Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee” (nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu). Podaję tutaj statystyki Państwa wizyt (na podstawie danych otrzymywanych z Blox). Aktualna liczba wizyt w Gazecie Autorskiej „IMPRESJee”: 7 150 097. W sumie - w Gazecie Autorskiej „IMPRESJee” i witrynach tematycznych: 9 605 945 ******* Gazeta Autorska „IMPRESJee” zajmuje pierwsze miejsce popularności w dwóch kategoriach: PRASA I MEDIA oraz MEDIA na TOP 1000 Blox. Dziękuję Państwu,Drodzy P.T. Czytelnicy, za zainteresowanie i zapraszam Państwa do kolejnych wizyt z lekturą w moich salonach - redaktor naczelna Stefania Golenia (Stefania Pruszyńska), autorka esejów, felietonów, recenzji, wywiadów, fotoreportaży, utworów literackich i artystycznych wizualnych
piątek, 23 stycznia 2009

 

Zofia Stryjeńska z cyklu Pory roku Listopad - grudzień, 1925, płótno, tempera, 174,5 x 275,5 cm wł. Muzeum Narodowe w Warszawie, fot.: Piotr Ligier

Pierwsza po wojnie monograficzna prezentacja twórczości Zofii Stryjeńskiej, przypomni publiczności sylwetkę jednej z najbardziej znanych, oryginalnych i popularnych artystek dwudziestolecia międzywojennego, współtwórczyni polskiego art dèco i narodowego nurtu w sztuce.

Na wystawie będzie można zobaczyć charakterystyczne wielobarwne obrazy Stryjeńskiej, projekty fresków, lalek i scenografii teatralnych, grafikę użytkową, reklamy, zabawki, projekty rękawiczek, szachy, tkaniny, projekty architektoniczne oraz mało znane obrazy z sali bankietowej transatlantyku m/s "Batory". Łatwy w odbiorze styl i tematyka twórczości Stryjeńskiej zapadały w pamięć jak przedwojenne szlagiery muzyczne. Masowość jej produkcji i aktywność w wielu dziedzinach spowodowały, że pod koniec lat trzydziestych spadło zainteresowanie jej pracami, a po wojnie przestała być modna. Przyczynił się do tego także wyjazd Stryjeńskiej do Francji, później do Szwajcarii, i brak kontaktu z polskim środowiskiem artystycznym. Artystka była jednak nadal popularna wśród Polaków mieszkających we Francji, Kanadzie i USA. W ostatnich latach, wraz z modą na art dèco, ponownie wzrosło zainteresowanie Stryjeńską, co znalazło odbicie na rynku sztuki. Ekspozycja prezentowana w Muzeum Narodowym w Poznaniu jest drugą edycją monograficznej wystawy przygotowanej przez Muzeum Narodowe w Krakowie.

 Aleksandra Sobocińska

Rzecznik prasowy Muzeum Narodowego w Poznaniu




 

Muzyka klezmerska niesie w sobie moc łączenia ludzi, spajania serc i umysłów w wartość wspólnego przeżywania tego, co godne człowieczej miary – taka myśl wybrzmiała podczas koncertu Leopolda Kozłowskiego w Filharmonii Poznańskiej.

Ostatni autentyczny Klezmer Galicji – bo takim mianem określa się tego artystę, wraz z przyjaciółmi zagościł w Poznaniu w ramach XII edycji Dnia Judaizmu. Na zawsze będzie gościł w pamięci swoich słuchaczy. Ostatni klezmer Galicji nie wahał się pokazać, że pamięć jest pierwszą iskrą szacunku do narodowej przeszłości i tradycji. One zaś są ocalane w klezmerskiej muzyce, dla której – jak mówi Leopold Kozłowski, „warto żyć, aby być w niej, a ona we mnie!”. 

Koncert prowadził Jacek Cygan. Jego rola nie ograniczyła się do bycia konferansjerem. Ze scenicznym wyczuciem, jako tłumacz i autor tekstów piosenek, podsycał dramaturgię występów, obdzielał anegdotami oraz śpiewał. W pieśniach otwarli swoje dusze: Katarzyna Jamróz, Marta Bizoń, Renata Świerczyńska, Katarzyna Zielińska, Andrzej Róg. Każdy z artystów był nutą muzycznej opowieści o losach tego, wobec czego nie może być obojętnym ten, kto uważa siebie za dobrego człowieka: wiernej miłości, godnym życiu, istocie rozstań i powrotów. Rytm utworów wzmagał na fortepianie Leopold Kozłowski. Dźwięki, które wydobywał z instrumentu, nie były tylko zagranymi nutami, ale głosem tęsknoty za tym, co dobre i piękne. Akompaniowali mu Halina Jarczyk na skrzypcach i Wojciech Hołubowski na akordeonie.

 Słuchacze, za sprawą pieśni, przekonali się, że choć „tych miasteczek nie ma już”, to gdy się coś traci, „warto pięścią w stół uderzyć, czarną prawdę tak odmierzyć, jak ten Szmul, co na frak miarę brał”. Życie nie szyje przeżyć na miarę, nie zdradza w jakich tonacjach „śpiewać”. Bywa, że odbiera to, co ważne. Losy klezmerskiej muzyki i samego Leopolda Kozłowskiego uczą, jak nie rezygnować z ocalania tego, co wartościowe, aby pozostać „sobą”. Są dowodem, że chociaż źli ludzie potrafią odebrać rzeczy materialne, to tego, co duchowe, nie są w stanie zniszczyć. Przykładem tego jest muzyka klezmerska, która była i jest siłą ludzi o dobrych sercach.

