituje się na jakichś bataliach o jakiś Case, zamiast Leszkiem Balcerowiczem zajmuje się panią Balcerowiczową. Ukryta, zakłamana jest prawda o jądrze tej transformacji, jaką była „operacja FOZZ”, jej charakter i katastrofalne dla Polski konsekwencje. Od tej tematyki media publiczne uciekają jak od dżumy, ale oczywiście tylko dlatego że od ujawnienia prawdy uciekają przede wszystkim politycy i cała polityczna góra. Po 13 latach sądowego prześladowania autorów książki „Via bank i FOZZ” zapadł wreszcie wyrok, który oddala wszystkie zarzuty przeciwko nam podnoszone. Nie wiadomo jednak, czy świadczyć to ma o tym, że niezawisły sąd stał się zwolennikiem prawdy, czy też dlatego, że gangsterom i przestępcom powinęła się noga, a główny operator FOZZ Dariusz Przywieczerski na wszelki wypadek wolał uciec z kraju i ukryć się nie wiadomo gdzie. W tym gigantycznym kłamstwie o transformacji ustrojowej uczestniczą politycy, prokuratury i niezawisłe sądy, ale z równą gorliwością uczestniczą w nim „instrumenty kłamstwa” – jakimi są media publiczne i „niezależni wydawcy”. Wznowienia naszej książki o FOZZ odmówiło ponad 30 „niezależnych” wydawców, na organizowane przez nas konferencje prasowe w różnych miastach nie widzieli powodu pofatygować się przedstawiciele mediów, a ci którzy przyszli (bardzo nieliczni), nie odważyli się napisać niczego na temat tego, co na tych konferencjach usłyszeli. 

Zakłamana, wykoślawiona, ukryta jest prawda o ustroju Rzeczypospolitej. O tym, że najważniejszy akt ustrojowy, jakim jest ordynacja wyborcza do Izby Ustawodawczej, gwałci nasze prawa obywatelskie, odbiera nam podstawowe prawo - bierne prawo wyborcze, że wszystkie stosowane do tej pory procedury wyborcze gwałcą konstytucyjne zasady, i że z tzw. pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu w Polsce przestrzegana jest jedynie zasada tajności. Przedstawiciele polskiego rządu i parlamentu rozjeżdżają się po świecie, ucząc „niedorozwinięte kraje” demokracji, podczas gdy w Polsce zamiast demokracji mamy partiokrację – nieudolne rządy coraz to innych partyjnych koterii, które, tak naprawdę, wiszą w powietrzu, pozbawione zaplecza i poparcia obywateli. Telewizja Pana Wildsteina, tak jak i Radio Pana Czabańskiego zamknięte są na głucho przed tą fundamentalną problematyką ustrojową. Polakom nie wolno poruszać sprawy wyborów parlamentarnych, jakie odbywają się w Anglii, Kanadzie czy USA, a najwyżsi urzędnicy państwowi kłamią na ten temat, hucpiarsko patrząc nam w oczy. 

Nie wiem, skąd nabrali przekonania, że tak można w nieskończoność, że ich władza jest wieczna, że tak będzie zawsze. Wydawałoby się, że historia ostatnich 17 lat powinna ich, jak najbardziej, przekonać, że taki pogląd jest z gruntu fałszywy! Gdzie są dzisiaj Mazowiecki, Bielecki, Oleksy, Cimoszewicz, Olszewski, Buzek, Suchocka, Krzaklewski, Belka, Miller? Gdzie są wspaniałe partie polityczne UD, UW, KPN, ROP, POC, WAK, BBWR, AWS, ZChN i tyle innych?

Sytuacja w Polsce pod żadnym względem nie różni się korzystnie od sytuacji na Węgrzech. Może tylko tym, że na Węgrzech zabrakło wystarczającej liczby „parasoli ochronnych”, takich np., jakie rozbita Solidarność i hierarchia Kościoła trzymały nad „procesem przemian”. „Solidarność” już dawno zapłaciła straszną cenę za ten „parasol” i dzisiaj już żadnej roli w życiu publicznym nie odgrywa. Kościół płaci cenę cały czas, ale jest wielki i wiele już przetrzymał, więc Hierarchowie mogą uważać, że i to przetrzyma. Tylko czy ta cena jest naprawdę konieczna?

[...] Polska istnieje i będzie istnieć tylko tak długo, jak tego będą chcieli Polacy i jak długo za utrzymanie Jej istnienia będą gotowi złożyć nawet najwyższe ofiary. Na razie młodzi Polacy opuszczają swój kraj i jadą szukać szczęścia gdzie indziej. Ten exodus się skończy. Jeśli nie powstrzymają tego sami Polacy, to kres położą rządy krajów, które dzisiaj wydają się temu sprzyjać. 

Przykład sowieckiego imperium udowodnił, że potęga kłamstwa, choć wielka, nie jest jednak, na dłuższą metę, przemożna. Trzeba kocioł otworzyć, wpuścić świeże powietrze, wreszcie trzeba będzie powiedzieć prawdę. Polska dzisiaj wydaje się uśpiona, polska młodzież wydaje się całkowicie zajęta czym innym, głupawe awantury w Sejmie i wokół niego wydają się odwracać naszą uwagę od spraw istotnych, dziennikarska „brać” stara się utrzymać uwagę publiczną w napięciu przy sprawach na to nie zasługujących. Do czasu. 

Dzisiejsze wypadki na Węgrzech powinny stać się ostrzeżeniem. Ta para pod kotłem wzbiera. Już sztuczki z wyborami i majstrowanie przy ordynacjach nie wystarczą. Jeśli chce się uniknąć wybuchu, trzeba otworzyć media dla autentycznej debaty publicznej. Trzeba dopuścić do głosu Prawdę.

Jerzy Przystawa
Wrocław, 19 września 2006



poniedziałek, 04 września 2006

Sir Elton John,  brytyjski gwiazdor muzyki pop, wystąpił w ostatnią sobotę w sopockiej Operze Leśnej podczas 43. Sopot Festival organizowanego przez telewizję TVN. W Operze Leśnej schował się za ciemnymi, fioletowymi szkłami. Obrazu całości dopełniał oryginalnie skrojony czarny smoking, zdobiony czerwonymi napisami oraz wielki złoty krzyż zawieszony na piersi artysty. To cały on – elegancki i ekstrawagancki zarazem. 

Publiczność, wypełniająca Operę Leśną po brzegi, przyjmowała wokalistę z należnym mu szacunkiem, jak pisali sprawozdawcy, ale prawdziwy entuzjazm wzbudziły dopiero zaprezentowane w drugiej części recitalu „Someone Saved My Life Tonight” i „Sorry Seems To Be The Hardest Word”. Artysta poszedł więc za ciosem, proponując „Sacrifice”, którym poderwał znaczną część obecnych do radosnych pląsów. Widzowie w trakcie koncertu podnieśli się ze swoich miejsc, tańczyli, klaskali w takt muzyki i nucili razem z artystą. Było też trochę gwizdów, ale na którym koncercie ich nie ma? 

Wyraźnie zadowolony z reakcji polskiej publiczności Elton John wielokrotnie uśmiechał się, często wstawał zza fortepianu, kłaniał się słuchaczom i przesyłał całusy. Zabawa rozkręciła się przy „Crocodile Rock”, by sięgnąć zenitu przy „I’m Still Standing”. I rzeczywiście, tytuł okazał się proroczy – teraz nikt już w Operze Leśnej nie siedział... Dosłownie nikt... Podobnie jak przy „The Bitch Is Back” (tu poniosło nawet wokalistę, który wskoczył na fortepian)  i niezmiennie porywającym „Saturday Night’s Alright (For Fighting)”. Artysta odebrał pod koniec koncertu nagrodę „Złotego Słowika” za całokształt twórczości, z rąk byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Nie było to ich pierwsze spotkanie. Prezydent spotkał się z Eltonem Johnem  w 1984 roku, kiedy artysta koncertował w Gdańsku. Elton John uściskał Lecha Wałęsę (a właściwie rzucił się jego w objęcia), który oprócz „Złotego Słowika” wręczył mu swoją pamiątkę - srebrny medal wybity z okazji 25-lecia powstania „Solidarności”.

