Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee” (nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu). Podaję tutaj statystyki Państwa wizyt (na podstawie danych otrzymywanych z Blox). Aktualna liczba wizyt w Gazecie Autorskiej „IMPRESJee”: 6 985 074. A w gazecie i witrynach tematycznych: 9 378 231 ******* Gazeta Autorska „IMPRESJee” zajmuje pierwsze miejsce popularności w kategorii MEDIA na TOP 1000 w Blox. Zapraszam do lektury - wydawca i redaktor naczelna Stefania Golenia (Stefania Pruszyńska), autorka esejów, felietonów, recenzji, wywiadów, fotoreportaży, utworów literackich i artystycznych wizualnych: obrazów, grafik, rysunków...
środa, 19 lipca 2006

Przez dwa dni, 8 i 9 lipca, rozbrzmiewała w Ostrowie Wielkopolskim „muzyka duszy”. Pod olbrzymim namiotem, pod którym może pomieścić się 2 tys. osób, łączyli się w tańcu dziadkowie i wnuki. Nawet finał piłkarskich mistrzostw świata nie stanowił konkurencji. Występowali tu m.in.: Habakuk, Yugus i Bastion.

Letnia miłość. Festiwal  zorganizowano już po raz szósty. Gdy startował, była to jedna z kilku cyklicznych imprez w Polsce. „Naszą dumą – jak podkreślono w specjalnym festiwalowym dodatku  „Gazety Ostrowskiej” – jest to, że ostrowska impreza wciąż zalicza się do ścisłej krajowejczołówki gatunku”. Każdego roku pojawiają się interesujący wykonawcy, goście z całej Polski mają zagwarantowane przyzwoite warunki socjalne oraz zapewnione bezpieczeństwo i dobrą zabawę. Uroku dodaje też malownicze miejsce. Przez spiętrzenie wód niewielkiej rzeki Ołobok powstało ono na miejscu zwanym przez mieszkańców Wenecją - to Zalew Szczygliczka. Nad wodą znajduje się park rekreacyjny z kąpieliskiem, a w pobliżu - ośrodek jeździecki Borowianka.

Druga odsłona.  Już od kilku lat drugi dzień festiwalu wypełnia Etno Eko Fest. To muzyczna podróż po brzmieniach całego świata. Niestrudzenie organizuje go redaktor naczelny Magazynu Muzycznego Brzmienia Krzysztof Wodniczak. Skupia on członków Stowarzyszenia Ostrowian w Poznaniu oraz Stowarzyszenia MuzycznegoBrzmienia. Honorowy patronat nad festiwalem objął prezydent Ostrowa Wielkopolskiego Jerzy Świątek. Kiedy tylko pojawił się na Piaskach, powitali go Peruwiańczycy i przy dźwiękach fletni wprowadzili na scenę. Tak honoruje się najmilej witanych gości.

Świat wielkiej sceny. W tym roku wystąpili: goście z Brazylii i Peru - Bravo Chura, KROS, Krzysztof Jarmużek, Kwartet Jorgi, Sun Flower Orchestra i zespół Amaryllis. Szczególnie ten ostatni zafascynował najmłodszych połączeniem gatunków muzycznych oddzielonych od siebie dziesiątkami wieków. Motety, monodie i ujmujące prostotą tradycyjne tematy muzyczne połączył z pełnym energii, niebanalnej harmonii i nieprzewidywalności progresywnym rockiem. Duszą zespołu jest kompozytor, aranżer i gitarzysta Marek Domagała. Za jego namową do grupy przystąpiła absolwentka Akademii Muzycznej, dyrygentka z bogatym doświadczeniem chóralnym, wokalistka Ewa Domagała. Wielkie zainteresowanie budził Henryk Kasperczak - lutnista, pedagog zajmujący się głównie wczesną muzyką renesansu.  Andyjskie rytuały, połączenie tańca szamana z naśladowaniem dźwięków gór zaprezentowali goście z Peru i Boliwii, aktorzy natury z zespołu Bravo Chura.

Starszą część widowni wręcz zaczarował swoim śpiewem i grą na instrumentach klawiszowych Piotr Wiza wespół z Sun Flower Orchestra. Pokazali oni ścieżkę przekształceń, zapożyczeń oraz inspiracji prowadzącą od muzyki klasycznej po nurt prezentowany przez Electric Light Orchestrę.

Krzysztof Jarmużek i zespół KROS, którego nazwa pochodzi od pierwszych liter imion jego członków: Krzysztofa Jarmużka, Rufusa Stancja, Olka Wierzbickiego i Stefana Śledzia, uraczyli ostrowską publiczność mieszanką doświadczeń kulturowych i tradycji muzycznych tworzących łącznie niepowtarzalny klimat muzyki określanej mianem world music. W tym muzycznym tyglu mieszają się elementy folkloru polskiego, peruwiańskiego oraz liczne głosy i ślady kulturowej tradycji. Zabrali słuchaczy w podróż do tradycji, z których nie zdajemy sobie często sprawy, ale które w nas tkwią i wpływają na naszą teraźniejszość.

Najbliższą naturze muzykę zaprezentowali bracia Rychli, założyciele legendarnej grupy Kwartet Jorgi. Nogi same rwały się do tańca przy mieszaninie słowiańskich i karpackich rytmów, którym wtórowały elektryzujące dźwięki piszczałek – drewnianych, metalowych, kościanych oraz sporządzanych z roślin będących właśnie pod ręką. Maciej Rychły, specjalista w grze „na ziołach”, twórca rekonstrukcji litofonu  i kitary, zaskoczył możliwościami piszczałki wykonanej z łodygi głośnego ziela o nazwie „Barszcz Sosnowskiego”. W niezwykle bogatych zbiorach instrumentów dętych lidera zespołu znajdują się obok zwykłych piszczałek jaworowych m.in.: sierszeńki (odmiana małych dudów), kukawka, multanki (instrument znany głównie z popularnej kolędy, w której „...na multankach grają...” pastuszkowie), ligawa, dudki oraz flety z rurek mosiężnych zawiniętych w korę brzozową, dwojnica czy rogi.  O otwartości i muzycznej odwadze zespołu świadczy najdowodniej fakt, iż wykonują oni z powodzeniem kompozycje Chopina, Szymanowskiego czy Lutosławskiego oraz współpracują z wieloma grupami teatralnymi, uważanymi za ważne i wybitne. Pisali muzykę do przedstawień dla Gardzienic, teatru Kana, zakopiańskiego Teatru Witkacego, Teatru Lalkowego w Warszawie i Towarzystwa Wierszalin. Koncertowali również ze słynnym bretońskim muzykiem Davidem Hopkinsem. Muzyka przyrody jest nieustanną podróżą w przód i do głębi. Doświadczaniem olśnienia urodą świata i magią dźwięku. Oswajaniem czasu i jego odkładaniem w pamięci. Dobrych i energetyzujących kamyków.

Krzysztof Styszyński


 

Publikacja arch. Jest dostępna w Portalu Autorskim IMPRESJee.pl www.impresjee.pl

http://impresjee.pl/na-etno-eko-fest-2006-w-ostrowie-wielkopolskim-zauroczyla-sluchaczy-muzyka-natury/

Zapraszam Państwa do lektury

 



czwartek, 29 czerwca 2006


50 lat temu robotnicy Zakładów im. Stalina (dziś: Hipolita Cegielskiego) wylegli na poznańskie ulice, co przerodziło się w 100-tysięczną manifestację, a później – jak chcą niektórzy – w ostatnie narodowe powstanie. Pierwszy zryw przeciwko komunistycznej dyktaturze zakończył się tragicznie. 13-letni Romek Strzałkowski zginął od kul w chwili, kiedy podniósł sztandar wypuszczony przez demonstrującą ranną tramwajarkę. Mimo że podczas zrywu robotniczego zginęło - według różnych źródeł - od 60 do ponad 100 osób (około 700 osób aresztowano), to właśnie jego śmierć urosła do rangi symbolu Czerwca ‘56. Hołd małemu bohaterowi oddali między innymi harcerze z drużyn Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, którzy przyjechali do Poznania na 2-dniowe spotkanie.

