| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee”(nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu), Słonecznie Was witam i zapraszam do odwiedzin Salonów mojej gazety, życząc inspirującej i miłej lektury - Redaktor naczelna. Statystyki Gazety Autorskiej „IMPRESJee”. * Liczba wizyt: 6 653 960 ** Liczba wizyt z podstronami: 8 924 039. W Blox - Gazeta Autorska „IMPRESJee” na pierwszym miejscu popularności w kategorii: Media
czwartek, 10 listopada 2016

 

Cwałujących uskrzydleńców można znaleźć na ul. Św. Marcin w Poznaniu. Pewnie pędzą do Centrum Kultury  „Zamek” albo do auli UAM na koncert. Niewykluczone, że do któregoś z hoteli. Deszcz ponagla. To dobry jeździec…

Tekst i fot. Stefania Pruszyńska 


czwartek, 03 listopada 2016

 

W listopadzie i grudniu program spotkań w Klubie Literackim „Dąbrówka” przygotowany przez Jerzego Grupińskiego obejmuje 4 spotkania: 3 listopada, 15 listopada - z XI Turniejem Wierszy o „Pierścień Dąbrówki”, 6 grudnia i 15 grudnia  2016 – Wigilią klubową.  

 

3 XI 2016 o godz. 18.00 (czwartek, bistro „Cezar”) Jerzy B. Zimny prezentuje „Dinozaury” poznańskiej literatury: Piotr Bagiński, Andrzej Górny, Paweł Kuszczyński, Stanisław Neumert, Maciej Porzycki, Edward Popławski, Urszula Zybura.

15 XI 2016 o godz. 18.00 (wtorek, bistro „Cezar”) XI Turniej Wierszy o „Pierścień Dąbrówki”. Nagroda główna – rzeźba Kazimierza Rafalika. Jury przewodniczy Stefan Pastuszewski. Wyróżnienia – m.in. „Kielnia Tadeusza Stirmera” wręczana przez Edytę Kulczak, „Chleb dla Poety” – rzeźba Marioli Kalickiej, Liquor benedictinorum z apteki „Pod złotym lwem”. Poza decyzją jury liczne wyróżnienia: obrazy, obrazki, duże piwo od Antoniego i inne... Teksty do turnieju (jeden niepublikowany wiersz w 5 egz. A4) prosimy zgłaszać 16.30-17.30 w bistro. Każdy tekst prosimy opatrzeć adresem mailowym.

6 XII 2016 o godz. 18.00 (wtorek, sala konferencyjna). Krystyna Ratajczak – wiersze i obrazy. Quiz z nagrodami – czyj to tekst?

15 XII 2016 o godz. 18.00 (czwartek, bistro „Cezar”). Wieczór wigilijny Klubu Literackiego. Homilia Stanisława Adamkiewicza. Kolędy, piosenki, instrumentarium – Tomasz Kruczek. Mile widziane wiersze i Boże Dary na wigilijny stół.

Na spotkania w „Dąbrówce”, Poznań, os. Bolesława Chrobrego 117, zaprasza Jerzy Grupiński.

(ojm)

Ilustracja: Oazy myśli, Stefania Pruszyńska

 



wtorek, 01 listopada 2016

 

„[…] może pisanie krótkiego opowiadania jest snem na jawie? Że jest stanem granicznym między snem a jawą, to oczywiste: wystarczy zapytać chińskiego filozofa albo motyla” – Julio Cortázar

„Kto patrzy na zewnątrz, śni, kto patrzy do wewnątrz, budzi się” – Carl Jung

„[…] czy wszystko, co się zdarza człowiekowi, kiedy minie, nie jest niczym więcej niż tym, co widzimy w snach” – Baring Maurice

„Istotne jest to, że złe sny są o wiele lepsze od złych przebudzeń” – King Stephen

„Bądź co bądź jedyną wymierną nagrodą za przeżyty koszmar jest przebudzenie się ze świadomością, że był to tylko sen” – King Stephen