 Przyszły do nas pieśni wędrowne, które odgadywały dusze w tonach „Joszke odjeżdża”; pieśni roztańczone jak „Hora, hora”; pieśni o tęsknocie, i wreszcie „pieśni – matki”, które próbując uciszyć lęk małych synów, nie bały się wierzyć, że przyjdzie hojny czas, w którym nie zabraknie „rodzynek z migdałami”, mogącymi być piękną metaforą tego, czego potrzebuje na co dzień każdy z nas. Klezmerska muzyka pamięta „Jehudit”, „Memento Moritz” i jeszcze wielu innych dobrych ludzi, których pamięć gra w jej sercu. Ta muzyka pokazuje, że powinniśmy być dla siebie braćmi, podać dłoń nadziei, bo nie wiadomo, z których oczu spadnie nowa „Ta jedna łza”.

Leopold Kozłowski mówi, że bycie klezmerem oznacza czuć się wyróżnionym. Jestem przekonany, że poznańska publiczność również czuła się wyróżniona. Miłośnicy klezmerskiej muzyki Leopolda Kozłowskiego wypełnili koncertową salę do ostatniego miejsca, siedząc nawet na scenie. Ich oklaski na stojąco, domagające się bisów, stały się dowodem, że potrzebowali muzyki prawdy i pojednania – muzyki, która łączy ludzi.

 Dominik Górny

Na fot.: Leopold Kozłowski i Jacek Cygan,

Fot. z archiwum Leopolda Kozłowskiego




czwartek, 22 stycznia 2009
W PoemaCafe. Dzisiaj, w czwartek, 22 stycznia, 18:00 - poetycko-muzyczny wieczór autorski Grzegorza Żaka www.grzegorz-zak.pl oprawa muzyczna Diarmuid Johnson. Wstęp wolny. W programie: szczypta poezji doprawiona satyrą z muzyczną przystawką. Grzegorz Żak,  jak sam o sobie mówi:  konserwator zdarzeń ulotnych, utrwalacz dymu, partyzant końca wieku, ponury grzybiarz, wesoły żeglarz, górzysta niewątpliwy, amator śledzi (zawodowiec notuje...), spostrzegacz, podżegacz, prowokator, konceptualista, poeta podziemia ; poeta, satyryk, podróżnik; publikował m.in. w „Przekroju”, „Twoim Dobrym Humorze”, „Gazecie Wyborczej”; autor takich książek jak: „Spostrzyżyny”, „W 80 limeryków dookoła Zgorzelca”, „Celtopatia”, „Izerbejdżan i inne kraje pagórzaste”, „Przygody Wopisty Czesława”, „13 mgnień Zgorzelca”, „Limerykiem dookoła Jeleniej Góry”. Diarmuid Johnson - Irlandczyk mieszkający od roku w Poznaniu. Jest profesorem języków celtyckich na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Gra tradycyjną muzykę irlandzką na fletach drewnianych. Od 20 lat koncertuje w kraju i za granicą (m.in. Walia, Francja, Niemcy).

Inf. : Agata Wawrzyniak, PoemaCafe, ul. Wodna 12, Poznań, tel. 061 853 05 76, www.poemacafe.pl

W Filharmonii Poznańskiej. W  sobotę, 24 stycznia, o 18.00, w Auli Uniwersyteckiej – 391. Koncert Poznański –„Wielcy jubilaci”. W programie: Grażyna Bacewicz - Uwertura Richard Strauss- II Koncert na róg i orkiestrę Es-dur,  Feliks Mendelsohn Bartoldy – IV Symfonia A-dur „Włoska” op. 90.  Z orkiestrą FP pod batutą Eugene Tzigane wystąpi Stefan Dohr – róg. Koncert poprowadzi Krzysztof Szaniecki.

W piątek, 30 stycznia, o 19.00, w Auli Uniwersyteckiej  „Karnawał, karnawał” W programie: Antonin Dvorak – Uwertura koncertowa Karnawał op. 92, Victor Masse – Karnawał w Wenecji, Jules Benedict – Karnawał wenecki, Mieczysław Karłowicz – Poemat symfoniczny „Epizod na maskaradzie” op. 14, Dymitr Szostakowicz – II Suita na orkiestrę estradową. Wystąpi Katarzyna Dondalska, a orkiestrę Filharmonii Poznańskiej  poprowadzi Pawel Kotla.
 (oSP)

W Blue Note: 23 stycznia, piątek, 20.30 - OMNI CON IRE (Kuba/Polska). Koncert i impreza taneczna! Salsa, cha cha, bachata, latin jazz – gorące, afrokubańskie rytmy w wykonaniu 9-osobowego zespołu z energetyczną, zachęcającą do wspólnej zabawy choreografią! Przed i po koncercie na parkiet zaprasza DJ Sol!  Omniris Casuso Toledo (Kuba). Wokalistka i tancerka.