 Prezydent, marszałkowie obu izb parlamentu i premier, a także b. prezydent Lech Wałęsa (zmarginalizowany tutaj) wzięli udział w uroczystych obchodach 50. rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 roku.   Zaczęły się one Mszą św. przy pomniku Poznańskich Krzyży, pod przewodnictwem metropolity gdańskiego, abp. Tadeusza Gocłowskiego. Natomiast metropolita poznański ks. abp Stanisław Gądecki w trakcie sprawowania Ofiary odczytał telegram od papieża Benedykta XVI. Przelana przez poznańskich robotników, kobiety i dzieci krew nie poszła na marne, była zasiewem wolności, który miał zaowocować po latach upadkiem systemu stalinowskiego i pełną niepodległością narodu - napisał do uczestników 50. rocznicy obchodów Poznańskiego Czerwca ’56 Ojciec Święty. Dzisiaj mija dokładnie 50 lat od owego pamiętnego dnia 28 czerwca 1956 roku, w którym na ulice Poznania wyszli robotnicy, aby wyrazić swój gorący protest przeciwko powszechnemu terrorowi  i kłamstwu, oraz tym wszystkim niesprawiedliwościom i krzywdom, jakie niósł ze sobą system stalinowski. W pokojowej demonstracji upominali się o Boga w życiu społecznym i narodowym, o wolność, sprawiedliwość i chleb - napisał papież. Na końcu swojego przesłania Benedykt XVI dodał: Jednocześnie upraszam Boga, aby ciągle żywa pamięć o bohaterach Powstania Poznańskiego inspirowała wszystkich Polaków do budowania na nieprzemijających wartościach chrześcijańskich, na prawdzie i autentycznej sprawiedliwości coraz bardziej pomyślnego bytu ich Ojczyzny.
 Jako prezydent suwerennej i demokratycznej Rzeczypospolitej pragnę oddać hołd uczestnikom tamtych wydarzeń. Poznański Czerwiec był kamieniem milowym na polskiej drodze do wolności. Dziś uczestnikom protestu należy się od nas nie tylko wdzięczność - naszym obowiązkiem jest uczynić wszystko, by pamięć o buncie sprzed półwiecza została zachowana dla przyszłych pokoleń. Nie sposób budować przyszłości wolnej Polski, nie pamiętając o tych, którym naszą wolność zawdzięczamy - stwierdził prezydent Lech Kaczyński na łamach gazety „Fakt”, jeszcze przed przyjazdem do Poznania.
 I znowu, jak w przypadku Czerwca radomskiego ’76, w Grodzie Przemysława okazuje się, że ówczesnym oprawcom żyje się dziś materialnie zdecydowanie lepiej, jak ich ofiarom. Premier Marcinkiewicz już zapowiedział (podobnie jak w Radomiu) finansową pomoc najbardziej potrzebującym bohaterom, często obecnie żyjącym w nędzy. Premier poinformował, że przekazał wojewodzie miejscowemu kilkadziesiąt pierwszych tysięcy zł na ten cel.
 Msza św. na placu Mickiewicza zakończyła się dokładnie o 12,15 – czyli wtedy, kiedy według zapisów ubeckich miał zginąć Romek Strzałkowski. Na uroczystości na pl. Mickiewicza, ale już po Mszy św., przybyli prezydenci: Czech, Niemiec, Słowacji i Węgier. No i, oczywiście, Lech Kaczyński.
Temu ostatniemu, zanim jeszcze wystąpił, małżonka całkiem ostentacyjnie poprawiała krawat...
 Kaczyński mówił: Bez Poznania nie byłoby Gdańska roku 1970, także Szczecina, Elbląga i Gdyni, a z kolei bez roku 1970 nie byłoby zdarzeń roku 1976, a potem powstania NSZZ „Solidarność”. Polska przed lipcem i październikiem 1956 roku i Polska po tej dacie to nie ta sama Polska - mówił prezydent do zgromadzonych. „Solidarność" w jakimś sensie zaczęła się tu, w czerwcu i na początku lipca 1956 r. w Poznaniu. Pamiętajcie o tym - zaapelował prezydent. Jako jedyny z prezydentów przemawiał Polak bez kartki... Zapamiętałem jeszcze fragmenty dwóch innych wystąpień. Prezydenta Niemiec Horsta Koehlera (mówił bodaj tak długo, jak inni prezydenci razem wzięci), który – przypominając Kaczyńskiemu walkę jego rodziców w Powstaniu Warszawskim przeciwko niemieckiemu okupantowi – wyraził przekonanie, że ich ofiara nie poszła na marne. Prezydent RFN powiedział także: „Solidarność" uruchomiła proces o globalnym znaczeniu historycznym. W wyniku tego w 1989 roku zarówno w Warszawie, jak i w Budapeszcie, Pradze, Bratysławie i Lipsku po pokojowej rewolucji zostało zrzucone jarzmo komunistyczne. Koehler dodał, że to najpierw tam ludzie doprowadzili do upadku „żelaznej kurtyny”, która przebiegając przez środek Niemiec, dzieliła Europę. My, Niemcy, jesteśmy i pozostaniemy wdzięczni za to, co wówczas w Polsce zostało zainicjowane i osiągnięte przez ,,Solidarność", bo było to decydujące przygotowanie także dla sukcesu wschodnioniemieckiego ruchu obywatelskiego i zjednoczenia Niemiec - zaznaczył.
 Natomiast Vaclav Klaus, przywódca Czech, którego treści wystąpienia agencje do tej pory nie przytoczyły (a minęło już dobre półtorej godziny od jego przemówienia), wyraźnie przestrzegał, odwołując się do czasów stalinowskich, przed jednym, centralnym ośrodkiem, który rządziłby kontynentem. Aluzja do Brukseli? W każdym razie na te słowa czeskiego gościa prezydent Kaczyński klaskał wyjątkowo zapalczywie... Potem, po prezydentach, wystąpił Zbigniew Biniak, kierujący związkiem kombatantów czerwcowych „Niepokonani”. (Nie jest tajemnicą, że istnieją w Grodzie Przemysława 3 związki kombatanckie, toczące latami między sobą boje. O co: o prestiż? O pamięć?). Biniak przypomniał, że tu, pod Krzyżami, komuniści nie pozwolili w 83. roku stanąć Janowi Pawłowi II. Ewa Wójciak z Teatru 8 Dnia wyrecytowała przejmujący wiersz nieżyjącej, a wielkiej poznańskiej poetki Kazimiery Iłłakowiczówny „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, prezydent Kaczyński odznaczył pod Krzyżami grupę kombatantów Czerwca, był apel pamięci oraz uroczyste złożenie wieńców i kwiatów. Spodziewano się około 80 tys. uczestników uroczystości, a przyszło tylko 5 tys. poznaniaków. Dlaczego? Biskup – sufragan poznański, ks. prof. Marek Jędraszewski przypomniał nam, że po Czerwcu,  ale jeszcze w tym samym roku, 23 października, na ulice poznańskie znów masowo wyszli poznaniacy. 150 tys. ludzi domagało się wtedy uwolnienia z internowania w Komańczy Prymasa  ks. Stefana Wyszyńskiego i uwięzionych biskupów. Reżim ustąpił, choć tylko o krok... Ale trauma związana z tymi  wydarzeniami nie pozwala do dziś wielu poznaniakom na wspomnienia. Wolą milczeć. 

Tadeusz Golenia



piątek, 16 czerwca 2006

Dom 1, Stefania Golenia Pruszyńska

Stolice zła. Najnowszy tygodnik „Wprost” zestawił dane o przestępczości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców i tak wyłonił polskie stolice zbrodni oraz miasta, w których jest najbezpieczniej.W 2001 r. przestępczość jako największe polskie zagrożenie postrzegało aż 81 proc. badanych, rok temu - już tylko 50 proc. Przestępczość w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców: 1. Katowice 7063,7 (liczba przestępstw na 100 tys. mieszkańców); Chorzów 6733,3; . Legnica 6361,5;  Kalisz 6228,2;  Gdańsk 6133,7;  Poznań 6109,2;  Wrocław 5983,4; Kraków 5974,2;  Kielce 5926,6;  Gliwice 5733,5. Polskie stolice zbrodni grupują się głównie na Górnym Śląsku.

Na Śląsku w III RP nastąpiło społeczne tąpnięcie, a mieszkańcy przyzwyczajeni w czasach PRL do różnych przywilejów, mieli większe niż gdzie indziej trudności z adaptacją do rzeczywistości – zauważa tygodnik. Bezpieczniej jest w miastach na wschodzie niż na zachodzie kraju. Bierze się to stąd, że na wschodzie w niewielkim stopniu zmieniła się struktura społeczna, podczas gdy na Zachodzie wciąż się kształtuje. (og) Dzień bez afery...to dzień stracony – zdają się mówić wydarzenia ostatnich miesięcy i dni. Co ja piszę... Tu nie o dni już chodzi, ale o godziny. Od tygodnia Polacy (mowa, oczywiście, o „zwierzętach politycznych”) pasjonują się doniesieniem Jacka Kurskiego z Prawa i Sprawiedliwości, że PZU za nikczemnie małe pieniądze udostępnił szefowi Platformy Obywatelskiej, Donaldowi Tuskowi, w trakcie kampanii prezydenckiej w ub. roku billboardy. A w ogóle, udostępnienie to miało charakter aferalny również i dlatego, że cała akcja miała być wymyślnie przeprowadzona. Otóż plakaty „Stop piratom drogowym” zostały zastąpione treścią „Stop wariatom drogowym”. I tu – podbechtane przez (no, właśnie: kogo?) – Polskie Towarzystwo Psychiatryczne zaprotestowało w imieniu swoich pacjentów. I tak miejsca na setkach wielkich nośników reklamy miały się dostać kandydatowi na prezydenta Tuskowi („Donald Tusk – Człowiek z zasadami”). Ten ostatni natychmiast zdecydowanie zaprzeczył. Owszem, miał billboardy, ale kompletnie nie związane z PZU.  

Platforma Obywatelska zapałała świętym oburzeniem: skarbnik partii pokazał dziennikarzom nawet rozliczenia finansowe, z których miało wynikać, iż Kurski przekazuje rewelacje wyssane z palca. Nadto skarbnik ów zasugerował, że miejsca przejęte po „wariatach” mógł zagospodarować inny kandydat do Pałacu, a obecny prezydent. Platforma dała zresztą wyraźnie do zrozumienia „urzędnikom” (czytaj: prokuratorom i policjantom z Centralnego Biura Śledczego), którzy błyskawicznie – po doniesieniu Kurskiego – przeszukali siedzibę PZU, że nie mogą spać spokojnie.  Że zostaną (czytaj: przez partię) rozliczeni ze swych działań. Jeśli nie za dwa miesiące, to za dwa lata...  Nie jestem Duchem Świętym, nie wiem, jaka jest prawda. W każdym razie rumor na scenie publicznej zrobił się niebywały. Jedno jest pewne: albo Kurski, albo Tusk – w zależności od wyników śledztwa – powinni za całą sprawę dać „głowę pod topór”. W prawdziwej demokracji byłoby nie do pomyślenia, gdyby obaj wynieśli z tej afery głowy cało... A właśnie rzecznik warszawskiej Prokuratury Okręgowej Maciej Kujawski poinformował, że na podstawie zeznań 13 świadków, przesłuchania Jacka Kurskiego i wstępnej analizy dokumentów zabezpieczonych w PZU, prokurator doszedł do wniosku, że w sprawie zachodzi „uprawdopodobnione podejrzenie popełnienia przestępstwa na szkodę PZU”. Kujawski dodał, że może chodzić „co najmniej o kilkanaście mln zł”. Na konf. pras. w poniedziałek wystąpił szybko minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który wszak wyraźnie podkreślił, że śledztwo to jest na etapie wstępnym i nikomu nie stawia się zarzutów. O kilka godzin poprzedziła wystąpienie min. Ziobry publikacja w najnowszym tygodniku „Newsweek Polska”: oto dwaj bardzo bliscy współpracownicy liderów Platformy mieli wyprowadzić z partyjnej kasy spore pieniądze na własne, całkiem prywatniutkie konta.  Lider Tusk nagle okazał się nieuchwytny dla dziennikarzy, skarbnik partyjny gaworzył o jakichś koleżeńskich pożyczkach, a polska Joanna d’Arc, platformiana obrończyni wszelkiej prawości – wyglądała dosłownie jak z krzyża zdjęta. Dwaj młodzi ludzie, bohaterowie nieszczęsnej afery, zapowiedzieli wystąpienie przeciwko autorowi tekstu w „Newsweeku” do sądu. Tyle tylko, że red. Jerzy Jachowicz (wcześniej w „Gazecie Wyborczej”) jest niezwykle doświadczonym dziennikarzem śledczym i możliwości pomyłki z jego strony są mniejsze od zera...  Z kolei poniedziałkowy dziennik „Rzeczpospolita”, powołując się na informatora Pawła G., napisał, że klubem Na Przyzbie przy akademikach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego rządzili - i czerpali z tego korzyści finansowe - Wojciech Olejniczak oraz jego przyjaciel Krzysztof Kowalski. Paweł G. dziennikarzom „Rz” opowiedział o zabieraniu pieniędzy prosto z kasy klubu, o fałszowaniu faktur. Według relacji dziennika, więcej osób pamięta niejasne interesy Olejniczaka w Fundacji Samorządu Studentów SGGW, stworzonej przez niego w 1997 roku.  „Mówią np. o łapówkach za wyjazdy do pracy w Wielkiej Brytanii, które organizowała uczelnia, a koordynowała fundacja kierowana przez Olejniczaka” - pisze „Rz”. „Pytany o pieniądze, za które pod koniec lat 90. kupił mieszkanie (prawie 300 tys. zł gotówką), odpowiada: - W czasie, kiedy inni się bawili, ja pracowałem i odkładałem” - donosi gazeta.  Obecny szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej Olejniczak zaprzeczył doniesieniom gazety, że w czasie studiów zarabiał na powiązaniach z władzami Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w której studiował. Olejniczak podkreślił, że nigdy nie prowadził działalności gospodarczej na swojej uczelni.  Znów nie wiem, gdzie leży prawda... W niedzielę ostatnią, późnym wieczorem, obejrzałem – mówiąc prawdę – zatrważający materiał. W grze o prywatyzację PZU uczestniczyli wpływowi polscy politycy, służby specjalne, biznesmeni - twierdzą reporterzy programu „Superwizjer” wyemitowanego przez TVN. Zwracają uwagę na znaczącą rolę byłego premiera Marka Belki przy prywatyzacji spółki.  Według autorów reportażu „Gra o PZU” (całkiem nieźle udokumentowanego), sprzedaży akcji tej spółki konsorcjum niewielkiego BIG Banku Gdańskiego i holenderskiej firmy Eureko towarzyszyła seria nadużyć i polityczna gra, dzięki której „dobrze ustosunkowane” kręgi biznesowe mogły liczyć na potężne zyski. W aferę - przekonują - zamieszani są ludzie, którzy piastowali najważniejsze urzędy państwowe, w tym ministrowie kolejnych rządów, a także prezesi banków i biznesmeni. Jak dodają, za sznurki od początku pociągali ludzie ze służb specjalnych. Zgroza... Choć, mówiąc prozaicznie, w grę wchodziło, jak się dowiedzieliśmy, 26 mld zł. Jest o co powalczyć... Dzień bez afery jest dniem straconym. A jeszcze lepiej: godzina bez aferalnego wydarzenia jest czasem straconym. Akurat zgadzam się z tą opinią. Jeśli igrzyska, których na co dzień jesteśmy świadkami, mają „wyczyścić” afery – w jedną albo w drugą stronę – niech tak się stanie. Dawniej cyrulik upuszczał choremu krew, by przywrócić go do zdrowia. Mam niejasne podejrzenia, że tej juszki upuścić trzeba nad Wisłą jeszcze całkiem sporo.