„Ludzie, którzy nie miewają snów, są martwi” – Irving John

„Nie umiesz oddzielić wspomnień i faktów od marzeń, lęków i snów. […] Jest w tobie nieład naszego świata, z którym większość z nas jakoś sobie radzi, ale ty nad tym nieładem nie panujesz. A zdrowie psychiczne to właśnie – zapanować nad nieładem świata i nieładem w sobie. Żyć w mroku, ale widzieć słońce” – Chwin Stefan

„Snem  twardym karmi się zmęczony, snem  jak bańka mydlana – strapiony, a  snem  bez snu – poeta” – Stefania Pruszyńska (2007 r.)


Cytaty wybrał: Jan Miłek

Ilustracja: Jawa i sen. Nowa Iluzjonistka, Stefania Pruszyńska


środa, 26 października 2016

Na najniższej półce  kulturalnego zaopatrzenia... W jednym z wielu marketów z manieryczną scenografią zdeklasowanych niecodziennego użytku. Pewnie książczyny... 

Artfot.: Stefania Pruszyńska



wtorek, 25 października 2016

 

 

Dzisiaj na Międzynarodowych Targach Poznańskich, świętujących w tym roku jubileusz 95-lecia,  otwarto wystawę  fotografii Elżbiety Orhon-Lerczak „Dajmy twarzom przemówić”.

Zbiór tych fotografii był tworzony przez Elżbietę Orhon-Lerczak w latach 1987-2003 − w ramach jej współpracy z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi.

Fotografie zaskakują  twarzami i sylwetkami gości wielu wydarzeń organizowanych tutaj w przestrzeni i budynkach targowych. Wśród nich  widnieją niepospolite a powszechnie znane twarze postaci zatrzymanych w obiektywie,  jak np.: Adama Hanuszkiewicza, Jerzego Antkowiaka… A spośród utytułowanych i koronowanych władców wyłania się  na nich księżna Matylda belgijska, będąca  obecnie królową Belgów, żoną króla Belgii Filipa I. 

„W czasach mojego dzieciństwa każdy mały poznaniak chciał mieć dwa obowiązkowe zdjęcia: jedno koło armaty przy schodach na Cytadelę, drugie – pod Iglicą pawilonu nr 11 na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jestem szczęśliwą posiadaczką obu tych fotografii, a jedna z nich dokumentuje mój pierwszy zapewne pobyt z rodzicami na terenach targowych we wrześniu 1962 roku. Nie przypuszczałam wówczas, że w roku 1987 rozpocznę – jako fotograf – współpracę z MTP, która potrwa do 2003 roku”   –  tak skomentowała  okoliczności tego wydarzenia Elżbieta Orhon-Lerczak.

Fotografie będą  prezentowane w holu wschodnim MTP do 4 grudnia. Wstęp na ekspozycję  jest bezpłatny.

Co nie mniej ważne, dostępność tej wystawy  dla publiczności wyznacza  czas trwania poszczególnych targów − w godzinach ich otwarcia. Poza okresem targowym, od wtorku do soboty, wystawę można zwiedzać w godzinach: 14.00-18.00.

Zachęcam wszystkich, którzy zaliczają siebie do elity koneserów ciekawych wydarzeń związanych z Poznaniem i jego wizytówką – Międzynarodowymi Targami Poznańskimi, do zwiedzenia tej ekspozycji i przyjrzenia się  także obrazowi targów, który zmieniał się i nieustannie ewoluuje, nabierając coraz to nowego wyrazu  nowoczesności i funkcjonalności z wieloma elementami zaskakującej estetyki. Organizatorzy zapraszają. 