 Z tym medalem było nieco inaczej... Prezenterka Magda Mołek odebrała go Wałęsie mówiąc, że wręczy go Eltonowi za kulisami (?). Czym najwyraźniej zaskoczyła obu panów. „Zawsze dobrze jest wracać do Polski. Ludzie są tutaj tacy wspaniali i przyjaźni” – powiedział na koniec koncertu artysta. Wspomniał także swoje pierwsze spotkanie z Wałęsą. Muzyk zaapelował niespodziewanie o tolerancję dla homoseksualistów. Elton John sam jest homoseksualistą. W grudniu zeszłego roku zawarł związek ze swoim długoletnim partnerem Davidem Furnishem. Elton podziękował polskim fanom, pokłonił się Wałęsie i „Solidarności” i przeszedł do konkretów: „Jestem tylko muzykiem, który śpiewa piosenki z nadzieją, że na kilka godzin znikną wasze kłopoty. Ale jestem również gejem. Słyszałem, że geje w Polsce padają ostatnio ofiarą przemocy. Zostawcie nas w spokoju. My tylko chcemy być sobą”. Lubię Eltona i „kocham” jego balladowe kawałki, zwłaszcza te starsze i te bardziej smętne. Nic na to nie poradzę. Przed ekranem telewizora też szalałem. Mimo że „homo” zdecydowanie nie lubię. Nawet wbrew „politycznej poprawności”...  Ale nie spodobał mi się brytyjski szlachcic w jednym tylko momencie. Nie wtedy, gdy nawoływał, żeby gejów zostawić w spokoju, bo oni tylko chcą być sobą. Na to, z mojej strony, pełna zgoda! Nie spodobał mi się wielki Elton wtedy, gdy powiedział, że słyszał, iż geje w Polsce padają ostatnio ofiarą przemocy. Sir John jest źle poinformowany. Gdyby tak było naprawdę i poważne (a nie incydentalne, co zdarza się na całym świecie, również w jego ojczyźnie), to odczułby to najpierw na własnej skórze. Po prostu – nie zostałby zaproszony do Polski, do Opery Leśnej. Gdyby to była poważna prawda i prawdziwa mentalność Polaków, nie przyjmowano by go w Operze Leśnej z takim uwielbieniem. Ponadto niech sir Elton się zdecyduje: albo ludzie tutaj, w Polsce, są tacy wspaniali i przyjaźni, jak mówił. Albo też są mało wspaniali i mało przyjaźni, co wynikałoby z ostatnich słów artysty. Pewnie jesteśmy i tacy,  i tacy. Jak wszędzie. Normalni. 

Zygmunt Kmieciak



czwartek, 24 sierpnia 2006

Rozmowa z Krzysztofem Wodniczakiem, prezesem Polskiego Towarzystwa Artystów, Autorów i Animatorów Kultury

Jakie są, Twoim zdaniem,  perspektywy dla kultury, ludzi tej dziedziny, Polskiego Towarzystwa Artystów, Autorów, Animatorów Kultury?

-  Ludzie kultury dojrzeli do tego, żeby mieć wpływ na to, by szeroko rozumiana kultura w Poznaniu odzyskała świetność (jak za prezydenta Wituskiego)... Przez te ostatnie szesnaście lat wiele się zmieniło na niekorzyść. Aktualnie osoby mające doświadczenie w pracy w samorządzie pomocniczym pragną się znaleźć na listach wyborczych jako kandydaci do Rady Miasta Poznania... To ludzie mogący mieć wpływ na traktowanie kultury z należytą uwagą i troską, a także na udzielanie odpowiedniego wsparcia organizacjom skupiającym twórców. Wiedzą oni, że nie można pomijać ani nie doceniać tych inicjatyw stowarzyszeń środowisk twórczych, które służą popularyzacji dorobku ich członków i promowaniu kultury, w tym zwłaszcza tej wysokiej.
Na początku, pod koniec 2000 roku, towarzystwo miało nazwę aż z pięcioma ,,A”: Poznańskie Towarzystwo Artystów, Aktorów, Animatorów, Aranżerów, Autorów, Kompozytorów, czyli PTAAAAAK. Później - w 2002 roku po przyjęciu członków spoza Poznania nazwę towarzystwa zmieniono na: Polskie Towarzystwo Artystów, Autorów, Animatorów Kultury... czyli PTAAAK. Czy dysponujesz  pełną statystyką członków PTAAAK-a? Obecnie nasze towarzystwo PTAAAK, według złożonych deklaracji, ma 680 członków, w tym 177 spoza Poznania, a 30 spoza Polski.

A jakie plany jako prezes towarzystwa zamierzasz zrealizować w najbliższym czasie?

- 29 września 2006 r. o 19.00 w Scenie ,,Rozmaitości” odbędzie się koncert ,,Muzyczne Wodniki”. Jako fundator ,,Wodników” zaprosiłem wokalistki: Krystynę Prońko, Grażynę Łobaszewską, Małgorzatę Ostrowską, Annę Pietrzak, Halinę Zimmermannn (laureatka pierwszego ,,Wodnika” - poznańskiego, wielkopolskiego) oraz wokalistów: Stana Borysa, Wojciecha Kordę, Tadeusza Nalepę, Andrzeja Rybińskiego, Piotra Schulza (laureat pierwszego ,,Wodnika”). Także zespoły: ,,Affabre Continui” (laureat pierwszego ,,Wodnika”), ,,Partita”, „Turbo” z orkiestrą symfoniczną pod dyrekcją Mariusza Dereweckiego, SBB, ,,Sun Flower Orchestra”. Tegoroczne ,,Wodniki” zostaną przyznane w trzech kategoriach: wokalistka, wokalista, zespół muzyczny oraz pośmiertnie. Każdy z kandydatów został poproszony o zaprezentowanie jednego utworu ze swojego repertuaru. Laureatami ,,Wodników” przyznanych pośmiertnie są: Wiesław Dymny, Krzysztof Komeda-Trzciński, Krzysztof Klenczon, Czesław Niemen, czyli Czesław Juliusz Wydrzycki oraz Wojciech Skowroński. Tym osobom wiele zawdzięczam w dziedzinie muzyki, a przede wszystkim to, co wpłynęło na mój rozwój muzyczny i moje poczucie estetyki muzycznej. Bardzo ważnym zamiarem i celem PTAAAK-a jest promowanie kultury wysokiej. Także organizacja konkursów i koncertów wspomnieniowych, związanych z takimi postaciami, jak np.: Czesław Niemen, Krzysztof Komeda-Trzciński, Kazimierz Grześkowiak, Krzysztof Klenczon. Wspieranie twórców seniorów, pamięć o zmarłych - odwiedzanie miejsc ich pochówku. W 2007 r. ma się odbyć koncert poświęcony pamięci Wojtka Skowrońskiego (z udziałem Aleksandra Machalicy), zlot sympatyków Niemena.

Jak sądzisz, Krzysztofie, w czym obecnie można upatrywać szans dla kultury w Poznaniu?

- Osobiście je dostrzegam w ludziach, którzy mogą ją docenić i wesprzeć organizacje środowisk twórczych. Duże nadzieje dla kultury budzi kandydująca w najbliższych wyborach na prezydenta miasta Poznania Maria Pasło-Wiśniewska. Rozumie sytuację tej dziedziny, potrafi liczyć pieniądze i wie, że bez kultury najwyższej Poznań będzie prowincją. Przez umożliwienie zaś różnorodności działań stworzone zostaną warunki do pozyskiwania inwestorów w kulturę.

Rozmawiała: Stefania Golenia


 

Gloria Artis dla Conrada Drzewieckiego. Conrad Drzewiecki, wybitny artysta i pedagog, znany wielu, związany twórczo z Poznaniem, został uhonorowany Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis”.

Na tę uroczystość wybrano 23 sierpnia 2006 r. – dzień poświęcony  twórczości Conrada Drzewieckiego podczas trwającego VII Międzynarodowego Biennale Tańca Współczesnego. Artysta ten w tym roku  obchodzi 80-lecie  swoich urodzin.

Medal  w imieniu Ministra Kultury i Dziedzictwa wręczył Conradowi Drzewieckiemu  marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak, który  stwierdził: „Poznań i Wielkopolska mogą być dumni z tak wspaniałego artysty, który nie tylko stworzył wiele wybitnych kreacji, ale także wykształcił grono znakomitych tancerzy, kontynuatorów jego artystycznej wizji. Dziełem Conrada Drzewieckiego, które na zawsze pozostanie w polskiej kulturze i historii tańca jest Polski Teatr Tańca Balet Poznański, niezmiennie zachwycający swoimi występami publiczność zarówno w kraju, jak i za granicą”.