 

Swoją działalność artystyczną rozpoczęła w bardzo młodym wieku jako perkusistka - bongosera w orkiestrach „DANA Y SUS AMIGAS” „AROMA DE MUJER”. Jako wokalistka zadebiutowała w mieszanym zespole „TRIO CUBAVANA”, koncertując w prestiżowych miejscach muzycznych Hawany (m.in. w słynnym Tropical”). Była tez członkinią grającej latin-pop grupy „EXTASIS”, którą można było zobaczyć i usłyszeć m.in. w „Cabaret Tropicana”, „Barrio Chino”, „Sevilla, Cohiba”. Do Polski przyjechała na zaproszenie Jose Torresa i orkiestry „Salsa Tropical”. Wystąpiła gościnnie z Blue Cafe podczas koncertu "Sopot Festiwal Jedynki" w Operze Leśnej, wzięła też udział w pierwszym w Europie Środkowo-Wschodniej koncercie MTV Unplugged, występując u boku Kayah. Od tego czasu Omniris koncertuje razem z Kayah na różnego rodzaju imprezach. Ariel Silva Valdés (Kuba). Ariel Silva urodził się w Hawanie, zdobywając tam solidne wykształcenie muzyczne. W 1995 r. rozpoczął pracę w słynnej kubańskiej orkiestrze pod kierunkiem Hektora Valentina. Następnie dołączył do orkiestr „Bakuluji”, „Colicoli”, z którymi podróżował po Ameryce Łacińskiej, Afryce,  Europie.  W 2003 r. przeprowadził się do Polski, gdzie rozpoczął współpracę z orkiestrą Salsa Tropical pod kierownictwem José Torresa -  koncertuje z nią w całej Polsce oraz na festiwalach salsy. W listopadzie 2006 Ariel - wraz z Omniris - wziął udział w pierwszym w Europie Środkowo-Wschodniej koncercie MTV Unplugged, występując u boku Kayah.

 

24 stycznia, sobota, 20.30 - PIOTR LEMAŃCZYK QUARTET feat. TIM HAGANS (USA) „THE NEW” . Najnowszy projekt basisty Piotra Lemańczyka z udziałem gwiazdy nowojorskiej wytwórni BLUE NOTE Records- trębacza Tima Hagansa - współczesny jazz na najwyższym,  światowym poziomie! Koncert prezentuje najnowszy projekt basisty Piotra Lemańczyka, który zaprosił do współpracy gwiazdę wytwórni BLUE NOTE Records-Tima Hagansa. Muzyk ten ostatni raz grał w Polsce w 1973 r. z big-bandem Stana Kentona podczas festiwalu Jazz Jamboree. Połączenie tych dwóch osobowości  muzycznych, wsparte brzmieniem wibrafonu Dominika Bukowskiego i perkusji Kazimierza Jonkisza gwarantuje niezapomniane, muzyczne przeżycia.

 TIM HAGANS - jeden z największych trębaczy współczesnego jazzu, gwiazda wytwórni Blue Note Records. Karierę rozpoczął w big-bandzie Stana Kentona oraz orkiestrze Woody’ego Hermana. Po wyjeździe do Szwecji nawiązał współpracę z mieszkającymi tam jazzmanami z całego świata: Thadem Jonesem, Ernie Wilkinsem, Sahibem Shibabem oraz big-bandami szwedzkich i duńskich rozgłośni radiowych. W 1981 roku powrócił do USA i dołączył do Blue Wisp Big Band, której liderem był wówczas John Von Ohlen. Niebawem otrzymał posadę wykładowcy w znamienitym Berklee College of Music, a po przyjeździe do Nowego Jorku grał i nagrywał z zespołami prowadzonymi przez Boba Mintzera, Marca Coplanda, Vica Jurisa, Freda Herscha, JOego Lovano, Gary’ego Peacocka, George’a Russela, Aarona Coplanda, Andy’ego La Verne’a. Styl Hagansa zakorzeniony jest w be-bopowej tradycji, określa go intensywny drive i dynamika w szybkich utworach. Trębacz jest jednak przede wszystkim mistrzem liryzmu, ujmującym umiejętnością nastrojowego rozwijania myśli w długich, spójnie skonstruowanych frazach.

 PIOTR LEMAŃCZYK. Kontrabasista, gitarzysta basowy, kompozytor. Laureat wielu festiwali jazzowych (Jazz Juniors 95’ i 96’ w Krakowie, Jazz nad Odrą 96’ we Wrocławiu, Pomorska Jesień Jazzowa 96’). Jako  lider nagrał trzy autorskie płyty ("FOLLOW THE SOUL " , "FREEP"  i "VILLAGE TIME"), entuzjastycznie przyjęte przez krytykę. Ma na swoim koncie współpracę z takimi artystami, jak Dave Kikoski, Brian Melvin, Avishai Cohen, Tyler  Hornby,  Jakob Dinesen, Ulf Adaker, Zbigniew Namysłowski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Janusz  Muniak, Maciej Sikała, Adam Pierończyk, Piotr Wojtasik,  Jarosław Śmietana, Sławek Jaskułke, Jacek Kochan, Emil Kowalski.