Zygmunt Kmieciak

Orły wzleciały. Drużyna coacha Janasa ocalała. Jeśli, jak mówił trener, mecz z Niemcami będzie walką o życie,    to chłopcy z narodowej jedenastki życie to zachowali... Przynajmniej, jak myślę, w oczach kibiców,  a to już nie byle co... Tym razem biało-czerwoni mogli zadowolić najbardziej wybrednych. Ofiarni na murawie, waleczni, szybcy i pomysłowi. Całkiem inni jak w walce z Ekwadorem, cudownie odmienieni. Nie musiałem i nie chciałem już przełączać kanału w telewizorze. Przegraliśmy 0:1 z Niemcami i praktycznie utraciliśmy szanse na wyjście z grupy (słynny Pele miał rację, gdy to prorokował! niestety), ale właściwie było tak, jakbyśmy wygrali.
 Ktoś natychmiast zarzuci mi, że gadam bzdury. Ale przecież Niemcy strzelili Polakom, po pierwsze: tylko jedną bramkę (a onegdaj prorokowałem, że stracimy 5 goli), a po wtóre: uczynili to dopiero w 90., ostatniej regulaminowej minucie spotkania. Wówczas, kiedy już od 14 minut graliśmy w osłabieniu, bo sędzia wyeliminował czerwoną kartką jednego z polskich graczy. Nie znam jeszcze dzisiejszych komentarzy. Ani po stronie polskiej, ani po niemieckiej. Ale ten, kto zachował choćby szczyptę obiektywizmu, musi stwierdzić, że wczorajszego wieczoru bohaterami stadionu w Dortmundzie byli Polacy, a nie Niemcy. Jak to się Janasowi udało?  Bokser Michalczewski nie będzie musiał wracać na ring (by gromić Niemców, jak to ujął), premier Marcinkiewicz golić głowy (też mi poświęcenie, skoro tam u niego włosów na czaszce trzeba by szukać pod lupą), a posłanka Samoobrony Beger nie musi już przez miesiąc omijać słodkości. Te publiczne deklaracje są już nieaktualne, bo Polacy jednak przegrali. A przecież budzę się rano w niezłym nastroju i z naszymi orłami wzlatuję. Wysoko.

L. M.

 

Właśnie FIFA podała na podstawie własnego rankingu, że polscy kibice są najlepsi na świecie - w skali 10-punktowej otrzymali 9 punktów!






Dom 1, Stefania Golenia Pruszyńska

Parlament Europejski przyjął w czwartek rezolucję, w której obok Belgii, Francji i Niemiec wymienia Polskę jako kraj, w którym nastąpił „wzrost nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią”.
 Z nazwiska wymieniono posła Ligi Polskich Rodzin Wierzejskiego, który miał namawiać do bicia „homo” pałami, Radio Maryja, ministra edukacji, który wymienił dyrektora Zakładu Doskonalenia Nauczyli za, ponoć, rozpowszechnianie broszury Rady Europy, traktującej o wzbudzaniu w szkołach sympatii dla odmieńców.
 