Roger Waters już w Poznaniu. Wczoraj przybył do Poznania Roger Waters, były lider Pink Floyd, który 25 sierpnia pokieruje premierą „Ça ira”, by jako kompozytor muzyki do tego megawidowiska w ten sposób uczcić 50. rocznicę Poznańskiego Czerwca`56. Niestety, dziennikarze mieli utrudniony dostęp do artysty. Jest zajęty przede wszystkim pracą – stwierdziła Anna Tańska, przedstawicielka firmy producenta widowiska Viva Art Music. Na spektakl wybiera się co najmniej 11 tysięcy osób – tyle biletów z przygotowanych 14 tysięcy już sprzedano. Ceny biletów, jak stwierdza wielu zapytanych przeze mnie chętnych do uczestnictwa w tym wydarzeniu, są przesadzone. Wielu z nich nastawia się na telewizyjną emisję spektaklu jako jedyną szansę.

IV Międzynarodowe Spotkania z Kulturą Romską. Integracja za pomocą piłki nożnej (4:2 dla Romów). Zaplanowany mecz piłki nożnej pomiędzy drużynami: poznańskiej Straży Miejskiej i Klubu Sportowego Stowarzyszenia Kulturalno-Społecznego Romów w Głubczycach rozegrano na boisku Szkoły Podstawowej nr 40 w Poznaniu przy ulicy Garbary. Było „gorąco”,  choć popołudnie od 16.00 raczej pochmurne, potem z deszczem zawalidrogą... „Na szczęście nie trzeba było czerwonych kartek, obie drużyny grały zaciekle, lecz przecież w dobrym stylu” – skomentowała z uśmiechem Anna Markowska, prezes Fundacji „Bahtałe Roma”. Szkoda, że pogoda spłatała psikusa. Publiczność nie była zapewne z tego powodu zbyt liczna i skrócono rozgrywki. Wyraźną przewagę mieli piłkarze romscy. Wynik meczu 4:2 ucieszył ich kibiców. Na koniec spotkania liderzy obu drużyn: Jacek Kubiak ze Straży Miejskiej i Andrzej Kwiatkowski z KS SKSR w Głubczycach otrzymali dyplomy i podobnie jak pozostali uczestnicy – płyty z muzyką romską w wykonaniu zespołu „Tatra Roma”. Zwycięzców podjęto obiadem w Domu Romskim w Poznaniu.

Przed Wielkopolskimi Dożynkami Archidiecezjalno-Wojewódzkimi w Lubaszu. Tegoroczne obchody Wielkopolskich Dożynek Archidiecezjalno-Wojewódzkich odbędą się w niedzielę 27 sierpnia w Lubaszu, po raz pierwszy w gminie wiejskiej. Gminę Lubasz w powiecie czarnkowsko-trzcianeckim wybrano na te uroczystości z uwagi na jej położenie w północnej części naszego regionu. Chcemy, aby święto dożynkowe, które jest świętem wszystkich rolników Wielkopolski, odbywało się w różnych subregionach. Gmina Lubasz jest gminą przedsiębiorczą i gospodarczą. Może się pochwalić zadowalającymi wynikami plonów oraz wieloma cennymi inwestycjami, jest także otwarta na współpracę zagraniczną. Od 2000 roku utrzymuje kontakty z niemiecką gminą Sottrum i potrafi doskonale wykorzystać swoje walory turystyczne. Związek tego miejsca z osobą Ojca Świętego Jana Pawła II ma dla nas wszystkich również ogromne znaczenie – mówił marszałek woj. wielkopolskiego Marek Woźniak przybyły na konferencję prasową 23 sierpnia do Lubasza. Dodał też, że kryterium tego wyboru opierało się na spełnieniu oczekiwań społecznych, by miejsce dożynek nie było oddalone od miejsca pracy rolników. W konferencji uczestniczyli m.in.: ks. Sławomir Grośty – reprezentant ks. arcybiskupa, Wiesław Maszewski – starosta czarnkowsko-trzcianecki, wójt gminy Lubasz Jan Graczyk, członek zarządu Wielkopolskiej Izby Rolniczej Bogdan Wlekły, Andrzej Bobrowski – dyrektor Departamentu Rolnictwa w Urzędzie Marszałkowskim.

Program obchodów dożynek przewiduje na początek otwarcie o 12.00 wystawy rolniczo-gospodarczej, a o 14.00 - głównych uroczystości w Lubaszu przed kościołem p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny, na Krasnej Górze, gdzie na pl. Koronacyjnym rolnicy z poszczególnych dekanatów wystawią wieńce żniwne. Główny celebrans ks. arcybiskup Stanisław Gądecki, metropolita poznański, odprawi mszę św. przy tym samym ołtarzu, przy którym Jan Paweł II mszę św. sprawował na pl. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdy przybył z papieską pielgrzymką do Polski w 1998 r. Ołtarz ten w darze przekazały Zakłady Hipolita Cegielskiego w Poznaniu. Po mszy św. uczestnicy przejdą korowodem na stadion, na którym obrzęd żniwny poprowadzi laureat konkursu Wielkopolski Rolnik Roku i starosta dożynek Adam Styczyński. Wystąpi marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak i przedstawiciele samorządowi województwa wielkopolskiego i gminy. Do wieczora zaplanowano dla miejscowych rolników i mieszkańców oraz spodziewanych co najmniej 2500 gości dożynek m.in. występy: zespołu folklorystycznego „Wielkopolanie”, także hejnalistów z Goraja, woltyżerów z Lubasza, Małgorzaty Ostrowskiej z grupą, a także na wieczór – zabawę ludową. Podczas wizyty w Lubaszu marszałka Marka Woźniaka wraz z nami, dziennikarzami, zaprosili do swoich gospodarstw starostowie i asystenci tegorocznych dożynek. Witani przez nich z wielkopolską gościnnością, przebywaliśmy w Sokołowie, Jędrzejowie i Hucie. Była to sposobność do przyjrzenia się zarówno dwóm nowoczesnym budynkom gospodarskim i ładnym, ciekawie urządzonym domostwom, jak i gospodarstwu  biedniejszemu – tradycyjnemu,   nastawiającemu się na agroturystykę. Okazja do rozmów z gospodarzami o ich życiu i pracy, perspektywach, planach.

Stefania Golenia Pruszyńska

 



Myślałem, że wtorkowa decyzja Lecha Wałęsy o wystąpieniu z Solidarności, bo ta za bardzo brata się z Prawem i Sprawiedliwością wywoła – jeśli nie medialną burzę – to przynajmniej jakieś reakcje choćby kilku co wybitniejszych Polaków. Choćby dawnych związkowych towarzyszy broni. W końcu ojciec rezygnuje tu z własnego dziecka, które współpowoływał do życia. Nic: pustka, pustynia w przestrzeni społecznej. Przez całą środę polskie media mówiły o wszystkim i wszystkich, tylko nie o Wałęsie.

Za to o wystąpieniu Lecha Wałęsy z „Solidarności” obszernie napisała w środę „Corriere della Sera”. Największa włoska gazeta podkreśla, że były prezydent „jest załamany Polską, rządzoną przez braci Kaczyńskich”. Według dziennika, Wałęsa, podobnie jak Michaił Gorbaczow, jest „skazany na odbieranie tytułów doktora honoris causa, konferencje i popularność tylko za granicą”. Przede wszystkim jednak  dodaje autor artykułu Francesco Battistini – „legendarny przywódca »Solidarności« całkowicie nie zgadza się z prezydentem i premierem”.

„Wałęsa wie, że dialog z żelaznymi braćmi jest prawie niemożliwy”  stwierdza dziennik zauważając, że Lech i Jarosław Kaczyńscy „byli niegdyś jego doradcami, a dzisiaj są (jego) politycznymi grabarzami”. Przytacza też wypowiedź byłego prezydenta, którego zdaniem „politycy ci najpierw niszczą, a potem myślą o budowie”.  „Corriere della Sera” konstatuje, że po śmierci Jana Pawła II wraz z odejściem Lecha Wałęsy z „Solidarności” zamyka się kolejny rozdział XX wieku.  