 KAZIMIERZ JONKISZ. Jeden z najlepszych perkusistów jazzowych w Europie. Występował z największymi nazwiskami polskiego jazzu: Adam Makowiczem, Tomaszem Stańko, Zbigniewem Namysłowskim, Michałem Urbaniakiem, Janem Ptaszynem  Wróblewskim. Współpracował także z amerykańskimi gwiazdami, takimi jak: Al  Cohn, Roy Hargrove, Larry Coryell, Larry Goldings, Eddie Henderson, John  Hicks, Bob Shepard, Monty Waters. W swoim dorobku ma ok. 40 płyt. DOMINIK BUKOWSKI . Wibrafonista jazzowy, i kompozytor. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej AM w Katowicach. Od 2003 r. co roku zajmuje drugie miejsce w ankiecie Jazz Top miesięcznika Jazz Forum w kategorii ,,Wibrafonista Roku”. Gra i nagrywa z takimi muzykami  jak Janusz Muniak, Leszek Możdżer, Maciej Sikała, Emil Kowalski, Piotr  Wojtasik, Leszek Kułakowski,  Jacek Kochan, Wojciech Staroniewicz, Przemysław Dyakowski, Ulf Adaker (Szwecja), Brian Melvin (USA), Mats Eilertsen(Norwegia), Raivo Tafenau (Estonia), Tuna Otenel  (Turcja), Goran Larsen (Szwecja). Tim Hagans (USA) - trąbka, Piotr Lemańczyk - kontrabas, Dominik Bukowski - wibrafon,  Kazimierz Jonkisz – perkusja

 25 stycznia, niedziela, 20.00 - OSJAN, Jacek Ostaszewski - flety proste, śpiew, Radek Nowakowski – bębny , Wojciech Waglewski - gitara, śpiew, Anna Sikorzak - Olek  -  harfa.



26 stycznia, poniedziałek, 20.00, MEAGRE QUARTET. Młoda, poznańska formacja jazzowa – finalista XXXII Międzynarodowego Konkursu Młodych Zespołów Jazzowych „Jazz Juniors” 2008. Stylistyka proponowana przez młodvch instrumentalistów to w głównej mierze pozytywny fusion-jazz z nowoczesnym, elektrycznym brzmieniem i ciepłą, stonowaną barwą. W kompozycjach Meagre Quartet nie brakuje jednak również odcieni funky, swingu czy free jazzu. Łukasz Wojtowicz – trąbka, Sebastian Goliński – gitara, Bartosz Krzywulski – bas, Szymon Gąsiorek – perkusja.

 

27 stycznia., wtorek, 20.00 .ANIA STĘPNIEWSKA. Promocja płyty "Na mojej drodze". Ania Stępniewska - wokalistka  i pianistka. Jest laureatką nagrody na Międzynarodowych Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w Zamościu, otrzymała również Indywidualna Nagrodę na XXXII Festiwalu Old Jazz Meeting w 2002 roku. W 2006 roku zwyciężyła w konkursie wokalistów jazzowych Jazz Struggle, otrzymując nagrodę od jury w składzie: Billy Harper, Judy Bady, Miecz Szcześniak. W kwietniu 2007 Ania otrzymała nagrodę specjalną w konkursie 43 Festiwalu Jazzowego "Jazz nad Odrą" we Wrocławiu.  Z wielkim powodzeniem udzielała się również w muzycznych przedsięwzięciach za granicą, m.in.: Blueboat Jazz Festiwal 2005 (Niemcy), Saulkrasti Jazz Festiwal 2006 (Łotwa). Występowała m.in. w Bukareszcie, Kiszyniowie, w Lipsku. Wraz z zespołem Fizz the fire wystepowała w Sali Kongresowej jako support Brytyjskiej gwiazdy The Brand New Heavies. W lipcu 2008 roku ramach Szczecin Music Fest zaśpiewała jako support jednej z najwybitniejszych wokalistek na świecie - Suzanne Vega. Udzielała się wokalnie w projektach innych artystów, pracowała m.in. z orkiestrą Kukla Band, orkiestrą Adama Sztaby, Krzysztofem Herdzinem, Mariuszem Bogdanowiczem, Anną Serafińską. Materiał na płytę Na mojej drodze  to połączenie akustycznego jazzu z elementami folku w zdecydowanej większości zawierający autorskie piosenki w języku polskim. Program został zaprezentowany m.in. podczas festiwalu „Jazz Forum Ci, na których liczymy” i spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem.  Ania Stępniewska - śpiew, Miłosz Wośko - fortepian, Maciek Szczyciński - kontrabas, Miłosz Pękala - instrumenty perkusyjne.

 

30 stycznia, piątek, 20.00 - VOO VOO. Wojciech Waglewski - gitary, banjo, śpiew, Mateusz Pospieszalski - saksofony, inst. klawiszowe, śpiew, Karim Martusewicz - gitara basowa,  Piotr Żyżelewicz - perkusja.