Stefania Pruszyńska

Informacje źródłowe, plakat: MTP, Centrum Prasowe

Na plakacie: Adam Hanuszkiewicz (benefis Jerzego Antkowiaka − Targi Mody Wiosna 1994 r.), fot.: Elżbieta Orhon-Lerczak




niedziela, 23 października 2016

Temat wywołuję nie bez kozery, zadając pytania i prowokując swoimi przemyśleniami.  Proponuję na początek refleksję: Mój dom jest moją twierdzą? Warto nad tym przystanąć i pomyśleć.  I  rozejrzeć się dokoła. 

A samotność, izolacja  to los, przeznaczenie? Wynika z postawy człowieka wobec innych ludzi? Jest rezultatem postawy ludzi? A dlaczego jedni czują się samotni, a inni nie? Czy i kiedy wierzący w Boga lub niewierzący czują się samotni? Takie poczucie zależy od wiary bądź niewiary? Czy bycie samej, samemu to samotność? A samotność wśród ludzi − w pracy, w skupiskach ludzi, małżeństwie, rodzinie, w miłości? Jak i kiedy cierpimy  z powodu poczucia samotności?

Poczucie samotności generuje świadomość istnienia barier między ludźmi, barier − nie do pokonania? Dlaczego i kiedy poczucie samotności pcha ku niewierze w siebie samego, w swoje wartości? Jaki ma wpływ na ten stan niewiara w ludzi, w ich dobre uczucia, intencje, dobrą wolę?  A rozpaczliwe poczucie samotności to stan, z którego nie ma wyjścia? Kiedy, kogo i czy taka samotność może oskarżać o egoizm i okrucieństwo?

Temat ten wywołuję nie bez kozery, zadając pytania i prowokując swoimi przemyśleniami wyróżnionymi w tekście.  Proponuję na początek refleksję. Bo warto nad tym przystanąć i pomyśleć.  I  rozejrzeć się dokoła. Samotni żyją obok. Obok siebie również.

Wola dobroczynienia człowiekowi musi być wolą totalnego altruizmu?

Aby dobroczynienie było dobrem. Co można i trzeba uczynić, jeśli ma się możliwość uczynienia czegoś dobrego dla innych np. jako wolontariusz akcji społecznej pomocy bądź pracownik służb społecznych (w ramach struktur finansowanych ze środków publicznych),  a także w obrębie  rodziny, relacji przyjacielskich czy spontanicznie w reakcji na widzianą, znaną sytuację  potrzeb − aby to czynienie było autentycznym dobrem? By było dobrem również dla osoby czyniącej dobro, a nie skutkowało złem, stratą, niepowetowaną krzywdą dla niej. Nieproste, prawda?

Samo dobro nie jest podstępne. Płynie z najpiękniejszej mocy człowieka.  Zło zaś, niestety, potrafi  udawać dobro. O tym też warto pomyśleć.

„My home is my castle”. Dlaczego niektórzy a liczni nie wychodzą do ludzi, nie zapraszają przyjaciół i bliskich do siebie, niechętnie przyjmują zaproszenia? Są, rozczarowani, nie mają ochoty na goszczenie kogokolwiek, nie mają środków ani sił na goszczenie, wolą zachować swoje domostwo dla siebie? Są zajęci własnymi aktywnościami? Pragną ożywienia, impulsu, zachęty do wyjścia z domu, zainteresowania innych?  Czekają na znak, gest, telefon od innych? Są chorzy, mają stany depresji? Popadają w melancholię,  są załamani? A może chcą już tylko zasnąć?

Labirynt ludzkich doskonałości jest spleciony z labiryntem ludzkiej ułomności. Piękna z brzydotą

Nie ma schematów ani uniwersalnej diagnozy czy rady. Można przecież też myśleć: Ludzie sami decydują o tym, w jakim położeniu się znajdują. Także o takiej swojej samotności i osamotnianiu innych osób − swoją nieobecnością, brakiem inicjatywy. A może tylko − samowystarczalnością, potrzebą wyciszenia się, zajmowania się czymś, co wymaga bycia samemu?