Nie zgadzam się tu z 2 stwierdzeniami Battistiniego. Otóż, Kaczyńscy nie są politycznymi grabarzami Wałęsy. Politycznym grabarzem Elektryka okazał się on sam. Co zresztą od lat pokazują sondaże opinii w kraju. Jeszcze kiedy Kaczyńscy w polityce mieli niewiele do powiedzenia – zaufanie Polaków do wielkiego rodaka systematycznie oscylowało najwyżej wokół kilku procent poparcia. Jak to się mówi: Wałęsa „nagrabił” sobie sam... Butny, mściwy i małostkowy. Gadający interesująco, choć często kompletnie niezrozumiale... A ponadto – i tu moja druga uwaga pod adresem autora tego tekstu – jeśli Wałęsa o Kaczyńskich mówi, iż „politycy ci najpierw niszczą, a potem myślą o budowie”, to z pewnością „ojcem” tej metody w najnowszej historii Polski jest on sam. Wałęsa.
   

Battistini zwraca jednocześnie uwagę na to, że były prezydent czuje się zdradzony także przez własny związek zawodowy, który  jak to ujmuje – „poparł jednojajową demokrację” i politykę sprzeczną z tym, o co walczył. Jeśli mogę wejść w słowo Battistiniemu: Wałęsa ma ponoć pretensje do swojego byłego związku, że „Solidarność” poparła „jednojajową demokrację”, czyli – jak należy rozumieć – demokrację bliźniaków Kaczyńskich. Tym samym (jak dalej należy rozumieć), ich politykę sprzeczną z tym,  o co on sam, Wałęsa, walczył. Wałęsa ma to do siebie, że nie widzi – by rzec ewangelicznie – belki w swoim oku, za to postrzega  je w oczach bliźnich. Czy mam Elektrykowi przypomnieć jego liczne, a poważne grzechy: „falandyzację”, czyli balansowanie na granicy prawa za jego prezydentury, rozgonienie rządu Jana Olszewskiego czy wreszcie – co wywarło fatalne wrażenie na współobywatelach – chęć podania Kwaśniewskiemu nogi, a nie ręki podczas publicznej debaty. Nie rozumie tego Wałęsa (albo udaje), że sam sobie zgotował taki los. Pustyni, która go od dłuższego czasu otacza w kraju. Że dawno już pomnik runął z piedestału. Polacy tymczasem - podkreśla się w artykule włoskiej gazety - z trudem identyfikują się z wydarzeniami z roku 1980, są rozczarowani prezydenturą Wałęsy i nie popierają jego „oryginalnych i nierealnych idei”. Według gazety właśnie „dlatego najpierw zastąpili go byłym komunistą Kwaśniewskim, a teraz widzą u braci Kaczyńskich pragmatyzm, którego Wałęsa nigdy nie okazywał”. Fakt, fakt, fakt. Boję się, że legendarny przywódca stoczniowego protestu z Sierpnia ’80 z tych faktów do dziś nie wyciągnął żadnych konstruktywnych wniosków. On sam, i tu powrót do wątku ewangelicznego... „Corriere della Sera” informuje również o agenturalnych zarzutach, padających pod adresem noblisty ze strony jego dawnych towarzyszy. W opublikowanym na tej samej stronie gazety wywiadzie były rzecznik Wałęsy Piotr Nowina-Konopka nazywa je „bestialstwem”. Nowina-Konopka tak to sobie może nazywać.

Mimo werdyktu sądowego (przed walką o prezydencką reelekcję), mimo niedawnego nadania Wałęsie przez Instytut Pamięci Narodowej statusu osoby pokrzywdzonej przez peerelowskie służby specjalne – w opinii nie tylko swych dawnych kolegów związkowych, by wspomnieć równie legendarnych: Annę Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdę, nie rozliczył się on do końca ze swoją niejasną przeszłością. „Nie stanął w pełni w prawdzie. Jedynie kaprys historii sprawił, że Lech Wałęsa stał się ikoną wydarzeń na Wybrzeżu w ’80. Wałęsa tego też zdaje się nie rozumieć.

W Internecie pojawiła się jednak dyskusja o wystąpieniu Wałęsy z „S”. „Lepiej pamiętać o »Solidarności« i zapomnieć o Wałęsie. Zostawmy go historykom, niech oni rozrywają go na strzępy. Wałęsa: straszny jako człowiek, postać tragiczna” – pisze na forum  Gazety.pl serwus, serwus.  

Pustynia w przyrodzie nie tworzy się sama z siebie. Muszą wystąpić wyjątkowo niesprzyjające warunki. 

Tadeusz Golenia 



W maju 1989 roku grupa członków NSZZ „Solidarność”, w tym ponad 40 członków Komisji Krajowej „S”. Wśród założycieli Porozumienia znaleźli się między innymi: Władysław Siła-Nowicki, Wiesław Chrzanowski, Antoni Macierewicz i Romuald Szeremietiew. Do stycznia 1990 r. uczestnicy Porozumienia spotykali się ośmiokrotnie w różnych regionach Polski.

W grudniu 1989 r., na propozycję Jerzego Giedroycia, napisałem poniższy artykuł, który miał się ukazać w kolejnym numerze „Kultury”. Z powodów, których można się tylko domyślać, tak się nie stało. Artykuł nie był nigdzie opublikowany. Przypominam ten nieznany epizod  z historii „Solidarności”, bo mówią, że historia „magistra vitae”.  

„Tygodnik Solidarność” ma być (jest) organem prasowym NSZZ „Solidarność”. Przynajmniej jest tak od 20. numeru tego pisma, kiedy przejęła je nowa redakcja, na czele z Jarosławem Kaczyńskim. Jak donosi „TS” nr 25, Prezydium KKW przygotowuje właśnie statut „TS”, żeby nie było już cienia wątpliwości, kogo i jak reprezentuje to pismo. Poprzednia redakcja gdzieś zboczyła z drogi związkowej, podobno urządzono tam pokaz nielojalności wobec Związku i Lecha Wałęsy, i dlatego musiała zostać wymieniona na nową. Nie wiadomo, na czym to zboczenie polegało. Jest to nadal sekret, jeden z wielu otaczających dzisiaj życie Związku, który na swoich sztandarach, w statucie i programie, na czołowym miejscu umieścił: JAWNOŚĆ i OTWARTOŚĆ. Jarosław Kaczyński utworzył zespół, do którego wprowadził cały szereg świetnych nazwisk, znanych nie tylko z ogromnych umiejętności, ale i z wielkiej osobistej odwagi, związanych z walką o wolność słowa przez cały okres delegalizacji Związku, a nawet przed Sierpniem. Funkcje zastępców naczelnego powierzył Krzysztofowi Czabańskiemu, Jackowi Maziarskiemu i Maciejowi Zaleskiemu; kierownictwo działem politycznym objął Krzysztof Wyszkowski; do zespołu weszli Piotr Wierzbicki i Jadwiga Staniszkis. Wszyscy - dusze rogate, niepokorne, nie uznające świętych krów. Istotnie. Pismo natychmiast nabrało rumieńców, wigoru, stało się pismem do czytania. Zapowiada, że od najbliższego numeru zacznie drukować „Diabelską Alternatywę” Forsytha; obok programu TV na 10 dni (!) drukuje eseje polityczne Jadwigi Staniszkis; na jednej stronie sąsiadują Jerzy Surdykowski i Piotr Wierzbicki – czyż wachlarz może być szerszy? Pismo dla każdego członka Związku: od uczonego po sprzątaczkę. Mein Liebchen, was willst du noch mehr? Już samo postawienie na czele pisma Wielkiego Związkowego Dygnitarza, jednego z najważniejszych ludzi Lecha Wałęsy, powinno rozwiać obawy o związkowej linii pisma. Tym bardziej że oświadczył on na samym wstępie: „Chcemy robić pismo otwarte, w którym będzie miejsce dla różnych poglądów i postaw reprezentowanych na równych prawach. Ma to być pismo całej »Solidarności”...” („TS”  nr 20).

Podobne deklaracje złożyli wszyscy luminarze pisma. Jacek Maziarski, odchodząc z „Ładu”: W imię przyzwoitości należy przeciwstawić się wpływowym koteriom. „TS”  musi zachować związkową tożsamość, nie może stać się tubą żadnej grupy... te zasady nie podlegają żadnej dyskusji.  

Piotr Wierzbicki: Choć będę pisać wcale nie to, co »Solidarność« chciałaby usłyszeć, to mi ona, we własnym interesie, nie zamknie ust. Zrozumiałem, że Wałęsa życzy sobie, żeby »Solidarność« była związkiem wszystkich Polaków. Wszystkich, a nie tylko niektórych. I dlatego zaproszenie przyjąłem.