 

31 stycznia,  sobota, 20.30  - RGG  Trio. Jeden z ciekawszych zespołów młodej, polskiej sceny jazzowej utworzony przez absolwentów Akademii Muzycznej w Katowicach. RGG Trio ma na swym koncie wiele laurów na licznych festiwalach, m.in.: Bielskiej Zadymce Jazzowej, Pomorskiej Jesieni Jazzowej a także na renomowanym Internacionale Festiwal de Jazz de GETXO w Hiszpanii. Założenia estetyczno – wykonawcze RGG, obrazują słowa jednego z krytyków: „Istnieją różne sposoby traktowania klasycznego składu tria: fortepian, kontrabas, perkusja. Czasami pianista odgrywa w nim rolę wiodącą, pozostali muzycy pełnią zaś raczej rolę towarzyszącej sekcji (klasycznym przykładem jest tu trio Oscara Petersona). W innej koncepcji wszyscy trzej muzycy mają równy status, chociaż któryś z nich pełni rolę lidera, kogoś, kto nadaje charakter wykonywanej muzyce (na przykład różne tria Billa Evansa czy też "standard trio" Jarretta). Bywają w końcu i takie sposoby podejścia do grania w triu, w których cała koncepcja wspólnego grania wyrasta z interakcji wszystkich muzyków.  Tak jest właśnie w przypadku omawianej tu płyty tria RGG. Już sama nazwa tria (inicjały nazwisk muzyków) wskazuje na to, że muzycy traktują siebie jako równouprawnionych partnerów i wspólnie tworzą swoją muzykę. Świadczy też o tym fakt, że dziesięć z jedenastu zamieszczonych na płycie utworów jest autorstwa wszystkich trzech muzyków tria (…)” (red. Jarosław Merecki). Przemysław Raminiak – fortepian,   Maciej Garbowski – kontrabas, Krzysztof Gradziuk – perkusja .

 


 

W Poznaniu 20 stycznia odbyło się spotkanie informacyjne na temat wdrażania w Wielkopolsce ogólnopolskiego programu „Przeciwdziałanie poprzez sport agresji i patologii wśród dzieci i młodzieży. Na spotkanie przybyło ponad 150 przedstawicieli gmin, powiatów, oraz wielkopolskich szkół i uczniowskich klubów sportowych.

Podczas spotkania został podpisany List intencyjny określający zasady współpracy w ramach programu. List sygnowali  poseł Bożena Szydłowska – inicjator programu w Wielkopolsce, wojewoda wielkopolski Piotr Florek, Krystyna Poślednia – członek Zarządu Województwa Wielkopolskiego, oraz przewodniczący Stowarzyszenia Gmin i Powiatów Wielkopolskich Michał Chojara.

Wielkopolska jest pierwszym województwem, w którym program będzie realizowany. Do tej pory program pilotażowo  działał tylko w województwie warmińsko-mazurskim. Obecnie program wspiera: Minister Sportu i Turystyki, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Minister Edukacji Narodowej i Minister Zdrowia. Jego głównym celem jest zredukowanie agresji i patologii poprzez stworzenie możliwości udziału dzieci i młodzieży w różnych formach aktywności fizycznej, promocję zdrowego stylu życia, organizację imprez sportowych, zajęć pozalekcyjnych i pozaszkolnych, oraz dokształcanie nauczycieli WF i trenerów.

Kampania propagowania sportu jako sposobu przeciwdziałania agresji jest rozwinięciem programów: Orlik 2012, Razem Bezpieczniej oraz Bezpieczna i przyjazna szkoła. Program zakłada wykorzystanie środków z budżetu państwa oraz funduszy unijnych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Środki te pozwolą między innymi na stuprocentowe sfinansowanie zajęć pozalekcyjnych dla dzieci i młodzieży w wielkopolskich szkołach, oraz dofinansowanie w 85 % studiów podyplomowych dla kadry pedagogicznej i trenerów.

 Inf.:  Tomasz Stube, rzecznik prasowy wojewody wielkopolskiego



 

 

 

Muzyka klezmerska niesie w sobie moc łączenia ludzi, spajania serc i umysłów w wartość wspólnego przeżywania tego, co godne człowieczej miary – taka myśl wybrzmiała podczas koncertu Leopolda Kozłowskiego w Filharmonii Poznańskiej.

Ostatni autentyczny Klezmer Galicji – bo takim mianem określa się tego artystę, wraz z przyjaciółmi zagościł w Poznaniu w ramach XII edycji Dnia Judaizmu. Na zawsze będzie gościł w pamięci swoich słuchaczy. Ostatni klezmer Galicji nie wahał się pokazać, że pamięć jest pierwszą iskrą szacunku do narodowej przeszłości i tradycji. One zaś są ocalane w klezmerskiej muzyce, dla której – jak mówi Leopold Kozłowski, „warto żyć, aby być w niej, a ona we mnie!”. 

Koncert prowadził Jacek Cygan. Jego rola nie ograniczyła się do bycia konferansjerem. Ze scenicznym wyczuciem, jako tłumacz i autor tekstów piosenek, podsycał dramaturgię występów, obdzielał anegdotami oraz śpiewał. W pieśniach otwarli swoje dusze: Katarzyna Jamróz, Marta Bizoń, Renata Świerczyńska, Katarzyna Zielińska, Andrzej Róg. Każdy z artystów był nutą muzycznej opowieści o losach tego, wobec czego nie może być obojętnym ten, kto uważa siebie za dobrego człowieka: wiernej miłości, godnym życiu, istocie rozstań i powrotów. Rytm utworów wzmagał na fortepianie Leopold Kozłowski. Dźwięki, które wydobywał z instrumentu, nie były tylko zagranymi nutami, ale głosem tęsknoty za tym, co dobre i piękne. Akompaniowali mu Halina Jarczyk na skrzypcach i Wojciech Hołubowski na akordeonie.