 Nic nie wiadomo o tym, by Bruksela wskazała na jakieś konkretne przypadki „grzechów” w Niemczech, Francji czy też Belgii. Tak więc Polacy mogą i mają do tego prawo atak unijnych deputowanych odbierać jako skierowany przede wszystkim przeciwko nim. Autorzy rezolucji PE wspomnieli o „deklaracjach jednego z czołowych członków Ligi Polski Rodzin, nawołujących do przemocy wobec społeczności GLBT (ang. gay, lesbian, bisexual, transgender) w związku z marszem tolerancji i równości”.
 Jeśli autorzy wspomnianego dziełka spodziewali się tego, że Polacy położą uszy po sobie i padną  na kolana, zawiedli się srodze. Jeszcze w samolocie do Brukseli premier Marcinkiewicz zauważył, że zna Polskę lepiej niż rezolucyjni eurodeputowani, którzy – elegancko dawał do zrozumienia szef rządu – są niezorientowani w ogóle... Współpracujący w znieważaniu Polaków polscy postkomuniści też nie zyskali w kraju.
Roman Giertych zaapelował w Radomiu na konf. pras. do wyborców, aby w jesiennych wyborach samorządowych „ukarali SLD i sojuszników tej partii", tak, by - jak mówił „te partie nie przekroczyły w żadnym okręgu 5 procent” poparcia. Według wicepremiera Romana Giertycha, poparcie niektórych europosłów z SLD, SdPl i Partii Demokratycznej- demokraci.pl dla rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie wzrostu nietolerancji m.in. w Polsce to „działanie zniesławiające państwo polskie i nasz naród”. „Niedobrym jest, gdy ktoś własne gniazdo kala. SLD przegrał wszystko. Miał prezydenta, premiera marszałka, większość w parlamencie i teraz próbuje leczyć swoje kompleksy na forum Parlamentu Europejskiego. To jest przykład wyjątkowej podłości” - powiedział Giertych.
 Giertych zarzucił PE wtrącanie się w nie swoje sprawy, bowiem kwestie ideowe, czy administracyjne poszczególnych państw członkowskich są ich wyłączną sprawą. Lider LPR wezwał Parlament Europejski, by wskazał wypowiedź polityka Ligi, w której nawołuje on do użycia siły wobec innych osób. Według Giertycha, jeżeli taka wypowiedź nie zostanie wskazana, LPR powinna zostać przeproszona. - Oczekujemy, że Parlament Europejski, a przede wszystkim przewodniczący PE, przeprosi nasze ugrupowanie, które jest legalną partią, które ma swoje poparcie, które jest częścią koalicji rządowej. ,,Domagam się przeprosin od Parlamentu Europejskiego" - oświadczył. W czwartek Bruksela powiedziała: „UE powinna podjąć odpowiednie środki dla wyrażenia swych obaw, a zwłaszcza zajęcia się kwestią udziału w rządzie LPR, której przywódcy nawołują do nienawiści i przemocy”.  Co do posła Wierzejskiego, autorzy rezolucji PE wspomnieli o „deklaracjach jednego z czołowych członków Ligi Polski Rodzin, nawołujących do przemocy wobec społeczności GLBT (ang. gay, lesbian, bisexual, transgender) w związku z marszem tolerancji i równości”. Otóż Wierzejski kilkakrotnie już – jak mówił na konferencji w Radomiu – słał do redakcji „Życia Warszawy” sprostowania, kilkakrotnie też organizował w tej sprawie brifingi prasowe w Sejmie, podczas których wyjaśniał, że jego wypowiedź została przez „ŻW” przekłamana. Kiedy to samo usiłował w czwartek tłumaczyć w Brukseli jeden z polskich europosłów, natychmiast podniósł się inny, niepolski deputowany i zauważył, że wystąpienie polskiego posła jest najlepszym przykładem ksenofobii. Nadto poseł Wierzejski podczas piątkowego spotkania niedwuznacznie wskazał na Niemiecką Partię Socjalistyczną, która w ten sposób (dzięki wspomnianej rezolucji) chce wybielać swój naród za winy II wojny światowej, oczerniając Polaków. Niewątpliwie wypowiedź Wierzejskiego nie przysporzy sympatii Niemcom wśród Polaków.
 Unijni deputowani musieli chyba na główki upaść, by tworzyć takie dziełko... Jak walczyć z taką paranoją? Jak walczyć z paranoidalną chęcią europosłów dawania świadectwa  o swym istnieniu i wielkiej pracy (wszak przeżerają rocznie ze składek państw członkowskich ok. miliarda euro) poprzez tworzenie paranoidalnych rezolucji? Można by się tym wszystkim nie przejmować.   Prof. Wojciech Roszkowski ocenił rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie Polski jako element politycznej gry. Roszkowski, który jest eurodeputowanym, powiedział, że rezolucja zawiera zbyt wiele sprzeczności i nieusprawiedliwionych uogólnień, a to może przynieść złe efekty.  Jego zdaniem, nieuprawnione jest stawianie na jednej płaszczyźnie rasizmu, homofobii i islamofobii. Miesza się w ten sposób autentyczną dyskryminację z powodów rasowych czy religijnych ze sprzeciwem wobec ideologii, który jest jak najbardziej uprawniony w normalnym dyskursie politycznym.  Zdaniem polskiego eurodeputowanego, w tej rezolucji są fragmenty groteskowe, na przykład wyraża się w niej żal z powodu braku porównywalnych danych na temat jakiegoś zjawiska,  a jednocześnie w sąsiednim artykule wymienia się kraje, w których szczególnie trzeba napiętnować to zjawisko.  „Ta uchwała jest po prostu niechlujna” - podkreślił. Profesor Roszkowski powiedział, że wszyscy, którzy kierują się autentyczną troską o sprawiedliwość, powinni powstrzymać się od fałszywych uogólnień, które niewątpliwie zawiera ta rezolucja.  W ocenie eurodeputowanego, szczególnie niepokojąca jest kwestia oskarżeń o homofobię. Jego zdaniem, zakrawa to na jakąś obsesję europejskich polityków. Dodał, że za pomocą tego słowa - wytrychu chce się zamykać usta wszystkim tym, którzy kwestionują ofensywę homoseksualizmu. „Homofobia oznacza strach przed homoseksualistami, a przecież ci, co protestują, wcale się ich nie boją, a uważają, że ich orientacja jest odchyleniem od normy. Ci, którzy nazywają ich homofobami, manipulują słowami i odwracają sytuację” - powiedział.  Wojciech Roszkowski ocenił, że powinno się wprowadzić następujące rozróżnienie: homoentuzjaści, homorealisci i homosceptycy. Jego zdaniem, niewątpliwie mamy do czynienia z ofensywą homoentuzjastów. Natomiast homorealistów i homosceptyków nazywa się obecnie homofobami, co jest - według niego - oczywistym nadużyciem.
 Eurodeputowany PiS Marcin Libicki uważa, że czwartkowa rezolucja Parlamentu Europejskiego wymieniająca Polskę wśród krajów, w których narasta nietolerancja, ze względu na małe poparcie jest „klęską jej autorów”. Za rezolucją głosowało 301 eurodeputowanych, przeciw 161, w tym większość Polaków, zaś 102 się wstrzymało. W rozmowie z PAP Libicki podkreślił, że „zwykle rezolucje potępiające kraje za łamanie praw człowieka są przyjmowane jednomyślnie”. Jako przykład wymienił rezolucję dotyczącą sytuacji w Timorze Wschodnim.  Europarlamentarzysta PiS uważa, że lepiej byłoby, gdyby czwartkowej rezolucji nie było,  „bo jest szkodliwa dla Polski i dla powagi Parlamentu Europejskiego”.
 Jego zdaniem, zestawienie w rezolucji morderstwa na tle rasowym kolorowej kobiety z dzieckiem, do którego doszło w jednym z państw w niej wymienionych, z tym, że członek partii rządzącej w Polsce występuje przeciwko gejom, „jest żenujące”. „To są sprawy nieporównywalnych kalibrów” - ocenił Libicki.
 Bp Tadeusz Pieronek, komentując rezolucję europarlamentu, w której mowa m.in. o Radiu Maryja, powiedział PAP, że „coś niedobrego dzieje się w Parlamencie Europejskim”. Jak głosi rezolucja, „Parlament Europejski jest poważnie zaniepokojony ogólnym wzrostem nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią w Polsce, co jest częściowo wywołane przez takie platformy religijne jak Radio Maryja, krytykowane także przez Watykan za antysemickie wypowiedzi”. Bp Pieronek, odnosząc się do tych słów, powiedział, że „europarlamentarzyści uważają, że są sędziami świata, a świat pójdzie i tak swoją drogą”. Pytany o Radio Maryja, które wymieniono
w rezolucji, zapytał: „kto ich ustanowił sędziami nad tym?”. „Niech sobie krzyczą, jeśli chcą” - dodał bp Pieronek.
 Jeśli biskup, powszechnie znany ze swych sympatii unijnych, mówi takie słowa, to można sobie tylko wyobrazić, jak odbierają tekst rezolucji przeciętni „śmiertelnicy”.  Dziś, wśród moich politycznych konsultantów, wywodzących się z różnych grup społecznych, pomagających mi w – by się tak wyrazić – wypośrodkowywaniu opinii, słyszałem najczęściej określenia: pomyleńcy, zboczeńcy, nasi wrogowie. I jeszcze takie epitety, których raczej nie będę tu przytaczał. To, w końcu, są jednak eurodeputowani.

Zygmunt Kmieciak


Podczas święta Bożego Ciała najistotniejsze jest publiczne wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie, okazanie Mu czci, miłości i wdzięczności za łaski okazane i otrzymane dzięki temu Sakramentowi. To wyznanie wiary jest świadectwem szczególnym naszej tożsamości duchowej. Osoby, które dopuściły się zniewag, mają także możliwość prosić Jezusa Chrystusa o wybaczenie dla siebie, a także przeprosić Go za obrazę i bluźnierstwa ludzi niewierzących.

Historia tego święta – na podst. różnych źródeł – sięga XIII wieku. Wprowadził je biskup Robert w 1246 r. w belgijskiej diecezji – w Liege (17 lat później w Orvieto stwierdzono wystąpienie cudu  hostia w rękach księdza wątpiącego w transsubstancjację nagle się skrwawiła).

Inicjatywę rozszerzenia tego święta na cały Kościół przejął papież Urban IV bullą Transiturus. Bulla ta nie została jednak przez niego ogłoszona  papież zmarł, święta więc jeszcze wtedy nie wprowadzono. Dopiero po przejęciu bulli i umieszczeniu jej w Klementynkach w 1317 r. ustanowił je papież Jan XXII.

W Polsce zainicjował je w 1320 r. w diecezji krakowskiej biskup Nanker. Boże Ciało w Kościele katolickim wypada 60 dni po Wielkanocy, w czwartek po uroczystościach Trójcy Świętej. Rozpoczyna się mszą św., po której wierni odbywają po ulicach parafii procesję z Najświętszym Sakramentem. Po drodze przystają przy czterech ołtarzach, aby wsłuchać się w czytane fragmenty czterech Ewangelii, dotyczące Eucharystii.

Najstarszym i największym miejscem kultu Bożego Ciała (od późnego średniowiecza) jest kościół pw. Bożego Ciała w Poznaniu. Właśnie w tym sanktuarium 15 czerwca 2006 r. uroczystą mszą św. odprawioną przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego w asyście wyświęconych w tym roku kapłanów  rozpoczęły się centralne obchody święta Bożego Ciała w archidiecezji poznańskiej.
A oto kazanie „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie”, które wygłosił abp Stanisław Gądecki: [...] Umiłowani czciciele Najświętszego Sakramentu, W dniu dzisiejszym Kościół wsłuchuje się z uwagą w słowa wypowiedziane kiedyś we Wieczerniku: „To jest Ciało moje”, „To jest moja Krew Przymierza”. Słowa te (Mt 26, 26-28; Mk 14, 22-23; Łk 22, 19-20; 1Kor 11, 23-25) przypominają nam, że Eucharystia jest przede wszystkim ofiarą Jezusa.

Ofiara Chrystusa. Całe życie Chrystusa było ofiarowane Ojcu
Została ona przygotowana przez całe wcześniejsze życie Zbawiciela. W całości było ono ożywione pragnieniem wypełnienia zamysłu Ojca (Por. Łk 12, 50; 22, 15; Mt 16, 21-23). Całkowicie i bez reszty było ofiarowane Bogu: „Przeto przychodząc na świat, mówi:...Oto idę... abym spełniał wolę Twoją, Boże (cf. Hbr 10,5.7). Syn Boży z nieba zstąpił nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Go posłał (J 6, 38). Syn Boży przyjął wolę Bożą od początku i realizował ją w każdym momencie swojego życia: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). „Niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał” (J 14, 31).

Ostatnia Wieczerza uprzedza ofiarę Jezusa

Jeśli jednak Ostatnia Wieczerza była jakimś zwieńczeniem dotychczasowego życia Zbawiciela, to było ona jednocześnie zapowiedzią dopiero nadchodzącej dobrowolnej (J 10,18) ofiary Chrystusa. On zapowiedział wszystko, co się miało dopiero wydarzyć: „To jest Ciało moje, które  za was będzie wydane (Łk 22,19). To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28). „Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie (J 17, 19).

Przemieniając chleb w swoje Ciało i wino w swoją Krew, i dając je swoim uczniom, Jezus zapowiada swoją śmierć, dobrowolnie godzi się na nią w swym  sercu i przemienia ją w akt miłości. Ukrzyżowanie, które na zewnątrz będzie brutalnym aktem przemocy  wewnątrz stanie się aktem miłości, która daje się bez reszty. Oto właściwa przemiana, która dokonała się w Wieczerniku i która miała wywołać proces przemian, których ostatecznym celem jest przemiana świata, tak aby Bóg był wszystkim we wszystkich (por. 1 Kor 15, 28). Wszyscy ludzie od zawsze żywią w swoim sercu jakąś nadzieję na przeobrażenie, na przemianę świata, a oto teraz, we Wieczerniku, dokonuje się główna przemiana, jedyny akt, który jest w stanie prawdziwie odnowić świat: przemoc zostaje przemieniona w miłość, a tym samym  śmierć w życie. Skoro akt ten przemienia śmierć w miłość, śmierć jako taka zostaje przezwyciężona od wewnątrz, już teraz jest w niej obecne zmartwychwstanie. Śmierć została poniekąd głęboko zraniona i już nie do niej należy ostatnie słowo. Jest to, by tak rzec, reakcja jądrowa zachodząca w samej głębi bytu  zwycięstwo miłości nad nienawiścią, zwycięstwo miłości nad śmiercią. Jedynie ta wewnętrzna eksplozja dobra, które zwycięża zło, może zapoczątkować łańcuch przemian, które stopniowo przeobrażą świat. Wszystkie inne przemiany są powierzchowne i nie dają zbawienia (por. Benedykt XVI, Eucharystia musi być centrum waszego życia. Msza św. na zakończenie Światowego Dnia Młodzieży. 21 sierpnia 2005)

Eucharystia przedłużeniem ofiary Chrystusa
Ofiara Chrystusa i ofiara Eucharystii są jedyną ofiarą. Jedna i ta sama jest bowiem Hostia, ten sam ofiarujący  obecnie przez posługę kapłanów - który wówczas ofiarował siebie na krzyżu, a tylko sposób ofiarowania jest inny... A skoro w tej Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy świętej, jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża ofiarował samego siebie w sposób krwawy, ofiara ta jest naprawdę przebłagalna” (Sobór Trydencki: DS 1743). Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna człowieczego i pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Każdy, kto pożywa Moje ciało i pije Moją krew, ma życie wieczne, a Ja wskrzeszę go w dniu ostatecznym. (J 6 53-55).