Krzysztof Czabański: „Odpowiada mi wizja pisma otwartego na wszystkie nurty ruchu »Solidarność«, pisma, które chce mówić wprost o polityce, bez owijania rzeczywistych różnic w gładkie słowa o świętej opozycyjnej zgodzie”. Czabański stwierdza, że gdyby się mylił, gdyby miało okazać się, że „TS” ma być pismem posłusznym wobec części działaczy „S”, że nie chodziło o żadne otwarcie, tylko wręcz przeciwnie – o zamknięcie, to... „zapewniam, tak jak nie bałem się przyjść do »TS«, mimo silnych nacisków środowiskowych, tak nie będę się bał odejść”. Krzysztof Wyszkowski nie potrzebował składać deklaracji wierności związkowej. Złożył ją, de facto, już wcześniej, udzielając Krzysztofowi Czabańskiemu odważnego wywiadu dla „Kultury”, w którym przenicował Okrągły Stół, nie oszczędzając nikogo z wielkich rozgrywających, bezkompromisowo odsłonił kulisy tej niebywałej, socjotechnicznej rozgrywki. Wywiad szeroko rozpropagowała opozycja niekonstruktywna, w szczególności „Solidarność Walcząca”, przydając obu jego autorom nimbu autentycznej zadziorności i wiarygodności.

Tak jest. „TS” poświęca sprawom związkowym wiele uwagi. Całe strony oddane są sytuacji w Związku, obradom KKW, teleksom z regionów, wiele artykułów traktuje o bolesnych sprawach związkowych. Pismo jest zaniepokojone biernością mas członkowskich, animozjami personalnymi wśród działaczy, trudną sytuacją ludzi pracy, niską frekwencją na zebraniach. ...No, czy właśnie tak nie powinno być? W połowie września przesłałem starej redakcji artykuł „Dlaczego razem?”, w którym podniosłem temat, mimo otwartości i związkowości „TS” pozostającym tematem tabu: sprawę Porozumienia na rzecz Przeprowadzenia Demokratycznych Wyborów w NSZZ „Solidarność”. Wyłożyłem w nim ideę Porozumienia i podjąłem próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego znaczna grupa znanych i nieznanych członków „S” tłucze się po całej Polsce od Szczecina do Katowic, od Wrocławia do Bydgoszczy, nadkłada trudu, czasu i pieniędzy, poszukując sposobu zapobieżenia rozłamowi w Związku? Dlaczego oficjalne władze związkowe udają, że tego nie widzą, dlaczego na sprawę tę ustalono zapis, uniemożliwiając opublikowanie nawet najprostszej na ten temat informacji?

Fakt, że stara redakcja tekst wyrzuciła do kosza, przyjąłem bez zdziwienia. Była to przecież redakcja, która według Jacka Maziarskiego okazała się nielojalna wobec Związku i jego ideałów. Gdy więc przeczytałem wszystkie wyżej wymienione deklaracje nowych redaktorów, natychmiast przesłałem artykuł Jackowi Maziarskiemu. Tak zaczął się mój flirt z nową redakcją. 30 października zadzwonił Krzysztof Wyszkowski i w uprzejmej rozmowie zapewnił mnie, że redakcja jest artykułem zainteresowana, ale... Chodziłoby o tekst trochę krótszy i troszeczkę stonowany, bardziej ku przyszłości, a mniej rozliczeniowy. Zgodziłem się. Napisałem tekst „Porozumienie – dlaczego?”. O połowę krótszy i wychodzący naprzeciw. Od tej pory co najmniej sześć razy miałem przyjemność konfereowania  z red. Wyszkowskim. Według jego słów, wszyscy trzej zastępcy naczelnego byli za. Nieuchwytny był tylko Naczelny, na którego zdanie wypadało poczekać. Wreszcie, 9 listopada, Krzysztof Wyszkowski zakomunikował mi ostateczną decyzję odmowną. Większość, niestety, była przeciw.

No cóż. Jak demokracja, to demokracja. Inni członkowie Zespołu Redakcyjnego, z którymi rozmawiałem na ten temat, bezradnie rozkładali ręce. Trochę światła na sprawę rzuciła dopiero rozmowa z Piotrem Wierzbickim i jego artykuł „Familia, Świta, Dwór”. Pan Piotr, człowiek prawdomówny i nielubiący bawełnianej mowy, pierwszy wyłożył expressis verbis, że „TS” jest nie tyle pismem Związku „Solidarność”, ile organem „Dworu”, a więc frakcji skupionej wokół Lecha Wałęsy. Ja natomiast upominałem się o prawa związkowe tych, których na „Dworze” nie lubią. A co więcej, których się  na „Dwór” po prostu nie wpuszcza.  Bo np. „Familii” też nie lubią, ale się ją wpuszcza, nie mówiąc już o „Świcie”, którą się nawet od czasu do czasu hołubi. Ja zaś znalazłem się na pozycji związkowego pariasa. Gdyby użyć analogii do formuł Piotra Wierzbickiego, pisałem w imieniu związkowych niedotykalnych – odpowiednika hinduskich „untouchables”,  z którymi sam kontakt już hańbi człowieka z wyższych sfer. Czy jednak nawet fakt istnienia owych „niedotykalnych” nie ma prawa być na „Dworze” poruszony? Albowiem ten sam Piotr Wierzbicki napisał w wymienionym tekście: „Gdy się zataja prawdę o podziałach, dwie brzydkie choroby życia publicznego przybierają postać epidemii. Pierwsza to choroba uzurpacji, polegająca na tym, że formacja stanowiąca tylko część i zaangażowana w rywalizację z innymi formacjami przedstawia samą siebie jako całość... Druga to choroba przebrania... Rozdział na Familię, Świtę i Dwór nie jest wieczny...  Ale postulat, żeby Polaków nie traktować jak idiotów, ani jak dzieci i nie zatajać przed nimi prawdy, będzie aktualny zawsze”. Nie wiem, czemu to przypisać: czy skutek odniosły cytowane słowa Piotra Wierzbickiego, czy stało się coś niezwykłego na „Dworze”, dość, że 12 listopada obaj Krzysztofowie: Czabański i Wyszkowski osobiście zakomunikowali mi, że decyzja została zmieniona: PUSZCZAMY! Koniecznie trzeba drukować. Ale jako dwugłos. Z repliką, którą napisze Jacek Maziarski. Ucieszyłem się. Pogratulowałem. Zbudowałem się: no, proszę, jaki światły „Dwór”! Niestety. Radość była przedwczesna. Na „Dworze” znowu coś zaszło, minął już miesiąc, a od zaprzyjaźnionego członka zespołu redakcyjnego wiem, że nie puszczają. Repliki nie będzie. Podobno nie było komu napisać na odpowiednim poziomie. A bez repliki nie można. Lepiej udać, że sprawy nie ma. „Sui generis” repliką było natomiast opublikowanie w „TS” nr 25 wywiadu z Wysokim Dworskim Dygnitarzem Andrzejem Milczanowskim, który z iście prokuratorską gracją oświadczył: „Na żadne wspólne wybory nie pójdziemy. Nie pójdziemy na żadne wspólne komisje wyborcze. Koniec. Kropka”.

No tak. Niech się untouchables organizują w swój związek kulisów i sami wybierają. Od „Dworu” im wara. Tytuł wywiadu z JW Panem Milczanowskim: „Jaki to związek”. Ano właśnie taki.

 W „TS” nr 28 członek Zespołu Redakcyjnego Jan Skórzyński pyta, zupełnie tak, jakby nie pracował  w redakcji „TS”, tylko w jakimś „Daily News” w Albuquerque: „»Tygodnik Solidarność« dla wszystkich jest zatem czy tylko dla niektórych?”. „Dwór” to przecież miejsce na mapie „Solidarności” ważne, ale przecież nie jedyne. K. Czachor, młody dziennikarz „TS”, wydelegowany 17 listopada na spotkanie Porozumienia w Bydgoszczy, oświadczył publicznie: „Zapewniam państwa, że relacja ze spotkania będzie rzetelna. Pan Czachor jest człowiekiem bardzo młodym, na Dworze przysposabia się zaledwie do czegoś w rodzaju pazia. Może, składając takie deklaracje, prawdopodobnie jeszcze nie wiedział, na czym polega jego rola?”.