Człowiek na pewno nie żyje na pustyni. Tylko wyjątkowo jako wędrowca  przemierza pustynię dosłownie. A może tak jednak odczuwa swoje położenie? Można zadać sobie pytanie: Dlaczego w takim razie odczytuje się tak niekiedy lub często własną sytuację, jakby wokół  była pustynia?

Starsi ludzie zwłaszcza bywają w potężnej opresji, gdy nie mogą się pogodzić ze stanem starzenia, swoją narastającą niedołężnością, której istnienie bywa  niekiedy rezultatem małej pracy nad sobą z powodu choćby niewiary w jej sens, tej z kolei uwarunkowanej raz niezależnymi okolicznościami, raz zależnymi od postawy wobec siebie, swojego zdrowia.

Niedoświadczanie miłości, sympatii w takim położeniu ma wiele barw niechęci osób, które same nie pragną w jakikolwiek sposób podtrzymywać znajomości czy okazywać komukolwiek swojego zainteresowania. To trudne sytuacje.

Gorzki chleb dajesz, taki sam otrzymasz. Ile w tym autentycznego chleba powszedniego, niestety − tego niejadalnego, gorzkiego, który dzisiaj podawany nie tylko takim samotnym i np. starszym czy starym ludziom, jutro może być podawany tym, którzy go  podawali wczoraj wielu innym.

Proste a dobre jest piękne i natychmiast działa

Nawet zrzędliwa, burkliwa, nieprzyjemna w zachowaniu osoba potrafi nagle się rozpromienić, gdy jej okazać miłym słowem, gestem dobrą wolę, serdeczność czy wspaniałomyślność, grzeczność i poświęcić trochę czasu na rozmowę, pomóc jej w czymś małym.

Nie trzeba się zrażać zbyt szybko. Odpowiedź na dobro przychodzi spontanicznie i  może zmienić niejedną postawę negatywną na bardzo pozytywną, nawet na tyle ciepłą w wyrazie, że jest ona zdolna  ponieść dalej ten ożywiający  impuls w kontaktach.

Bardzo silnie i młodzi, i starsi  reagują na różne przejawy starzenia czy utratę walorów osobistych, zdrowia, pogorszenie sytuacji egzystencjalnej. Kiedy przeżywa się obniżenie nastroju (np. z powodów także organicznych, w tym zaburzeń hormonalnych w wieku starszym), spadek kondycji, utratę swojej urody czy sytuacje złe, obiektywnie, a nie tylko subiektywnie dramatyczne − trudno o dobre relacje z innymi. W każdym wieku jest możliwa taka odmiana losu czy pojawienia się zmian niekorzystnych w życiu, zdrowiu, wyglądzie, sprawnościach…

Tymczasem można wiele uczynić dla przywrócenia dobrej sytuacji czy jej polepszenia, utrzymania dobrej kondycji, pogody ducha, podtrzymania uroku osobistego.

Oczywiście, jeśli nie ma przeszkód − łatwiej o to, co sprzyja stałemu komfortowi psychicznemu i znakomitemu samopoczuciu.

A co nam mówi przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, jeśli je uznajemy za ważne? Jak samą, samego siebie kocham? Jak jestem kochana, kochany? Czy umiem kochać w cierpieniu? Jak jestem kochana, kochany w cierpieniu? I gdzie te ręce i to serce chowam, zamiast je wyciągnąć do czekających na ich i moje ciepło? Jak okazujemy ludziom nasze serca, naszą serdeczność? Czy jesteśmy zrozumiani, chciani, szanowani, doceniani, gdy je im okazujemy? Jak przyjmujemy okazywanie serca, serdeczności? Jak rozmawiamy ze sobą? Jak pojmujemy wartości innych, ich talenty, prawa? Ich dokonania, starania i dążenia, pracę, zdobycze intelektualne, artystyczne… Potencjał i przeszkody.

Pytamy tych,  których spotykamy rzadziej, jak się mają, czym się zajmują, czym się interesują, czego pragną, o czym marzą, jakie mają plany?