 Słuchacze, za sprawą pieśni, przekonali się, że choć „tych miasteczek nie ma już”, to gdy się coś traci, „warto pięścią w stół uderzyć, czarną prawdę tak odmierzyć, jak ten Szmul, co na frak miarę brał”. Życie nie szyje przeżyć na miarę, nie zdradza w jakich tonacjach „śpiewać”. Bywa, że odbiera to, co ważne. Losy klezmerskiej muzyki i samego Leopolda Kozłowskiego uczą, jak nie rezygnować z ocalania tego, co wartościowe, aby pozostać „sobą”. Są dowodem, że chociaż źli ludzie potrafią odebrać rzeczy materialne, to tego, co duchowe, nie są w stanie zniszczyć. Przykładem tego jest muzyka klezmerska, która była i jest siłą ludzi o dobrych sercach.

 Przyszły do nas pieśni wędrowne, które odgadywały dusze w tonach „Joszke odjeżdża”; pieśni roztańczone jak „Hora, hora”; pieśni o tęsknocie, i wreszcie „pieśni – matki”, które próbując uciszyć lęk małych synów, nie bały się wierzyć, że przyjdzie hojny czas, w którym nie zabraknie „rodzynek z migdałami”, mogącymi być piękną metaforą tego, czego potrzebuje na co dzień każdy z nas. Klezmerska muzyka pamięta „Jehudit”, „Memento Moritz” i jeszcze wielu innych dobrych ludzi, których pamięć gra w jej sercu. Ta muzyka pokazuje, że powinniśmy być dla siebie braćmi, podać dłoń nadziei, bo nie wiadomo, z których oczu spadnie nowa „Ta jedna łza”.

Leopold Kozłowski mówi, że bycie klezmerem oznacza czuć się wyróżnionym. Jestem przekonany, że poznańska publiczność również czuła się wyróżniona. Miłośnicy klezmerskiej muzyki Leopolda Kozłowskiego wypełnili koncertową salę do ostatniego miejsca, siedząc nawet na scenie. Ich oklaski na stojąco, domagające się bisów, stały się dowodem, że potrzebowali muzyki prawdy i pojednania – muzyki, która łączy ludzi.

Dominik Górny

Fot. z archiwum Leopolda Kozłowskiego

 



sobota, 17 stycznia 2009

 Dwudziesta rocznica Porozumień Okrągłego Stołu (OS) wywołuje spory i kontrowersje, których rozpiętość waha się pomiędzy uznaniem OS za najważniejsze wydarzenie w tysiącletniej historii Polski – przedmiotu dumy i zadowolenia Polaków, którym przyszło żyć w tak cudownych czasach – do określenia tych Porozumień mianem nowej Targowicy, co dla wielu polskich patriotów na zawsze pozostanie symbolem hańby i zdrady narodowej. Warto w tym miejscu przypomnieć, że i Konfederacja Targowicka ani nie była, ani nie została osądzona jednoznacznie, o czym świadczy nie tylko fakt przystąpienia do niej samego Króla, ale chociażby tak szanowanej postaci polskiego Panteonu Narodowego, jak ks. Hugona Kołłątaja. Dzisiaj jednak o Targowicy wiemy prawie wszystko, natomiast OS otwiera przed nami cały gąszcz zagadek, na które wciąż nie znajdujemy odpowiedzi.

 

Pomimo upływu 20 lat nadal pozostaje tajemnicą, w jaki sposób dobierano uczestników historycznych rozmów Okrągłego Stołu, od których jakoby liczyć należy przywrócenie Polakom niepodległości i suwerenności? Pytanie to, naturalnie, dotyczy głównie tzw. strony opozycyjnej, bo jak tam strona rządowa kompletowała swoich delegatów, takiego zaciekawienia nie budzi. Ciekawe jest jednak, kto i jak kompletował przedstawicieli opozycji, bo, jak się okazuje, dobór ten rozstrzygnąć miał o tym, jak płynąć będzie nawa państwowa przez co najmniej kolejne dwa dziesięciolecia!

 

Leży przede mną książka, spisywana na gorąco, w przerwach między burzliwymi obradami: Okrągły stół – kto jest kim: Solidarność – opozycja, wydana przez Wydawnictwo MYŚL w 1989 roku. Książka zawiera biogramy 228 uczestników debat, ułożone alfabetycznie od Jacka Ambroziaka (już za chwilę posła i szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów) po Andrzeja Zolla (niebawem wiceprezesa Państwowej Komisji Wyborczej, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego i Rzecznika Praw Obywatelskich). Biogramy te zawierają imponującą prezentację ich dorobku obywatelskiego i nie pozostawiają wątpliwości, że wszyscy tam wymienieni to bohaterowie podziemnych i społecznikowskich zmagań z komuną, a zatem, z tego punktu widzenia, słusznie zostali wybrani na reprezentantów społeczeństwa. To prawda, ale prawdą jest także i to, że poza Okrągłym Stołem pozostały jeszcze liczniejsze grupy ludzi wcale nie mniej zasłużonych i patriotycznych, których jednak do stołu nie zaproszono? Kto i jak o tym decydował? Czasem, słuchając wypowiedzi, niektórych przynajmniej uczestników OS, można by odnieść wrażenie, że żadnej selekcji nie było, a każdy Polak-patriota, który tylko się zgłosił, dostawał od razu przepustkę na obrady! Coś na kształt gorączki złota: kto poszedł i znalazł, to jego, a kto nie znalazł, ten frajer i tylko do samego siebie i ślepego losu może mieć pretensje.