Red. Skórzyński jakby nie miał wielkiej ochoty być na „Dworze”. Ale przecież wie, że chętnych do służby jest wielu. Deklaruje więc na wszelki wypadek (a nuż Cesarz usłyszałby jego wątpliwości?): „Dwór to wprawdzie nie byle jaki. Króluje w nim wszak Lech Wałęsa. Prawda, że trudno o lepszego władcę. Monarcha to mądry i łaskawy, przez lud swój umiłowany, a i nieprzyjaciele go szanują… Jeśli »TS« został już na trwałe do Dworu przypisany i jest jego wyłączną własnością? No, cóż, także na Dworze można robić rzeczy pożyteczne. Ja proszę o posadę błazna”. Zdaje mi się, że Pan Skórzyński już tę posadę ma. Tylko, w odróżnieniu od dawnych błaznów dworskich, którzy skakali przed orszakiem, rozśmieszając gawiedź, on potulnie ciągnie się w pochodzie, o którym tak pisał pewien skandynawski poeta: „Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: Muszę wytrzymać do końca procesji. I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było”. Paryż, 8 grudnia 1989 r.

Jerzy Przystawa

PS Wrocław, 18 stycznia 1990 r. W 27. numerze „TS” ukazał się artykuł Krzysztofa Czachora pt. „Nie zdradziłem Lecha Wałęsy”, który jest niczym więcej niż paszkwilem, zniesławiającym uczestników spotkania w Bydgoszczy. K. Czachor nie używa nawet nazwy „Porozumienia”, lecz posługuje się etykietą „Grupa Robocza”, co jest świadomym zabiegiem dezinformującym. Metodą sfabrykowanych cytatów, powkładanych w usta przemawiających na spotkaniu, metodą pomówień i kuluarowych niedyskrecji, konferencja została przedstawiona jako jakiś spęd prymitywnych żydożerców, którzy nie lubią Lecha Wałęsy, nie lubią Żydów, ale za to szukają porozumienia z OPZZ. Redakcja „TS” odmówiła opublikowania repliki – sprostowania. Oczywiście, nie po to pisze się paszkwile, żeby potem drukować repliki. W „Solidarności” uprawia się dziś Wielką Politykę i domaganie się przestrzegania jakiejś kultury dziennikarskiej okazuje się naiwnością. Wydrukowania repliki odmówił także Europejczyk Roku – Adam Michnik, a nawet Czcigodny Autor Etyki Solidarności Ksiądz Profesor Józef Tischner. Mamy więc do czynienia ze szczelną blokadą informacyjną na temat „Porozumienia”. Tworzą ją wszystkie liczące się publikatory w Polsce, od pism występujących pod szyldem „Solidarności”, poprzez prasę katolicką, po pezetpeerowską.

O czym świadczy ta solidarna determinacja wszystkich partnerów koalicji okrągłostołowej niedopuszczenia do świadomości publicznej rzetelnej informacji na temat „Porozumienia”? Oczywiście, każda blokada informacji jest dowodem obawy przed ujawnieniem informacji niewygodnych. Skoro jednak cały naród popiera to, co robi Lech Wałęsa, a krytykują go wyłącznie jacyś ekstremiści, jakiś marginalny odłam jakichś radykałów – to czego się tu obawiać? Mając za sobą cały potencjał intelektualny kraju, czyż trzeba się bać paru nawiedzonych maniaków? Ostatnie wydarzenia w Polsce zdają się świadczyć o tym, że te obawy mogą być uzasadnione. Wbrew klątwie Lecha Wałęsy nałożonej przez niego na ludzi, którzy nie podporządkowali się jego dyktatowi,  w Bydgoszczy, Łodzi i Lesznie na stanowiska przewodniczących regionów wybrani zostali członkowie Grupy Roboczej Komisji Krajowej i uczestnicy Porozumienia: Jan Rulewski, Andrzej Słowik i Eugeniusz Matyjas. We Wrocławiu, pomimo energicznej kontrakcji ze strony RKW, 8. Spotkanie „Porozumienia”  13 stycznia zgromadziło przeszło dwukrotnie więcej uczestników, niż którekolwiek z dotychczasowych. Można więc zrozumieć, dlaczego Wałęsa nie dopuścił do jakiegokolwiek kompromisu w Szczecinie: ma on świadomość, że żaden z jego faworytów ani Milczanowski, ani Radziewicz nie mieliby szans w szrankach wyborczych z Marianem Jurczykiem.

Czy ta strusia taktyka, polegająca na przechodzeniu do porządku nad konfliktami o charakterze podstawowym, blokowaniu informacji, niedopuszczaniu do artykułowania postaw niewygodnych, może przynieść jakieś pozytywne skutki? W najnowszym zeszycie „Kultury” wypowiada się Krzysztof Czabański, jeszcze niedawno niezależny dziennikarz, a dziś wierny dworzanin Wałęsy. W artykule „A po roku zabłyśnie słońce” poszukuje alternatywy na spodziewany upadek rządu Mazowieckiego. Stawia na mocny ruch komitetów obywatelskich, które łącznie ze wzmocnionym Związkiem stanowiłyby na tyle silne oparcie dla Wałęsy, że... musiałoby dojść do faktycznego podziału władzy między prezydenta a przewodniczącego „Solidarności”... że system prezydencki, ograniczony przez S oznaczałby likwidację niskich i średnich szczebli nomenklatury. Musiałaby ona zniknąć z fabryk i gmin...

Jest pewien szkopuł z tą wizją, który zamienia ją w jeszcze jedno pobożne życzenie. Aby społeczeństwo, ogołocone z elit, mogło samorządnie się rządzić na szczeblu fabryki i gminy, musi jakimś cudem wyłonić z siebie to, co ma najlepszego – lokalne elity. Tak się jednak nie stanie, jeśli metodą praktyk uprawianych  na „Dworze” będzie się je nadal zapędzać do podporządkowania jedynie słusznej linii, tłumić i eliminować głosy krytyczne i ludzi niezależnie myślących. Powtórzenie numeru z komitetami obywatelskimi, którym się przypisuje sukces wyborczy z czerwca ubiegłego roku, może wprowadzić na szczeble lokalnych władz nowych ludzi, ale wolno mieć uzasadnione wątpliwości, czy będą to ci ludzie, którzy na tych stanowiskach powinni się znaleźć. 

Jerzy Przystawa



Sprawa ordynacji wyborczej do samorządu, jej nowa formuła, jest jedynie kolejnym elementem walki partii politycznych ze społeczeństwem - walki, która toczy się w Polsce nieprzerwanie od 1989 roku.

Świadomie pomijam tu okres PRL, ale doświadczenie tamtego półwiecza jest bardzo istotne dla charakteru  i przebiegu tej walki. Polacy, w swojej ogromnej masie, mają alergię na samo słowo: partia polityczna, jakiej nabyli w tamtym okresie. 17 lat upływających w nowym rozdaniu historycznym wcale nie przyczynia się do eliminacji tej alergii, powiedziałbym – przeciwnie, tę niemaskowaną niechęć tylko pogłębia. O tym, że tak właśnie jest świadczą zarówno wyniki kolejnych wyborów parlamentarnych, jak  i nikła liczebność partii politycznych. Dzisiaj zapisywać się do partii mało kto chce i myślę, że bez ryzyka większego błędu szacować możemy członków wszystkich partii politycznych razem na nie więcej niż  200 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że mamy 2,5 tysiąca gmin, to ta liczba oznacza, że na jedną gminę  przypada, statystycznie, nie więcej niż 80 członków różnych partii. Szeregi partyjne znajdujemy przede wszystkim w Warszawie, a potem w wielkich miastach. Polska na mapie partyjnej jest jedną wielką białą plamą. Obrazu tego nie powinny nam przesłonić ani „Parteitagi”, jakie są nam pokazywane w telewizji, ani wyniki wyborów parlamentarnych i zdobywane przez te partie głosy.

 Każda z partii jest w stanie zgromadzić na pokaz swoje kadry w dowolnej sali, natomiast wybory w ordynacji partyjnej uniemożliwiają start w wyborach ludziom z partiami niezwiązanymi. Nasze bierne prawo wyborcze jest łamane i tylko kandydaci dużych, dysponujących odpowiednimi środkami materialnymi partii, mają szansę skutecznego udziału w wyborach. Wprawdzie w Polsce nie jest aż tak źle, jak np. na Ukrainie, gdzie w wyborach uczestniczyć mogą wyłącznie partie, i to tylko te zarejestrowane co najmniej na pół roku przed wyborami, ale w gruncie rzeczy różnica jest praktycznie werbalna i istota rzeczy jest w zasadzie ta sama. Polska jest krajem katolickim i autorytet hierarchii kościelnej jest zawsze bardzo duży. Stąd bierze się stosunkowo wysoka frekwencja wyborcza, ostatnio aż 40%! Ciekawe, jaka byłaby frekwencja wyborcza, gdyby biskupi, za każdym razem, nie wzywali do udziału w głosowaniu pod karami piekielnymi i gdyby przestali w tym przypadku mówić o „grzechu zaniechania”?