A gdy traktujemy ludzi nazbyt służbowo, chłodno, nieprzyjaźnie, nie jesteśmy przypadkiem pancernikami – osobami uzbrojonymi w ochronne szaty?  Taka może być mowa również kompleksów, przyszarzająca jakość życia i dialogu, której źródła tkwią w doświadczaniu wielu niewłaściwych reakcji na siebie, doznawaniu krzywd, wrogich postaw,  niegodziwości – w odpowiedzi na to, co szlachetne, dobre.

W każdej relacji tryb komunikacji czy sposób okazywania grzeczności, uprzejmości jest przejawem kultury osobistej, lecz i rozumienia  roli  jej ram. Także mówią wtedy silnie osobowość każdego, emocje, uczucia, nastawienia…

A do czego prowadzą np.: skrótowość drylu urzędowego, niedostatki empatii lub jej brak, znikomość też woli ludzi do pokonywania sztampy, sztuczności…

Na gruncie zaburzeń w kontaktach międzyludzkich i doświadczeń, w których doznaje się niezrozumienia, niechęci czy wręcz nieprzyjazności,  jak przysłowiowe grzyby na deszczu wyrastają zahamowania, lęki i poczucie wyobcowania. Przekonania, że świat jest pełen złych ludzi i nie warto się zbliżać, dążyć do zawierania bliskich znajomości, niekonwencjonalnego dialogu. Zanika poczucie sensu okazywania własnej woli, poglądów, uczuć… To skrajne stany świadomości.  Jednym słowem, w końcu reakcje przypominają schorzenie, chorobę, bo tyle z tym wiąże się urazów psychicznych, duchowych. Tyle traum nawet może wyzwalać znajomość z kimś, kto sprawia nie tylko wrażenie, że ma wolę np. niszczenia ludzi, ich upokarzania, wykorzystywania czy manipulowania nimi. W niszczycielskich postawach tli się wiele zła − taką ocenę podpowiada instynkt samozachowawczy, który chroni przed destrukcją i zgodą na taką relację.

Motywy, postawy bywają różne. Nie zawsze intencje  są trafnie odczytywane. Zresztą też temu dobrze nie służy pseudodialog, skąpa wymiana zdań, opinii. To dialog pozorny, którego najtrudniejszą formą jest ten oparty li tylko na domysłach bądź jednostronnych komunikatach. Bo nie potrafimy czy nie chcemy rozmawiać, dyskutować, porozumiewać się i rozwijać się w dialogu?

Przekonanie: „Pochwal się” swoim dramatem albo sukcesem, a już jesteś skazany na ludzką niegodziwość − tylko dokłada kamieni

A trzeba wiedzieć wielu, że tylko  nieliczni niegodziwi szafują złem w reakcji na czyjąś dramatyczną sytuację. Na to błaganie nieme i to wyrażone słowami  złem odpowiadają ludzie okrutnicy, psychopaci, sadyści, skorzy do wykorzystywania nawet osób w opałach. Takich kwalifikuje się do uznania za niepożądanych w społecznościach.  Zło zawsze prędzej czy później się odsłania i jest zwalczane. By jego miejsce zajęło dobro. Taki porządek ludzkich spraw zawsze podtrzymywał i podtrzymuje rozwój społeczeństw, cywilizacji.

Dystans jest zdrowszy. Sprzyja wzajemnemu szacunkowi i rozwojowi dialogu i cennych wartości. Umiar nikogo nie razi, nie rani, nie krzywdzi. Ma jednak w sobie coś z maski ochronnej.