 

Moje pytanie jest o tyle zasadne, że społeczeństwo polskie – w odróżnieniu np. od Ukraińców, Czechów czy Rumunów – nie było społeczeństwem bezgłowym, lecz posiadało swoją własną elitę polityczną i obywatelską, która nie tylko rodziła się spontanicznie – jak w przypadku poszukiwaczy złota – ale została wybrana i to w wyborach powszechnie wówczas uznanych za demokratyczne i odpowiadające woli szerokich rzesz obywatelskich! Mam tu na myśli, oczywiście, I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność, który dokonał wyboru Komisji Krajowej Związku, jej Prezydium i Głównej Komisji Rewizyjnej. 107 członków liczyła KK, w tym 18 członków Prezydium, plus 21 członków Głównej Komisji Rewizyjnej. Razem 128 wybranych członków najwyższych władz „Solidarności”. Wszyscy ci ludzie uzyskali najpierw mandat zaufania w wyborach delegatów na Zjazd Krajowy, a więc nie na jakichś ulicznych wiecach czy zebranych ad hoc przypadkowych gremiach, lecz wśród załóg swoich zakładów pracy, a potem wyboru dokonał ponad tysiącosobowy Zjazd. Patrząc naiwnie, wydawałoby się, że Lech Wałęsa nie powinien mieć żadnego problemu z doborem towarzyszy do stołu negocjacyjnego: wystarczyłoby, gdyby zwołał członków KK i razem z nimi ustalił, jak ma wyglądać delegacja „Solidarności”? Nie wierzę, żeby w tamtych czasach, były jakieś kłopoty ze zwołaniem KK, chociażby do Częstochowy, a generał Kiszczak z pewnością nie byłby w stanie w tym przeszkodzić! (Po cóż, zresztą, miałby przeszkadzać, skoro był prawdziwym gołąbkiem pokoju, dążącym do zgody i porozumienia narodowego?).

 

Z jakiegoś powodu do tego nie doszło. Na ścianach więziennych cel pisaliśmy w stanie wojennym: Związek jest, Statut ma i nie ma o czym dyskutować. Podpisane: Lech Wałęsa. Hasło to wyznaczało kierunek naszej walki i mobilizowało do oporu. Lech Wałęsa jednak nigdy nie zgodził się na spotkanie z Komisją Krajową, przeciwnie, sam dezawuował mandaty związkowe, oświadczając publicznie: Nikt nie ma mandatu, jedna trzecia zdradziła, jedna trzecia wyjechała – ja sam nie mam mandatu! Ta generalizacja nie była usprawiedliwiona: wypadki stanu wojennego i historia podziemnego oporu wykazały, że większość związkowych przywódców zachowała się przyzwoicie i nie zawiodła zaufania. Ale gdyby nawet przyjąć za trafną ocenę Wałęsy, to jedna trzecia z 128 to 43, a tymczasem w Pałacu Namiestnikowskim znalazło się zaledwie 11: czterech członków Prezydium KK (Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk i Jacek Merkel); sześciu dalszych członków KK (Janusz Onyszkiewicz, Henryk Wujec, Bogdan Lis, Antoni Tokarczuk, Stefan Jurczak i Adam Stawikowski) oraz jeden członek GKR – doc. Adam Strzembosz. Jakby nie liczyć do rozmów przy OS nie zaproszono nawet jednego na dziesięciu z członków władz krajowych, innymi słowy: od udziału w OS odsunięto ponad 90% wybranych przywódców związkowych! Była to więc, w istocie, czystka, w ścisłym znaczeniu tego słowa! Ta czystka została zaraz potwierdzona w procesie rejestracyjnym nowego Związku Solidarność, jaki się odbył zaraz po zakończeniu obrad, a potem w kontraktowych wyborach do Sejmu 1989 roku.

 

Ludzie, którzy poświęcili swój czas i wysiłek, aby uczestniczyć w obradach OS zostali za swój trud sowicie wynagrodzeni. Ponad stu (102) z zasiadających przy OS, po stronie opozycyjnej zostali wkrótce posłami, senatorami, ministrami, ambasadorami, sekretarzami i podsekretarzami stanu, wojewodami, a dwóch zawędrowało nawet na fotel Prezydenta Państwa. Ponad trzydziestu z tej grupy osób miało w przyszłości łączyć po kilka takich stanowisk jednocześnie, pomijając już najróżniejsze dodatkowe beneficja. Taki np. Artur Balazs, nie tylko miał przyjemność być posłem przez cztery kadencje, senatorem i ministrem w trzech rządach, to jeszcze stał się znanym na Pomorzu posiadaczem ziemskim. Skromna ekonomistka z GUS nie tylko została posłem kolejnych kadencji, ale i podsekretarzem stanu w kolejnych rządach i w różnych ministerstwach, prezesując, dodatkowo, radom banków, fundacji, etc. etc. 