Wymowne są ostatnie wybory samorządowe: wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Kiedy obywatele polscy po raz pierwszy uzyskali realną możliwość dokonania wyboru pomiędzy głosowaniem na przedstawicieli partii a głosowaniem na ludzi z partiami niezwiązanymi, dokonali prawdziwej „rzezi” partii, które uzyskały nawet 25% wszystkich mandatów! 3/4 stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostało powierzonych ludziom, którzy albo zdecydowanie odcięli się od partii politycznych, albo też szyld partyjny głęboko ukryli i wystąpili jako kandydaci niezależni. Wyniku tego nie sposób traktować inaczej jak kompromitacji partyjniactwa na szczeblu lokalnym.

Wielki filozof i socjolog hiszpański Jose Ortega y Gasset, w książce „Bunt mas” napisał: „Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu”.  Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym. Procedura wyborcza rozstrzyga przede wszystkim o typie partii wyłanianych i doprowadzanych do władzy. Procedura tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej, obojętnie czy to w tak skrajnie partyjniackiej postaci jak na Ukrainie, czy w takiej jak w Polsce, prowadzi do powstania partii scentralizowanych, wodzowskich - „partii nowego typu”, które natychmiast przekształcają się w zbiurokratyzowane, scentralizowane aparaty. Struktura tych partii przypomina piramidę: na szczycie jest nieomylny wódz, wokół niego biuro polityczne, komitet centralny, który zawsze aprobuje zalecenia biura, i nie mające wpływu na ich politykę „doły partyjne”. To bezpośredni skutek przywilejów, które ordynacja wyborcza przyznaje partiom i procedurze układania list wyborczych.
  Zupełnie inny charakter mają partie wyłaniane przez system wyborów w JOW, przede wszystkim w takich JOW, jakie propaguje Ruch na rzecz JOW, a więc wyborów na wzór brytyjski. Partie wodzowskie nie mają tam szans wyborczych, ponieważ do zdobycia mandatu w okręgu jednomandatowym trzeba czegoś więcej niż dyspozycyjności i posłuszeństwa wobec wodza. Natomiast ludzie, którzy potrafią zwyciężyć w okręgu jednomandatowym stają się odpowiedzialni przed wyborcami i nie są skłonni bezdyskusyjnie podporządkowywać się centrali. Widzimy to doskonale na przykładzie wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy zdobyli mandaty z pomocą różnych partii politycznych w wyborach 2002 roku. Dlaczego w 1989 roku nie poszliśmy drogą JOW w Polsce, tylko uparcie stosujemy system wyborów partyjnych?  Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna: taka była racja stanu PZPR, która musiała, w rezultacie przekształceń geopolitycznych, podzielić się władzą z tzw. opozycją demokratyczną. Przy innym systemie wyborczym już dawno zapomnielibyśmy o spadkobiercach pezetpeerii. Łatwo zrozumieć dlaczego tzw. ordynacja proporcjonalna tak dobrze posłużyła – i nadal służy – postkomunistom, w przeciwieństwie do wszystkich innych, nieustannie tworzących się nowych partii politycznych?  Wybory w kluczu partyjnym, w wielkich, ok. milionowych okręgach wyborczych, na dodatek z koniecznością przekroczenia progu wyborczego, wymagają ogromnych pieniędzy i rozbudowanych struktur partyjnych. 17 lat temu jedynymi partiami, które tymi środkami i strukturami dysponowały, były partie postkomunistyczne, a więc SLD i PSL. I, jak widzimy, są to jedyne partie, które przez te wszystkie lata i wszystkie kadencje wchodzą do Sejmu, podczas gdy inne partie okazały się być typowymi partiami sezonowymi – na jeden, czasem dwa sezony polityczne. Będąc przy władzy partie te w „sezonach” toczą niezmordowaną walkę ze społeczeństwem o zdobycie środków i zaplecza, umożliwiających dalsze utrzymanie się i przetrwanie na tym miejscu. Jest to nieustanny nacisk na budżet państwa, z którego partie muszą wyrwać jak najwięcej. Podobnie jest w samorządach. Badania niedawno zmarłej dr Wisły Surażskiej pokazały, jak to się dzieje w gminach. Dr Surażska zbadała budżety gmin, w których zmieniono ordynację wyborczą, wprowadzając, w miejsce poprzedniej ordynacji większościowej ordynację proporcjonalną. Dotyczy to gmin o liczbie mieszkańców pomiędzy 20 i 40 tysięcy. We wszystkich tych gminach, jak pokazała Surażska, wzrósł deficyt budżetowy. 
   Niestety, jak tego dobitnie dowodzi przykład AWS, nawet zdobycie pełni władzy na cały sezon polityczny nie wystarcza na zdobycie środków i zbudowanie odpowiednich, trwałych struktur na obszarze całego kraju. Jest pytaniem otwartym, czy władza, jaką zdobył PiS okaże się, zgodnie z oczekiwaniami Jarosława Kaczyńskiego, wystarczająca do trwałego umocowania jego partii na scenie politycznej?
 Jako najbliższy etap tej walki rządzące obecnie partie uznały nadchodzące wybory samorządowe, a instrumentem, który ma temu służyć, jest nowa ordynacja wyborcza. W ostatnich wyborach rządzącej koalicji partie zdobyły: 20 wójtów (S – 15, LPR – 5), 7 burmistrzów (S - 4, LPR – 3), prezydentów miast – 3 (PiS). Daje to zaledwie 1,2% wszystkich dostępnych stanowisk. Dzisiaj, oczywiście, partie te mają znacznie większą siłę i możliwości. Ale nawet gdyby ten wzrost był dziesięciokrotny (!), to i tak nie wydaje się, żeby to uchroniło je przed klęską wyborczą. 
  Chyba że uda im się jeszcze raz, w ostatniej chwili, zmienić procedurę wyboru burmistrzów, a wiemy, iż taki pomysł jest całkiem poważnie rozważany. Wtedy, oczywiście, zwycięstwo partii politycznych jest zapewnione. Klęskę poniesie tylko samorządna Polska.

Tak jak racją stanu obecnych partii politycznych jest utrzymanie, za wszelką cenę, tzw. proporcjonalnego systemu wyborczego – w takim czy innym wariancie – tak racją stanu samorządnego społeczeństwa jest przeciwstawienie się temu i maksymalne ograniczenie zaborczych zapędów partii w społecznościach lokalnych. Ta racja stanu wymaga obrony zasady bezpośredniego wyboru wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, usunięcie szkodliwych zapisów tej ordynacji (przede wszystkim ograniczenia  biernego prawa wyborczego, zniesienia drugiej tury itp.), przeciwstawienie się dalszemu uprzywilejowaniu partii politycznych w ordynacji i strukturach samorządowych. 

Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że źródło partyjniactwa tkwi w Sejmie i w ordynacji wyborczej do Sejmu. Propozycja JOW nie jest propozycją walki z partiami politycznymi w ogóle, lecz z partiami, które „produkuje” tzw. proporcjonalny system wyborczy, a więc z ustawowym, konstytucyjnym ich uprzywilejowaniem.  W brytyjskim systemie JOW partie polityczny nie posiadają żadnych przywilejów ustawowych. Dzięki temu system ten tworzy partie zdrowe i silne poparciem obywatelskim. W ten sposób otwiera im naturalną, społecznie aprobowaną drogę do objęcia władzy, samodzielnego rządzenia i realizowania programów przedstawianych społeczeństwu. System wyborczy w Polsce wymaga, aby partie te wydarły społeczeństwu jak największą ilość środków, umożliwiających im urządzenie się. Dopiero, kiedy urządzą się, mogą przystąpić do rządzenia i realizowania programów. Historia ostatnich 17 lat dowodzi, że jeszcze zanim się urządzą – znikają ze sceny politycznej. Wydaje się, że najwyższy już czas, aby przerwać to błędne koło.

Jerzy Przystawa

 



sobota, 29 lipca 2006


W Baranowie podczas wielkopolskiego Konwentu Marszałków RP  minister rozwoju regionalnego Grażyna Gęsicka i marszałek woj. wielkopolskiego Marek Woźniak zasiedli przy jednym stole. Tutaj odbywał się pierwszy raz w Wielkopolsce konwent marszałków województw RP. 