Japończycy mają ciekawy zwyczaj. Pytają: jak się ma pani, pana matka, 0jciec, a jak mąż, żona, siostra, brat, szwagier, zięć, dzieci, kuzynka, kuzyn, wuj, ciotka itd. Zapytani przez grzeczność o to samo (bo tego uczą swoją metodą), mają na wszystko odpowiedź afirmującą stan optymizmu dotyczący  rodziny: wspaniale, cudownie, znakomicie, bardzo dobrze, bez zmian − dobrze, zadowalająco… I podczas takiej rozmowy na ogół nie schodzi im z ust  słoneczny uśmiech i nie znikają wesołe iskierki w oczach.

Rozpacz. A kiedy płakaliśmy, rozpaczaliśmy z powodu poczucia osamotnienia, co stanowiło powód tej rozpaczy i tego stanu − rozłąka, rozczarowanie, nieodwzajemniona miłość niespełniona, doznane upokorzenia, tęsknota, nostalgia, poczucie odrzucenia, brak  z kimkolwiek wspólnoty idei, bycie samej, samemu w swoim domu?

Dzieci w piaskownicy. Są na ogół pod opieką dorosłych. A widać już w gromadce bawiących się pociech, że jedne  z nich uzgadniają ze sobą wspólną zabawę, wymianę łopatek, wiaderek, inne zaś pragną zastrzec tylko dla siebie jakąś część piaskownicy,  jeszcze inne zabierają zabawki mniej zdolnym do samoobrony. Te dzieci niezdolne do samoobrony, które w reakcji na zabraną im zabawkę jedynie płaczą i szukają pomocy opiekuna, przypominają obraz bezradnego dorosłego człowieka. Takim bywa samotny, chory, dobroduszny, ufny, naiwny, dobrze wychowany, wrażliwy. Jemu trudniej przychodzi zdobywać w życiu cokolwiek. Jest narażony na tych, którzy mu zabiorą, oszukają go, omamią, obśmieją, wyszydzą, zdradzą, wykorzystają.  Może wtedy post factum powoływać się na zasady, prawo itp.? Dlatego też nie można pozostawiać takich osób  samym sobie, gdy potrzebują wsparcia choćby zrozumieniem, obecnością, demonstracją, że nie są sami. To mówi nam etyka i zdolność do miłości, te głęboko w nas tkwiące moce dobroczynienia i niedozwalania na krzywdy. To właśnie te zdolności i moce wytworzyły prawo: humanitarne, pochylone nad człowiekiem i jego dobrami.

Samotność ma wiele imion i tyleż samo barw. Wiadomo, że doskwiera nie tylko brak obecności człowieka blisko, lecz  również brak rozmów, brak kontaktu, brak możliwości dzielenia się myślami, brak jakiegokolwiek sygnału od osoby, osób. Okazjonalne okazywanie pamięci bywa także tak odbierane, choć często mylnie, gdy kiedyś te kontakty były ożywione. A okazywana niechęć do kontaktów − to doprawdy bardzo  szczególny przejaw złych nastawień, relacji, wyobrażeń, nierzadko rezultat  wyjątkowo niedobrych doświadczeń, zranień, krzywd, niesprawiedliwości. Owocuje tak też  poczucie konieczności samoobrony.

 Tęsknota za człowiekiem ujawnia moc pragnienia wyjścia z samotności

Bez przejawów miłości, jej okazywania i bez tej nam okazywanej, doznawanej od innych, a zwłaszcza od osoby, którą wyróżniamy swoją miłością, przeżywamy dramat. Nie zawsze to okazujemy.

Towarzysz na co dzień. Wielu ludzi otwiera telewizor − i tam znajduje czyjeś życie, wieści o świecie. To jednak tylko napełnianie świadomości różnymi treściami, nie zaś prawdziwe własne życie.  Telemania bywa jedną z form niepokojących uzależnień w sytuacjach osób żyjących samotnie. Taka jedyna forma zainteresowania w ciągu dnia, polegająca na bierności…

Marzyć, kochać, być aktywnym, twórczym, kreatywnym, znaczy żyć pełniej. To jedna z podpowiedzi − antidotum na samotność. Pytania o samotność i jej uprzykrzenia gasną  jak niepyszne w odpowiedzi już na sam uśmiech…