 

Kolejnych 67 uczestników OS objęło najróżniejsze prestiżowe i intratne posady, takie, przykładowo, jak sędziów Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu, prezesów i członków potężnych rad nadzorczych, banków, spółek giełdowych, prezesów radia i telewizji itp. Mam tu na myśli kariery takie, jak np. p. Jacka Woźniakowskiego, który z wydawcy „Znaku” przeszedł na fotel prezydenta Krakowa, Edmunda. Tołwińskiego, który z adiunkta Uniwersytetu Gdańskiego zamienił się w prezesa Banku Gdańskiego, Andrzeja Topińskiego, skromnego adiunkta w PAN, awansowanego na wiceprezesa NBP, prezesa PKO BP i prezesa Związku Banków Polskich, czy chociażby Jana Dworaka, skromnego polonistę, pisującego do niszowych pism, a późniejszego Prezesa TVP. Albo jeszcze skromniejszą anglistkę, Helenę Łuczywo, która wkrótce stała się jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych kobiet w Polsce!

 Jak więc widzimy, co najmniej 75% zasiadających przy OS opozycjonistów weszło w skład najściślejszej elity politycznej odrodzonego Państwa Polskiego, co oznacza, że OS okazał się być niezwykle skuteczną kuźnią kadr politycznych. Usprawiedliwia to moje pytanie: kim byli selekcjonerzy tych kadr i jakie metody wykrywania talentów politycznych zostały zastosowane?      Obrady OS ciągnęły się przez dwa miesiące, a prawie 500 uczestników wyprodukowało w tym czasie tony papieru, tysiące oświadczeń i deklaracji, raportów i projektów. Makulatura ta, praktycznie w całości, okazała się bezwartościowa. Tylko trzy kwestie o zasadniczym znaczeniu zostały tam rozstrzygnięte: (1) kto ma być pierwszym prezydentem RP; (2) jak ma wyglądać demokratycznie wybrany Sejm i (3) jak ma wyglądać odnowiona „Solidarność”. Niecałe 10% członków władz krajowych Związku dopuszczonych do uczestnictwa w obradach OS, stanowiło prefigurację nowej „Solidarności”. Zarejestrowany w kwietniu 1989 nowy Związek był już tylko bladym cieniem swego poprzednika. Sam Lech Wałęsa chwalił się w wywiadzie udzielonym włoskiemu dziennikowi „Il Messaggero”: "To ja podzieliłem Solidarność! I zawsze będę tworzył podziały, bo silny Związek byłby przeszkodą na drodze reform".

 

Przez 20 lat przeszliśmy długą drogę wałęsowskich reform. Bez wątpienia Polska dzisiaj wygląda inaczej niż 20 lat temu. Ulice naszych miast zatłoczone są autami, co drugi gmach to bank, a tak bardzo ongiś poszukiwany dolar amerykański nie wystarcza dzisiaj na filiżankę kawy. Upadły „Stocznia Gdańska”, „Pafawag”, „Ursus”, „Huta Lenina” – zakłady, z których wyszli Wałęsa, Frasyniuk, Bujak, Gil – główni solidarnościowi negocjatorzy w Magdalence. Ich byli pracownicy, zamiast do Warszawy, jeżdżą dziś do Brukseli, aby tam protestować i domagać się prawa do pracy i godziwego zarobku.

 

Czy dzięki tym reformom staliśmy się społeczeństwem bardziej obywatelskim, krajem, w którym obywatel jest traktowany jak podmiot, na którego usługach stoją media publiczne, a jego niezbywalnych prawa chroni państwo, sądy i prokuratury? Czy mamy dzisiaj więcej do powiedzenia w swoim państwie niż w państwie Gierka, Rakowskiego Gomułki?  

 Coraz więcej Polaków dochodzi do przekonania, że przy OS komuniści wykonali NUMER, jaki okazał się być żądłem, bardziej perfidnym i dokuczliwym niż to, jakie podziwialiśmy w filmie George’a Hilla, choć może tak bardzo nas nie śmieszy. Ukąszenie Okrągłego Stołu, zamiast nas pobudzić i zaktywizować, sparaliżowało naszą wolę budowy społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego, oddało nasz państwo w ręce pieczeniarzy i kompradorów.

 

Jak z tego wyjść? Jak sprawić, żeby decyzje o Polsce podejmowali ci, o których Konstytucja pisze, że są suwerenami, a nie zapadały gdzieś, nie wiadomo gdzie?

 

W sobotę, 17 stycznia, na konferencji: Polska pierwszej prędkości w Krakowie ma mieć główny referat wybitny stolarz, były poseł wielu kadencji, były szef URM, Jan Maria Rokita. Tytuł jego referatu: Jakiej ordynacji wyborczej Polacy potrzebują? Domyślamy się, że będzie mówił o potrzebie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. To bardzo dobrze i bardzo pięknie. Szkoda tylko, że ten temat nie pojawił się dwadzieścia lat temu, że straciliśmy tyle czasu. Miejmy nadzieję, że jeszcze uda się to odrobić.

 

Jerzy Przystawa

 Wrocław, 15 stycznia 2009