Czym jest tytułowy konwent? To gremium 16 marszałków województw - opiniotwórcze i zarazem doradcze, obradujące w województwie, któremu powierza się prezydencję, czyli kompetencje władztwa nad całością. W posiedzeniach Konwentu uczestnikami są także delegaci lokalnych samorządów, przedstawiciele administracji rządowej i centralnych instytucji. Zorganizowanemu po raz pierwszy w Wielkopolsce Konwencie Marszałków RP przewodniczył marszałek woj. wielkopolskiego Marek Woźniak. W tej roli zresztą pozostanie podczas przewidzianych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy kolejnych konwentów w regionie.Laskę marszałkowską otrzymał on od marszałka woj. lubelskiego Edwarda Wojtasa na Zamku Królewskim w Lublinie podczas uroczystego ostatniego konwentu Lubelszczyzny. Dla całego regionu Wielkopolski aktualna prezydencja Konwentu Marszałków ma być doskonałą sposobnością do promocji, co podkreślał marsz. Woźniak na konferencji prasowej. Na 27 lipca br. przygotowano niemal całodzienny program spotkań: debaty, rozmowy, konferencję prasową, a na koniec uczczenie kwiatami 50. rocznicy Poznańskiego Czerwca`56 pod pomnikiem Poznańskich Krzyży na pl. A. Mickiewicza. Do podpoznańskiego Baranowa zaproszono: minister rozwoju regionalnego  Grażynę Gęsicką, wiceministra rozwoju regionalnego Władysława Ortyla, dyrektor Biura Prawnego w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego Dorotę Chlebosz, podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów Zbigniewa Dynaka, z-cę dyr. Departamentu Instytucji Płatniczej w Ministerstwie Finansów Beatę Rudzką, prezesa Związku Banków Polskich Krzysztofa Pietraszkiewicza.

Ored GAI, inf. źródłowa: Biuro Prasowe UMWW

Fot. nad.: Krystyna Czajka


 

środa, 19 lipca 2006

Przez dwa dni, 8 i 9 lipca, rozbrzmiewała w Ostrowie Wielkopolskim „muzyka duszy”. Pod olbrzymim namiotem, pod którym może pomieścić się 2 tys. osób, łączyli się w tańcu dziadkowie i wnuki. Nawet finał piłkarskich mistrzostw świata nie stanowił konkurencji. Występowali tu m.in.: Habakuk, Yugus i Bastion.

Letnia miłość. Festiwal  zorganizowano już po raz szósty. Gdy startował, była to jedna z kilku cyklicznych imprez w Polsce. „Naszą dumą – jak podkreślono w specjalnym festiwalowym dodatku  „Gazety Ostrowskiej” – jest to, że ostrowska impreza wciąż zalicza się do ścisłej krajowejczołówki gatunku”. Każdego roku pojawiają się interesujący wykonawcy, goście z całej Polski mają zagwarantowane przyzwoite warunki socjalne oraz zapewnione bezpieczeństwo i dobrą zabawę. Uroku dodaje też malownicze miejsce. Przez spiętrzenie wód niewielkiej rzeki Ołobok powstało ono na miejscu zwanym przez mieszkańców Wenecją - to Zalew Szczygliczka. Nad wodą znajduje się park rekreacyjny z kąpieliskiem, a w pobliżu - ośrodek jeździecki Borowianka.

Druga odsłona.  Już od kilku lat drugi dzień festiwalu wypełnia Etno Eko Fest. To muzyczna podróż po brzmieniach całego świata. Niestrudzenie organizuje go redaktor naczelny Magazynu Muzycznego Brzmienia Krzysztof Wodniczak. Skupia on członków Stowarzyszenia Ostrowian w Poznaniu oraz Stowarzyszenia MuzycznegoBrzmienia. Honorowy patronat nad festiwalem objął prezydent Ostrowa Wielkopolskiego Jerzy Świątek. Kiedy tylko pojawił się na Piaskach, powitali go Peruwiańczycy i przy dźwiękach fletni wprowadzili na scenę. Tak honoruje się najmilej witanych gości.

Świat wielkiej sceny. W tym roku wystąpili: goście z Brazylii i Peru - Bravo Chura, KROS, Krzysztof Jarmużek, Kwartet Jorgi, Sun Flower Orchestra i zespół Amaryllis. Szczególnie ten ostatni zafascynował najmłodszych połączeniem gatunków muzycznych oddzielonych od siebie dziesiątkami wieków. Motety, monodie i ujmujące prostotą tradycyjne tematy muzyczne połączył z pełnym energii, niebanalnej harmonii i nieprzewidywalności progresywnym rockiem. Duszą zespołu jest kompozytor, aranżer i gitarzysta Marek Domagała. Za jego namową do grupy przystąpiła absolwentka Akademii Muzycznej, dyrygentka z bogatym doświadczeniem chóralnym, wokalistka Ewa Domagała. Wielkie zainteresowanie budził Henryk Kasperczak - lutnista, pedagog zajmujący się głównie wczesną muzyką renesansu.  Andyjskie rytuały, połączenie tańca szamana z naśladowaniem dźwięków gór zaprezentowali goście z Peru i Boliwii, aktorzy natury z zespołu Bravo Chura.

Starszą część widowni wręcz zaczarował swoim śpiewem i grą na instrumentach klawiszowych Piotr Wiza wespół z Sun Flower Orchestra. Pokazali oni ścieżkę przekształceń, zapożyczeń oraz inspiracji prowadzącą od muzyki klasycznej po nurt prezentowany przez Electric Light Orchestrę.

Krzysztof Jarmużek i zespół KROS, którego nazwa pochodzi od pierwszych liter imion jego członków: Krzysztofa Jarmużka, Rufusa Stancja, Olka Wierzbickiego i Stefana Śledzia, uraczyli ostrowską publiczność mieszanką doświadczeń kulturowych i tradycji muzycznych tworzących łącznie niepowtarzalny klimat muzyki określanej mianem world music. W tym muzycznym tyglu mieszają się elementy folkloru polskiego, peruwiańskiego oraz liczne głosy i ślady kulturowej tradycji. Zabrali słuchaczy w podróż do tradycji, z których nie zdajemy sobie często sprawy, ale które w nas tkwią i wpływają na naszą teraźniejszość.

Najbliższą naturze muzykę zaprezentowali bracia Rychli, założyciele legendarnej grupy Kwartet Jorgi. Nogi same rwały się do tańca przy mieszaninie słowiańskich i karpackich rytmów, którym wtórowały elektryzujące dźwięki piszczałek – drewnianych, metalowych, kościanych oraz sporządzanych z roślin będących właśnie pod ręką. Maciej Rychły, specjalista w grze „na ziołach”, twórca rekonstrukcji litofonu  i kitary, zaskoczył możliwościami piszczałki wykonanej z łodygi głośnego ziela o nazwie „Barszcz Sosnowskiego”. W niezwykle bogatych zbiorach instrumentów dętych lidera zespołu znajdują się obok zwykłych piszczałek jaworowych m.in.: sierszeńki (odmiana małych dudów), kukawka, multanki (instrument znany głównie z popularnej kolędy, w której „...na multankach grają...” pastuszkowie), ligawa, dudki oraz flety z rurek mosiężnych zawiniętych w korę brzozową, dwojnica czy rogi.  O otwartości i muzycznej odwadze zespołu świadczy najdowodniej fakt, iż wykonują oni z powodzeniem kompozycje Chopina, Szymanowskiego czy Lutosławskiego oraz współpracują z wieloma grupami teatralnymi, uważanymi za ważne i wybitne. Pisali muzykę do przedstawień dla Gardzienic, teatru Kana, zakopiańskiego Teatru Witkacego, Teatru Lalkowego w Warszawie i Towarzystwa Wierszalin. Koncertowali również ze słynnym bretońskim muzykiem Davidem Hopkinsem. Muzyka przyrody jest nieustanną podróżą w przód i do głębi. Doświadczaniem olśnienia urodą świata i magią dźwięku. Oswajaniem czasu i jego odkładaniem w pamięci. Dobrych i energetyzujących kamyków.

Krzysztof Styszyński


 

Publikacja arch. Jest dostępna w Portalu Autorskim IMPRESJee.pl www.impresjee.pl

http://impresjee.pl/na-etno-eko-fest-2006-w-ostrowie-wielkopolskim-zauroczyla-sluchaczy-muzyka-natury/

Zapraszam Państwa do lektury