Kwiaty a kwiaty.  Nieporównywalne jest podziwianie kwitnących bzów w reportażu telewizyjnym, na obrazie, fotografii − z dotykiem ich żywych, choćby w wazonie, a cóż dopiero w ogrodzie na bujnych krzewach, gdy rozsiewają ponętne aromaty i cieszą nie tylko  oczy, oczarowując swoimi barwami…

Stefania Pruszyńska



środa, 19 października 2016

 

 

Tegoroczna październikowa aura nie sprzyja rozwojowi grzybni w lasach Wielkopolski. W zielonej otulinie Obrzycka, miasta w województwie wielkopolskim (w latach 1975 – 1998 w województwie poznańskim), powiecie szamotulskim, położonego przy ujściu rzeki Samy do Warty, grzybów jadalnych nie było. Nawet niejadalne okazały się rzadkością. Na pociechę pozostał Adam Mickiewicz  z poetyckim opisem w „Panu Tadeuszu” pysznej bujnością obfitości dawnych borów.

Niedawna moja wyprawa do lasu koło Obrzycka, w którym pośród dominujących sosen wzrastają młodnikowe brzozowe i sosnowe zagajniki, dowiodła, że grzybów jadalnych tam darmo by szukać. Po drodze pojawiło się kilka blaszkowców kwalifikowanych jako niejadalne.

− Ani podgrzybków w sośninie, ani koźlaków w brzezinie. I sowy niedosiężne, tajemne… Osowiały? − myślałam, zawiedziona. Gołąbki i surojadki pewnie również poukrywane w owocnikach pod igliwiem czy mchami, których tutaj jest jeszcze sporo. Zielonki  we śnie w piaskach, a opieńki na pniach niewidzialne gołym okiem. Gdzież by tu marzyć o dorodnym borowiku, chociaż siedlisk przyjaznych temu szlachetnemu gatunkowi w tym miejscu nie brakuje. Na pociechę pozostał Adam Mickiewicz  z poetyckim opisem w „Panu Tadeuszu” pysznej bujnością obfitości dawnych borów.

Na fotografiach utrwaliłam za to urodę lasu i czerwonych muchomorów, znalezionych niemal cudem − taka posucha grzybowa, mimo nawilżonej niedawnymi deszczami ściółki… Wprawdzie internetowe atlasy grzybowych eldorado informowały o tym, że pokaźny wysyp  zaobserwowano gdzie indziej i dalej  − w okolicach Piły (miasto w województwie wielkopolskim, odleglejsze jednak od Poznania) czy w Krakowskiem,  lecz nie w pełni im dowierzałam. Widać było jednak, że o tej sytuacji miejscowi miłośnicy grzybnych łowów  mają pełne rozeznanie − w lesie ani żywej duszy, poza  dwiema paniami zażywającymi spaceru z pieskiem.

W tej podobrzyckiej leśnej krainie, w której do woli  można się rozkoszować czystym powietrzem nasyconym aromatami, specyficznymi dla każdej pory roku, swoiście powabnymi jesienią,  nie mniej niż całkowity brak grzybów jadalnych zaskoczył mnie tutejszy zwyczaj zawiadamiania − na kartce przyklejonej na brzozie rosnącej tuż przy szosie.  Elektrownia użyła − i pewnie nie od dziś  używa − tego sposobu do zakomunikowania mieszkańcom przyleśnych siedzib, kiedy  nastąpią przerwy w dostawie prądu.

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska



Magia ochronna towarzyszyła naszym przodkom w każdej dziedzinie życia, od narodzenia aż do śmierci. Świadczą o tym odkrywane przez archeologów amulety, kości i inne przedmioty, znajdowane w fundamentach domów, wałów czy na cmentarzach słowiańskich – przekonuje archeolog, dr Joanna Wawrzeniuk.