W Eucharystii ofiara Chrystusa staje się także ofiarą członków Jego Ciała. Życie wiernych, składane przez nich uwielbienie, ich cierpienia, modlitwy i praca łączą się z życiem, uwielbieniem, cierpieniami, modlitwami i pracą Chrystusa i z Jego ostatecznym ofiarowaniem się oraz nabierają w ten sposób nowej wartości. Kościół sam staje się także żywą ofiarą w Chrystusie. To, co jest ofiarą w życiu ludzkim, dzięki Eucharystii przemienia się w ofiarę Chrystusa. Kościół wie, że w tym, co ofiaruje, również sam siebie składa w ofierze (por. Św. Augustyn, De civitate Dei, 10, 6) 

 



O Powstaniu Poznańskiego Czerwca`56

Współtwórcami tego rodzaju przemiany byli poznańscy robotnicy w owym pamiętnym 1956 roku. Oni  jako pierwsi w Polsce – w systemie państwowego terroru zażądali chleba, sprawiedliwości, wolności i Boga. Śpiewali: Boże coś Polskę, Nie rzucim ziemi, Serdeczna Matko. Krzyczeli: „Chcemy Polski katolickiej, a nie bolszewickiej”. Życie tych ludzi, ich cierpienia, modlitwy i praca połączyły się z życiem, cierpieniami, modlitwami i pracą Chrystusa oraz nabrały w ten sposób nowej wartości. Innymi słowy, poznańscy robotnicy pokazali światu, że istnieją ideały, o które warto walczyć, jakiekolwiek byłyby tego konsekwencje. Powstanie w Poznaniu zapisało się jako jeszcze jeden przykład nieujarzmionego pragnienia wolności Polaków w całkiem beznadziejnej sytuacji. Stało się wówczas tak sławne jak powstanie w Berlinie w czerwcu 1953.

Rozerwało ono okowy milczenia i zakłamania. Stało się wielkim krokiem do przełomu październikowego. Z wielkim prawdopodobieństwem można powiedzieć, że zawdzięczamy mu to, iż późniejszy przewrót październikowy w Polsce w przeciwieństwie np. do Węgier, miał charakter bezkrwawy. To drugie zwycięskie powstanie w Wielkopolsce, być może właśnie dlatego przyjmowane z taką niechęcią do wiadomości.

Jan Paweł II w telegramie z Rzymu wysłanym na 25. rocznicę Powstania Poznańskiego Czerwca  pisał: „Módlmy się za tych, którzy mieli odwagę upomnieć się o poszanowanie praw człowieka i zapłacili za to najwyższą cenę. Krew polskich robotników, przelana na ulicach Poznania, razem z krwią tylu Polaków i Polek, którzy złożyli życie na ołtarzu Ojczyzny i Kościoła, niech będzie dla wszystkich moich rodaków znakiem i wezwaniem do odważnego i odpowiedzialnego zespolenia się wokół najwyższych wartości, wokół człowieka, jego godności, wokół Narodu, Ojczyzny, jej teraźniejszości i przyszłości. Chciejmy to szczególne dziedzictwo wiary, pracy, walki i krwi naszych ojców i braci, które żyje we współczesnych pokoleniach, pieczołowicie, z troską, ustawicznie odnawiać, rozwijać i przekazywać młodym pokoleniom” (Słowa telegramu Jana Pawła II przesłanego z Rzymu z okazji 25. rocznicy Poznańskiego Czerwca, 28 czerwca 1981).

Czego nas uczy dzisiaj  po 50 latach  tamto Poznańskie Powstanie? Najpierw tego, że sama praca musi być przez człowieka traktowana jako dobro cenne i pożądane. Czyż potwierdzeniem tego faktu nie jest tak zwana emigracja za pracą? Zjawisko stare, które wciąż się odnawia. Również obecnie posiada ono wielkie rozmiary z powodu słabego ekonomicznego położenia naszych rodaków. Człowiek w ogóle ma prawo do opuszczenia kraju swego pochodzenia z różnych motywów, ażeby szukać lepszych warunków życia w innym kraju, ma też i prawo powrotu do swego kraju. Lecz fakt taki stanowi na ogół stratę dla kraju, z którego się emigruje. Odchodzi człowiek, a zarazem członek wielkiej wspólnoty zjednoczonej historią, tradycją, kulturą, aby rozpocząć życie pośród innego społeczeństwa związanego inną kulturą i innym językiem. Znika pracownik, który wysiłkiem swojej myśli czy swoich rąk mógłby przyczynić się do pomnożenia dobra wspólnego własnego kraju. Ów wysiłek i ów wkład zostaje oddany innemu społeczeństwu, które poniekąd ma do tego mniejsze prawo aniżeli własna ojczyzna. A jednak  jeśli nawet emigracja jest pewnym złem  jest to tzw. zło konieczne. Trzeba uczynić wszystko, ażeby to zło w znaczeniu materialnym nie pociągnęło za sobą większych szkód w znaczeniu moralnym, owszem, by  o ile to możliwe – przyniosło dobro w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym emigranta, zarówno gdy chodzi o kraj, do którego przybywa, jak też o ojczyznę, którą opuszcza. W tej dziedzinie ogromnie wiele zależy od właściwego prawodawstwa - w szczególności, gdy chodzi o uprawnienia człowieka pracy.  O stosunku do imigranta muszą decydować te same kryteria, co w stosunku do każdego innego pracownika w tym społeczeństwie. Wartość pracy musi być mierzona tą samą miarą, a nie względem na odmienną narodowość, religię czy rasę. Tym bardziej nie może być wyzyskiwana sytuacja przymusowa, w której znajduje się emigrant. Wszystkie te okoliczności muszą stanowczo ustąpić – przy uwzględnieniu szczegółowych kwalifikacji  wobec podstawowej wartości pracy, która związana jest z godnością ludzkiej osoby. Głęboki sens samej pracy domaga się, by kapitał służył pracy, a nie praca kapitałowi (por. LE 23). b. Rok 1956 był w Poznaniu wołaniem o sprawiedliwy ustrój społeczny. To z jego braku rodzi się bowiem wszelki opór społeczny i odruchy niezadowolenia. Ustrój zaś jest sprawiedliwy wówczas, kiedy sprawiedliwa jest płaca. Nie ma w obecnym kontekście innego, ważniejszego sposobu urzeczywistniania sprawiedliwości w stosunkach pracownik  pracodawca, jak właśnie ten: zapłata za pracę. Sprawiedliwa płaca staje się w każdym wypadku konkretnym sprawdzianem sprawiedliwości całego ustroju społeczno-ekonomicznego, a w każdym razie sprawiedliwego funkcjonowania tego ustroju. Nie jest to sprawdzian jedyny, ale szczególnie ważny i poniekąd kluczowy (por. Laborem exercens, 19).

Za sprawiedliwą zaś płacę, gdy chodzi o dorosłego pracownika obarczonego odpowiedzialnością za rodzinę, przyjmuje się taką płacę, która wystarcza na założenie i godziwe utrzymanie rodziny oraz na zabezpieczenie jej przyszłości. Takie wynagrodzenie może być realizowane czy to poprzez tak zwaną płacę rodzinną, to znaczy jedno wynagrodzenie dane głowie rodziny za pracę, wystarczające na zaspokojenie potrzeb rodziny bez konieczności podejmowania pracy zarobkowej poza domem przez współmałżonka, czy to poprzez inne świadczenia społeczne, jak zasiłek rodzinny albo dodatek macierzyński dla kobiety, która oddaje się wyłącznie rodzinie; dodatek ten powinien odpowiadać realnym potrzebom, to znaczy uwzględniać liczbę osób pozostających na utrzymaniu w ciągu całego okresu, gdy nie są w stanie podjąć odpowiedzialności za własne życie.

Obok płacy wchodzą w grę dodatkowo różne świadczenia społeczne, mające na celu zabezpieczenie życia i zdrowia pracowników, a także ich rodzin. Wydatki związane z koniecznością leczenia, zwłaszcza w razie wypadku przy pracy, domagają się tego, aby pracownik miał ułatwiony kontakt z ośrodkami pomocy lekarskiej  i to, o ile możności, kontakt tani, a nawet bezpłatny. Inną dziedziną świadczeń jest ta, która wiąże się z prawem do wypoczynku  przede wszystkim chodzi tutaj o regularny wypoczynek tygodniowy, obejmujący przynajmniej niedzielę, a prócz tego o dłuższy wypoczynek, czyli tak zwany urlop raz w roku, ewentualnie kilka razy w roku przez krótsze okresy. Wreszcie chodzi również o prawo do emerytury, zabezpieczenia na starość i w razie wypadków związanych z rodzajem wykonywanej pracy. W obrębie tych głównych uprawnień rozbudowuje się cały system uprawnień szczegółowych, które wraz z wynagrodzeniem za pracę stanowią o prawidłowym układaniu stosunków pomiędzy pracownikiem a pracodawcą. Trzeba pamiętać, że do tych uprawnień należy także i to, aby miejsce pracy i procesy produkcji nie szkodziły zdrowiu fizycznemu pracowników i nie naruszały ich zdrowia moralnego.  

Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy muszą jednak zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. Żądania związkowe nie mogą zamienić się w pewien rodzaj egoizmu grupowego czy klasowego - chociaż mogą i powinny dążyć również do tego, aby ze względu na dobro wspólne całego społeczeństwa naprawić wszystko, co jest wadliwe w systemie posiadania środków produkcji oraz w sposobie zarządzania i dysponowania nimi. Życie społeczne i ekonomiczno-społeczne jest z pewnością rodzajem naczyń połączonych   i do tego musi też stosować się wszelka działalność społeczna mająca na celu zabezpieczenie uprawnień każdej z grup. Zabiegając o słuszne uprawnienia swych członków, związki zawodowe posługują się także dzisiaj metodą strajku, jako pewnego rodzaju ultimatum skierowanym do odpowiedzialnych czynników, a nade wszystko do pracodawców. Jest to metoda, którą katolicka nauka społeczna uważa za uprawnioną pod odpowiednimi warunkami i we właściwych granicach. Pracownicy winni mieć zapewnione prawo do strajków, bez osobistych sankcji karnych za uczestnictwo w nim. Jest to środek uprawniony, choć środek ostateczny. Nie można go nadużywać. Dlatego też KNS stawia trzy zasadnicze warunki podjęcia strajku: rzeczywista i słuszna przyczyna (związana zwykle z podłożem ekonomicznym, socjalnym, rzadziej politycznym); uprzednie wyczerpanie przez pracowników wszystkich metod pokojowego rozwiązania konfliktu; przewidywana i rozsądna nadzieja na zwycięstwo strajku. Nie można tego środka nadużywać, zwłaszcza do rozgrywek politycznych. Ponadto, nieodzownie usługi dla życia społecznego winny i tak być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego, co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa, które odpowiada także właściwie rozumianej naturze samej pracy (LE 20). 

Wiemy, że i dzisiejsze pokolenie poznaniaków pragnie uczestniczyć w budowaniu lepszego świata. Lecz sprawiedliwszego ustroju nie zbuduje człowiek niesprawiedliwy. Może go natomiast budować ten, kto jest wrażliwy na potrzeby innych. Gotowy do dzielenia się. Zaangażowany na rzecz bliźniego, zarówno tego, który jest blisko, jak i tego, który jest daleko. Jeśli rzeczywiście żyjemy w komunii z Chrystusem, otwierają się nam oczy i nie zajmujemy się już tylko sobą, lecz widzimy, gdzie i jak możemy być innym potrzebni. A świat, świat tak jak kiedyś czeka na świadectwo uczniów Jezusa Chrystusa. Pamiętajmy: Bóg nigdy nie przegrywa. To On ostatecznie zwycięża, ponieważ ostatecznie zwycięża miłość. Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym (por. Mt 21, 42; Ps 118 [117], 22). Ze śmierci Syna wypływa życie, powstaje nowa budowla, nowe społeczeństwo. Jego miłość do nas jest niezniszczalna. A zatem, prośmy Pana, jedynego Zbawiciela świata, byśmy nigdy nie poprzestawali na tym, co widzialne, lecz współpracując z łaską Ducha Świętego, który chleb przemienia w Ciało, a wino w Krew odkupienia, czerpali z tego zdroju nieskończonej mocy w drodze do Boga.  

Po mszy wielotysięczny tłum wiernych przeszedł w procesji od ul. Krakowskiej, przez Wielką, Chwaliszewo  do Ostrowa Tumskiego i katedry. Przy ołtarzach, przy których przystawała procesja, tym razem po czytaniach Ewangelii, w związku z 50. rocznicą dramatycznych wydarzeń Poznańskiego Czerwca`56  słuchano rozważań, których treść przenikały wątki z tamtych krwawych dni.

Opr. Stefania Golenia Pruszyńska

Źródło: http://www.archpoznan.org.pl


środa, 14 czerwca 2006

Premiera opery „Ça Ira” - 25 sierpnia. Spragnionych wrażeń nabywców biletów na światową premierę opery Rogera Watersa w Poznaniu, którą zapowiadano na 7 lipca, ta wiadomość na pewno zadziwiła. Producent widowiska Marek Szpendowski twierdzi, że trzeba było dokonać tej zmiany z uwagi na potrzeby choreograficzne i scenograficzne tej opery - konieczność uruchomienia trzeciej sceny i tym samym zaangażowania dodatkowych artystów. Kierował się w tej decyzji względami wyższymi: zapewnienia widowisku odpowiedniego wysokiego poziomu artystycznego, bowiem przygotowane w Poznaniu będzie wzorcem wszystkich spektakli na całym świecie. Dotychczasowy scenariusz opery przewidywał akcję na dwóch scenach, uczestnictwo Poznańskiego Chóru Chłopięcego, Chóru Uniwersyteckiego, zespołu Teatru Wielkiego. Odbywały się próby w różnych miejscach. W „Ça Ira” Roger Waters, były członek znanego zespołu Pink Floyd, sięgnął po temat rewolucji francuskiej. Jego dzieło miało być włączone w zaplanowane obchody 50-lecia dramatycznych wydarzeń poznańskiego Czerwca`56. Jak widać po tych wieściach - musimy trochę jeszcze poczekać. Reżyserem spektaklu jest Janusz Józefowicz. Gdy rozmawiałam z nim w niedzielę w Teatrze Wielkim, po przesłuchaniach kandydatów na członków zespołu poznańskiej opery, mając zaledwie ciut czasu na wstępne ustalenie terminu wywiadu, sygnalizował możliwe zmiany, wspomniał o trzeciej scenie, rozbudowie widowiska, lecz o przesunięciu terminu jego wystawienia nie było mowy. A reżyser ciągle w biegu, zapracowany. „Ça Ira” przesunięto na 25 sierpnia o 21.00. Spektakl odbędzie się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Organizatorzy zapewniają, że wszystkie zakupione bilety zachowują swoją ważność.

Poznański Czerwiec 1956 w międzynarodowej perspektywie. Wczoraj, 13 czerwca, w sali konferencyjnej Instytutu Zachodniego przy ul. Mostowej 27 w Poznaniu odbyła się debata: „Poznański Czerwiec 1956 w międzynarodowej perspektywie”.  W dyskusji panelowej uczestniczyli: prof. Zofia Trojanowicz i prof. Lech Trzeciakowski z UAM, prof. Wiesław Władyka z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, prof. Anna Wolff-Powęska z Instytutu Zachodniego w Poznaniu, którzy udokumentowaniu i opisowi tych wydarzeń poświęcili wiele starań, oraz goście z zagranicy: prof. Vatanjar S. Jagja z Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, dr Janos Tischler z Uniwersytetu w Budapeszcie i publicysta Peter Bender z Berlina. Przybyli na to spotkanie także przedstawiciele mediów.Inicjatorami spotkania byli: marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak i dyrektor Instytutu Zachodniego prof. Andrzej Sakson.

Maria Pasło-Wiśniewska z PO. Silna kandydatka na prezydenta Poznania. Notowania Marii Pasło-Wiśniewskiej, której kandydaturę na prezydenta Poznania wspiera Donald Tusk, po jej wywiadach w mediach, ciągle rosną. Może wreszcie kobieta obejmie prezydencką władzą i odpowiedzialnością Poznań. Ciekawam, co na to inne panie, a co panowie?
Poznańczycy wszak cenią pragmatyzm, doświadczenie, pracowitość, uczciwość. Także kreatywność. I przecież: wrażliwość, talenty, wyobraźnię, szczerość...  

Stefania Golenia Pruszyńska


piątek, 09 czerwca 2006

Przed recitalem Łukasza Kuropaczewskiego marszałek Marek Woźniak uroczyście wręczył nagrody animatorom, artystom, twórcom i propagatorom kultury wielkopolskiej. Nagrody Marszałka Województwa Wielkopolskiego po raz czwarty trafiły do rąk ludzi kultury wyróżnionych za swoją prowielkopolskość. Są one zarówno istotnym przejawem działania mecenatu Samorządu Województwa Wielkopolskiego, jak i promowania najbardziej docenianych osiągnięć przedstawicieli kultury.

Tegoroczni beneficjenci to: Ewa Czamańska, inspektor do spraw kultury w Starostwie Powiatowym w Pile, prezydent Wielkopolskiej Rady Kultury, organizatorka imprez kulturalnych, autorka audycji radiowych o ludziach kultury środowiska pilskiego; 

Jan Dodot, śpiewak, działacz amatorskiego ruchu śpiewaczego, wieloletni prezes oddziału Polskiego Związku Chórów i Orkiestr w Ostrowie Wielkopolskim, inicjator wielu zespołów chóralnych i cyklicznych imprez, propagujących wspólne śpiewanie; 

Barbara Fabiańska, autorka książek, audycji radiowych i telewizyjnych, filmów dokumentalnych oraz wystaw o tematyce historycznej. Tworzy, nawiązując do ważnych dla poznanian i Wielkopolan postaciach i miejscach; 

Marek Garztecki, śpiewak, który wystąpił w 120 rolach operowych i ma za sobą 50 partii koncertowych, m.in. na scenach  w: Amsterdamie, Berlinie, Brukseli, Buenos Aires, Mediolanie i Pekinie. Znany ze współpracy  z najsłynniejszymi dyrygentami i życzliwej postawy wobec młodych debiutujących artystów.

 Mariola Hendrykowska, tancerka, kierownik baletu, asystent choreografa i inspicjent. Związana z Polskim Teatrem Tańca - Baletem Poznańskim. W dorobku ma wiele ról solowych, na scenie pracuje już 36 lat;

Jerzy Jurga, artysta malarz, historyki sztuki, organizator i animator życia kulturalnego w Wielkopolsce, twórca dwóch galerii, uczestnik prawie 50 indywidualnych i zbiorowych wystaw: w Kościanie, Poznaniu, Śremie, Bazylei, Hanowerze, Chicago i Tokio;

Krystyna Kostrzemska-Suska - tancerka, związana z Polskim Teatrem Tańca – Baletem Poznańskim, aktualnie inspektor baletu. Wystąpiła w wielu rolach w niezwykłych spektaklach. Artystka z wielkim doświadczeniem zawodowym, oddana sztuce baletowej, z 56-letnim stażem scenicznym;

Władysław Kościelniak, 90-letni wybitny grafik, rysownik, publicysta i regionalista. Autor niezliczonych ex librisów, grafik, felietonów („Ziemia Kaliska”, „Kalisia Nowa”), inicjował wiele przedsięwzięć w Kaliszu na rzecz tego miasta;

Stanisława Łowińska, poetka z dorobkiem kilku tomów wierszy, dziennikarka, autorka licznych felietonów prasowych, inicjatorka przedsięwzięć popularyzujących literaturę wśród młodego pokolenia, m.in. Klubu Młodego Dziennikarza oraz „Lednickiej Wiosny Poetyckiej”;

Stanisław Pijanowski, leśnik, założyciel jednego z największych prywatnych muzeów w kraju z pamiątkami dotycz. historii Polski i zabytkowymi księgami, autor „Opowieści z Głuchej Puszczy” i wystaw;

Ireneusz Solarek, artysta plastyk, założyciel Zbąszyńskiej Sceny Plastycznej Teatru „S”, autor spektakli prezentowanych na festiwalach, pomysłodawca Galerii Baszta na wystawy regionalnych artystów oraz Międzynarodowych Spotkań Artystycznych „Experyment” dla poszukujących plastyków, muzyków i twórców teatru;

ks. Józef Słowik, proboszcz parafii pw. Wniebowzięcia NMP, kustosz Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu, kapłan ceniony przez parafian, wielki miłośnik i opiekun zabytków;

Antoni Taczanowski, bibliotekarz, działacz społeczny i kulturalny, wieloletni dyrektor Biblioteki Publicznej w Międzychodzie, prezes Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Ziemi Międzychodzkiej oraz wiceprezes Stowarzyszenia Międzychodzian, autor wielu publikacji o regionie;

Andrzej Wiza, śpiewak 50-letnim dorobkiem, reżyser z 40-letnimi dokonaniami, konferansjer, dawny dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, reżyser wielu oper i operetek, miłośnik i popularyzator muzyki polskiej;

prof. Andrzej Marek Wyrwa, archeolog, autor ponad 300 publikacji naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, członek stowarzyszeń historycznych, już ponad 20 lat zajmują go badania archeologiczne w kompleksie osadniczym Łekno-Tarnowo Pałuckie, popularyzator wiedzy na temat Cystersów, organizator festynów archeologicznych, ukazujących dziedzictwo Cystersów w Łęknie. 

Ponadto nagrody przyznano: Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy w Wolsztynie, Chórowi Męskiemu w Wyrzysku, Teatrowi Szkolnemu „Iskierka” z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Trąbczynie. 

Poprzednie nagrody zostały przekazane przed koncertami: Academy of St. Martin In the Fields, Roby’ego Lakatosa, a także Joanny Kozłowskiej i Wojciecha Drabowicza. 

Uroczystość odbyła się 22 maja.

Stefania GoleniaPruszyńska



piątek, 02 czerwca 2006

Kiedy 2 lutego tego roku Bill Gates, legenda informatyki i twórca potęgi Microsoftu już po raz 3. odwiedzał Polskę – obiecywał prezydentowi Kaczyńskiemu, że kraj nad Wisłą nie będzie „ubogim krewnym” jego korporacji. I stało się... 1 czerwca zostało uruchomione w Poznaniu jako pierwszym polskim mieście Centrum Innowacji Microsoft (MIC).

 W walce o lokalizację Centrum Innowacji uczestniczyło 8 polskich ośrodków akademickich. Poznańskie przedsięwzięcie jest, w ogóle, drugim – obok Belgradu – w tej części Europy. Jest wspólnym projektem tej firmy, Poznańskiego Centrum Superkomputerowo-Sieciowego oraz Politechniki Poznańskiej. Jak w inauguracyjnym wystąpieniu podkreślał rektor PP, prof. dr hab. inż. Adam Hamrol, to nie przypadek, że właśnie w Grodzie Przemysława zaistniała ta inicjatywa. To właśnie poznańscy specjaliści zdobywają „polskie Noble”, to właśnie poznańscy studenci wygrywają światowe konkursy informatyczne – przypominał nam rektor. Wtórował mu, niestety z nagrania wideo, bowiem osobiście nie mógł dotrzeć do nowych sal wykładowych PP, gdzie odbywała się uroczystość, szef Poznańskiego Centrum Superkomputerowo-Sieciowego, prof. dr hab. inż. Jan Węglarz. Prof. Węglarz opowiadał m.in.  o 4 studentach PP, tworzących grupę „hakerów LSD” i wyszukujących „dziury” w oprogramowaniu informatycznego giganta. Trzech z nich pracuje dziś w Redmond, w centrali Microsoftu. Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe też nie jest „czarną dziurą” informatyki.  To znany w Europie i na świecie ośrodek badawczo-rozwojowy w zakresie gridów, portali, sieci nowej generacji i ich bezpieczeństwa. PCSS jest także jednym z pięciu głównych polskich centrów komputerów dużej mocy, powstałych w związku z tworzeniem infrastruktury badawczej nauki.  

 Od początku swojego istnienia poznańskie Centrum Komputerów Dużej Mocy było jednym  z czołowych ośrodków w Polsce – kilkakrotnie notowanym na prestiżowej liście najszybszych instalacji obliczeniowych na świecie TOP500.  Zaś sam Microsoft Corporation, istniejący w USA od 1975 r., na polskim rynku pojawił się w 1992 r. Podczas obecności w Polsce zaangażował się w liczne programy społeczne, a w maju ub. roku uruchomił działalność Forum Edukacji Microsoft – inicjatywy, mającej na celu wspieranie i upowszechnianie edukacji informatycznej w Polsce. Wracając do Centrum Innowacji.  Jego głównymi celami staną się:
* edukacja poprzez zdalne udostępnianie aplikacji Microsoft szkołom i uczelniom wyższym oraz poprzez szkolenia; * szybszy rozwój lokalnych firm dzięki doradztwu MIC w zakresie podnoszenia poziomu bezpieczeństwa teleinformatycznego usług, a także poprzez program audytów i szkoleń; * poprawa jakości opieki medycznej w Wielkopolsce dzięki udoskonaleniu bezpiecznego systemu informacji przez Internet; * łatwy i bezpieczny dostęp do usług elektronicznych oferowanych przez samorządy lokalne;
* rozwój i upowszechnianie najnowocześniejszych technologii multimedialnych w regionie.

Prof. Hamrol: To kolejny krok w tworzeniu gospodarki i społeczeństwa opartego na wiedzy. Prof. Węglarz: To przykład ścisłej współpracy nauki z przemysłem. Jest szansą dla Poznania i Wielkopolski. Tomasz Bochenek, dyr. gen. Microsoftu w Europie Centralnej i Środkowej: Wasz region staje się coraz bardziej istotny. I to nie tylko w znaczeniu lokalnym...”.

 Gwoli rzetelności dziennikarskiej muszę odnotować, że ledwo otwarto w Poznaniu Centrum Innowacji Microsoftu, już pojawiły się (pojedyncze) głosy, że jak to? Centrum ma funkcjonować za 100 tys. USD i z 20-osobową obsługą? Ano, zobaczymy... Wątpię jednak, by ekipa najbogatszego człowieka na świecie angażowała się w operację, skazaną na niepowodzenie. MIC wróży raczej nadwarciańskiemu grodowi sukces.

Tadeusz  Golenia


 

 

poniedziałek, 29 maja 2006


Papież przed bramą oświęcimskiego obozu,
fot.: Interia.pl

- Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że przeżyję Auschwitz, to bym nie uwierzył, bo raczej nie sądziłem. Ale gdyby ktoś powiedział, że w tym miejscu będzie Ojciec Święty, że Ojcem Świętym będzie Polak, a następnym będzie Niemiec, i oni obaj będą w tym miejscu, to przekraczałoby siłę mojej wyobraźni – powiedział kilka dni wcześniej profesor Władysław Bartoszewski w Poranku Radia TOK FM.

W „Gazecie Wyborczej zapytano w sondażu: Dwaj papieże, dwa narody, czy papież powinien w Auschwitz-Birkenau przeprosić za zagładę Żydów w czasie II wojny światowej. Nie precyzowano jak ani w czyim imieniu. Tak” odpowiedziało więcej Niemców (49 proc.) niż Polaków (27 proc.). Co ciekawe, takiego gestu oczekiwaliby częściej niemieccy katolicy niż protestanci czy ateiści. Najwięcej Polaków (44 proc.) odpowiada: trudno powiedzieć. Nie pierwszy raz w sondażu nasi rodacy mają trudność z zajęciem stanowiska, gdy rzecz dotyka trudnych tematów. W Niemczech kwestia rozliczeń, przedmiot wieloletniej debaty, budzi mniej rozterek (11 proc. wskazań: trudno powiedzieć). Starsi Polacy są raczej za przepraszaniem za Zagładę, młodsi są silnie przeciw.

Jednak najpierw znowu były w tę niedzielę Wniebowstąpienia Pana krakowskie Błonia i poranna msza święta. Z udziałem blisko miliona wiernych. Dziękuję za zaproszenie do mojego Krakowa – powiedział tam papież Benedykt XVI. Kraków Karola Wojtyły i Kraków Jana Pawła II jest również moim Krakowem - dodał, co wywołało nieprawdopodobny entuzjazm. Trwajcie mocni w wierze! Trwajcie mocni w nadziei! Trwajcie mocni w miłości!- to wezwanie skierował do wiernych papież Benedykt XVI w homilii podczas mszy św. na Błoniach. Jak tłumaczył: wierzyć, to znaczy zawierzyć Bogu, powierzyć Mu nasz los. Papież wyznał, że przybył do Polski i do Krakowa z potrzeby serca, w pielgrzymce śladami swego poprzednika.

Benedykt XVI pokazał się w niedzielę po południu w papieskim oknie Pałacu Arcybiskupów Krakowskich. Papież podziękował oczekującym Go wiernym za ich obecność. Ojciec Święty w trakcie swojej czterodniowej pielgrzymki pojawił się w oknie trzy razy.  W niedzielę papież mówił po włosku: Drodzy przyjaciele, chciałbym wam podziękować za waszą obecność, za waszą przyjaźń, za waszą radość. Niech Pan zawsze będzie z wami - zwrócił się do zebranych: Do zobaczenia w Rzymie, a jeżeli Pan Bóg pozwoli, to również jeszcze w Krakowie. Arrivederci, gracie, dziękuję - powiedział Benedykt XVI, wzbudzając entuzjastyczną reakcję kilku tysięcy wiernych, którzy odpowiedzieli okrzykami: Dziękujemy! Zostań z nami! Zupełnie tak samo, jak wołali do Jana Pawła II, kiedy ten pojawiał się w oknie przy Franciszkańskiej 3. Na koniec papież pobłogosławił zebranych i powiedział po polsku: Do widzenia. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Papież Benedykt XVI podbił serce Krakowa i sam dał się mu podbić - tak o niedzielnej mszy na Błoniach pisze wysłanniczka agencji ANSA. Zwraca ona uwagę na szczere wyznanie papieża, zawarte w jego homilii: Kraków, miasto Karola Wojtyły i Jana Pawła II jest także moim Krakowem. Włoska agencja prasowa podkreśla, że Benedykt XVI w obecności nieprzebranego tłumu odprawił mszę w miejscu, które w najgłębszy sposób przypomina o więzach jego poprzednika z Polakami. ANSA zwraca też uwagę na bardzo osobiste słowa papieża, który mówił, że każdemu obecnemu na Błoniach chciałby uścisnąć dłoń i każdemu popatrzeć w oczy. Według włoskiej wysłanniczki, miłość Krakowa do nowego papieża, której kulminacją była niedzielna msza, okazywana była każdego dnia jego pobytu pod Wawelem, o czym świadczą dziesiątki tysięcy ludzi pozdrawiających go na ulicach i pod oknem Pałacu Arcybiskupów.

 A potem był najtrudniejszy chyba etap papieskiego pielgrzymowania: obóz koncentracyjny Auschwitz - Birkenau (polskie media, jakby w zmowie politycznej poprawności tego dnia zaprzestały używania polskich odpowiedników tych miejscowości, natomiast ambasada polska  w Rzymie zwróciła się kilka dni temu do włoskich mediów, by w relacjach z tego miejsca nie używać pojęcia: polskie obozy śmierci). Wiadomo było, że Benedykt, papież Niemiec chciał tam bardzo pielgrzymować. Chociaż był już w tym miejscu jako abp Monachium, towarzysząc Janowi  Pawłowi II w 1979 r., a także kilka lat później - z grupą niemieckich hierarchów. Późnym popołudniem papież Benedykt XVI, w samotności i ciszy, wszedł do byłego koncentracyjnego obozu Auschwitz przez historyczną bramę z napisem: Arbeit Macht Frei  i odmówił cichą modlitwę pod Ścianą Straceń, potem zapalił znicz, który otrzymał od byłych więźniów obozu, osobiście przywitał się z 32 byłymi więźniami obozu Auschwitz. Podchodził  do każdego z nich, dla każdego znalazł chwilę czasu. W grupie byłych więźniów byli m.in. polski więzień polityczny z pierwszego transportu do Auschwitz (z 14 czerwca 1940 roku) - Marian Kołodziej, polski Rom Edward Paczkowski, ostatni żyjący w Polsce członek Sonderkommando Henryk Mandelbaum, Kazimierz Smoleń, były dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Józef Szajna. Hasło: Arbeit macht frei miało zapewniać o porządku panującym w obozie i dawać więźniom złudną nadzieję, że dzięki wytężonej pracy odzyskają wolność.

Papieża na terenie obozu przywitał prezydent Lech Kaczyński, a także m.in. arcybiskup Stanisław Gądecki, minister kultury Kazimierz Ujazdowski i były więzień obozu prof. Władysław Bartoszewski. W Bloku 11, w celi, w której zginął męczeńsko za współbrata polski więzień obozu Auschwitz, św. Maksymilian Kolbe, papież zapalił świecę. Świecę tę ofiarował Jan Paweł II podczas pielgrzymki do byłego obozu w 1979 roku. Ale trzeba też pamiętać, że oddała tu życie św. Edyta Stein, niemiecka Żydówka, która potem stała się gorliwą katoliczką. Tuż przed śmiercią św. Edyta mówiła o swym zawierzeniu Bogu, a św. Maksymilian zwierzał się: Barbarzyńcy nie pokonają Niepokalanej.

Papież, po opuszczeniu Bloku Śmierci, wpisał się do Księgi Pamiątkowej i udał się do Centrum Dialogu i Modlitwy. Benedykta XVI w oświęcimskim Centrum przywitali kard. Franciszek Macharski i gospodarze Centrum: dyrektor ks. Jan Nowak i ks. Manfred Deselaers, Niemiec, od 16 lat pracujący w Polsce na rzecz pojednania. Wśród witających w Centrum był także metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz.  Od dwojga młodych wolontariuszy: Niemki i Polaka Benedykt XVI otrzymał bukiet kwiatów.

Papieża pozdrowiło też dwanaście sióstr karmelitanek, których klasztor sąsiaduje z Centrum Dialogu i Modlitwy. Ani przez sekundę nie było o tym mowy, ale wrzawa światowej diaspory żydowskiej już wkrótce ma spowodować usunięcie tych sióstr, tak cenionych przez Jana Pawła II, oddających się na co dzień kontemplacyjnej modlitwie za ofiary Auschwitz-Birkenau, także i z tego miejsca.

Wracając do szczegółów o  Centrum Dialogu i Modlitwy... Powstało ono w 1992 roku, nieopodal byłego obozu macierzystego Auschwitz. Jest instytucją katolicką, założoną przez kard. Franciszka Macharskiego w porozumieniu z europejskimi biskupami i przedstawicielami organizacji żydowskich. Ideą Centrum jest stworzenie miejsca spotkań, edukacji, refleksji i modlitwy dla odwiedzających Auschwitz. Ma być formą uczczenia pamięci ofiar i przyczyniać się do budowania w świecie wzajemnego szacunku, pojednania i pokoju. Jestem tu dziś, aby prosić o łaskę pojednania, aby prosić przede wszystkim Boga, bo tylko On może otworzyć i oczyścić ludzkie serca, ale również ludzi, którzy tu cierpieli - powiedział Benedykt XVI w byłym obozie koncentracyjnym KL Birkenau.

Ten punkt pielgrzymki papieża do Polski - wizyta w Birkenau - był szczególnie oczekiwany przez społeczność międzynarodową, komentatorów papieskiej wizyty w Polsce i przez światowe media, które zwracały uwagę na symbolikę faktu, że papież z Niemiec odwiedza były hitlerowski obóz zagłady. Najpierw Ojciec Święty przechodził wzdłuż 22 płyt z uwiecznionymi różnymi narodowościami, których przedstawiciele padli ofiarą nazistowskich potworów. Padał deszcz, ludzie chronili się pod parasolami. I nagle wyjrzała tęcza, ogromna, kolorowa. Stawała się coraz większa. Obejmując, jak się wydawało, i wieże strażnicze, i baraki obozowe, i druty kiedyś pod napięciem, i murawę, na której wystawali wycieńczeni więźniowie. Jakby zrobiło się lepiej na świecie... 

Później w skupieniu podjęta została modlitwa kilku wyznań. I wreszcie przemówił On. „Nie mogłem tutaj nie przybyć”- podkreślił kilkakrotnie Benedykt XVI w przemówieniu, które wygłosił dla uczczenia pamięci ofiar obozu. Przychodzę tutaj jako syn narodu niemieckiego - podkreślił Benedykt XVI - i dlatego muszę i mogę powtórzyć za moim poprzednikiem: Nie mogłem tutaj nie przybyć. Przybyć tu musiałem. Był to i jest obowiązek wobec prawdy, wobec tych, którzy tu cierpieli, obowiązek wobec Boga: jestem tu jako następca Jana Pawła II i jako syn narodu niemieckiego - syn tego narodu, nad którym grupa zbrodniarzy zdobyła władzę przez zwodnicze obietnice wielkości, przywrócenia honoru i znaczenia narodowi, roztaczając perspektywy dobrobytu, ale też stosując terror i zastraszenie, by posłużyć się narodem jako narzędziem swojej żądzy zniszczenia i panowania. Tak, nie mogłem tu nie przybyć” - powiedział. Benedykt XVI podkreślił, że przybył do Birkenau, aby modlić się o dar pojednania wszystkich, którzy w tej godzinie naszych dziejów wciąż cierpią pod panowaniem nienawiści i przemocy zrodzonej przez nienawiść.

 Zaznaczył, że w tym miejscu nasuwa się wiele pytań. Ciągle powraca jedno: „Gdzie był Bóg  w tamtych dniach? Dlaczego milczał? Jak mógł pozwolić na tak wielkie zniszczenie, na ten tryumf zła? - pytał. I to pytanie w ustach tego niezwykłego Niemca powtarzało się tu kilkakrotnie. Pozostawało jednak bez odpowiedzi...

 Papież przypomniał, że w tym miejscu zostało wymordowanych prawie milion żydów. Dodał, że podczas wojny życie straciło 6 mln Polaków.

Chwilę potem słuchałam w radiu niezależnego publicysty żydowskiego, Konstantego Geberta. Nie spodobało mu się to, co powiedział papież. Bo przecież wśród tych 6 mln połowę stanowili Żydzi - stwierdził Gebert, jakby zarzucając Ojcu relatywizowanie historii. Także bardziej teologiczne wykorzystywanie Żyda. Jan Paweł II był inny – usłyszałam. Znał i rozumiał Żydów; grał zresztą na bramce w podwórkowej drużynie żydowskiej...”.

Na zakończenie pobytu w Birkenau Benedykt XVI wyraził nadzieję: Przed chwilę miałem okazję pobłogosławić Centrum Dialogu i Modlitwy - powiedział. - W niedalekim sąsiedztwie prowadzą życie ukryte siostry karmelitanki, które czują się w sposób szczególny zjednoczone z tajemnicą Krzyża i przypominają nam wiarę chrześcijan, która głosi, że sam Bóg zstąpił do piekła ludzkiego cierpienia i cierpi razem z nami”.

W Oświęcimiu istnieje franciszkańskie Centrum św. Maksymiliana i Międzynarodowe Centrum Nauczania o Auschwitz i Holokauście. Znajduje się tu też Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży. Przy jednym z dawnych Domów Modlitwy mieści się Centrum Żydowskie. Tworzy się Oświęcimska Akademia Praw Człowieka. Możemy więc mieć nadzieję, że z miejsca kaźni będzie wyrastać i dojrzewać konstruktywna refleksja, i że pamięć przeszłości pomoże przeciwstawiać się złu i sprawiać, ze zatryumfuje miłość. Wieczorem samolot z zastępcą Chrystusa na Ziemi odleciał do Wiecznego Miasta. Całe lotnisko Balice śpiewało Mu specjalnie skomponowaną pieśń: Benedetto, Benedetto. Bez wątpienia został On jednak także pośród nas.

Stefania Golenia

Pruszyńska

 


Na powołanie nowego dyrektora wielu poznaniaków i pracowników Filharmonii Poznańskiej czekało już ze zniecierpliwieniem. Na zwołanej 25 maja br. konferencji prasowej marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak poinformował, że decyzją zarządu województwa mianowano na stanowisko dyrektora tej placówki Wojciecha Nentwiga, menedżera kultury i dziennikarza, kierującego działem kultury „Głosu Wielkopolskiego, będącego także wiceprezesem Towarzystwa im. Henryka Wieniawskiego, a wcześniej związanego z orkiestrą Amadeus.


Nowy dyrektor ma otrzymywać pensję 10 tys. zł i ma być zatrudniony na umowę na czas nieokreślony. Tymczasem poprzedni, zwolniony dyrektor Grzegorz Nowak, który zasłynął w mediach i krytyce opinii publicznej jako pobierający nadmiernie wysokie honoraria za dyrygowanie, a także z powodu konfliktu z orkiestrą, domaga się teraz od władz woj. 30 tys. zł odszkodowania za rozwiązanie z nim umowy o pracę. 

Stefania Golenia Pruszyńska