„Dawny, magiczny sposób myślenia,  ma wiele wspólnego ze zjawiskiem określanym przez jako religijność typu ludowego. Mimo postępów chrystianizacji ślady dawnych wierzeń Słowian wplecione zostały trwale w religijny cykl obrzędowy, które obecne były jeszcze do niedawna w społecznościach wiejskich, obecne są również w zjawisku określanym jako urok” –wyjaśnia w rozmowie z PAP dr Joanna Wawrzeniuk z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, która przyjrzała się duchowości Słowian zamieszkujących obecnie tereny Polski od VII do XIII w.

Wszechobecny strach był głównym motorem działań o charakterze ochronnym – przekonuje badaczka. Stąd Słowianie powszechnie stosowali różnorodne zabiegi związane z magią ochronną, określaną jako apotropaizm.

„Zaskoczyło mnie to, że czynności apotropaiczne towarzyszyły Słowianom przez całe życie – od narodzin aż do śmierci przy każdej mniej lub bardziej ważnej uroczystości związanej z obrzędowością rodzinną i doroczną. Działania apotropeiczne stosowano również w codziennych czynnościach domowych i rzemieślniczych”  mówi dr Wawrzeniuk.

Przed różnymi formami zła chronić miały specjalnie przygotowane amulety, ale w zasadzie każdy przedmiot odpowiednio spreparowany i przygotowany mógł pełnić tę funkcje –  zaznacza archeolog.

Amulety miały chronić ludzi. Natomiast w obrębie domostw, bądź pod nimi Słowianie składali ofiary zakładzinowe. „Były one wyrazem troski o przyszły dom i jego mieszkańców” – mówi archeolog.

Z dzisiejszego punktu widzenia ofiary te mogą jednak zaskakiwać. Przykładowo w Gdańsku pod podłogą domu mieszkalnego złożono szkielet niemowlęcia lub przedwcześnie urodzonego dziecka. W innych przypadkach archeolodzy odkrywali same czaszki ludzkie lub zwierzęce. Możliwości udobruchania złych demonów było sporo – wynika z badań dr Wawrzeniuk, bo czasem pod posadzką archeolodzy odkrywają naczynia, które – jak przypuszczają – pierwotnie wypełnione były pokarmem. Ten przeznaczony miał być dla demonów, tak by nie niepokoiły mieszkańców chaty.

„Apotropaiczne skutki można było osiągnąć jedynie po wypowiedzeniu stosownych zaklęć przed odpowiednią osobę we właściwym czasie” – zaznacza dr Wawrzeniuk. Mogli być to kapłani, czarownicy lub wróże.

Po śmierci niebezpieczeństwo dla żywych stanowił zmarły i jego duch. Przed nim chroniono się składając ofiary na grobie w sposób cykliczny – dzięki temu zmarły nie miał powodu, by szkodzić krewnym. Badaczka zaznacza jednak, że śmierć zaczynała się wcześniej - jeszcze przed fizycznym zgonem. Z danych etnograficznych wynika, że wierzono w zwiastuny śmierci w postaci m.in. wycie psa z pyskiem skierowanym w dół czy niewytłumaczalne odgłosy w domu.

Początkowo Słowianie praktykowali ciałopalenie. Z czasem odeszli od tego zwyczaju na rzecz inhumacji – do X do XI w. na terenie obecnej Polski, pod wpływem postępującej chrystianizacji, praktykowano oba rytuały.

Spopielonych zmarłych składano w kurhanach. „Konstrukcjom kamiennym i drewnianym przypisywano funkcję magiczną, ponieważ stanowiły symboliczne zamknięcie grobu, a tym samym odgradzały zmarłego od świata żywych, chroniły przed dostępem złych mocy, stanowiąc skuteczną do ich izolację” – przekonuje ekspertka. Z czasem, wraz z coraz większymi wpływami chrześcijaństwa zmarłych zaczęto składać na płaskich cmentarzach. Długo pozostał jednak zwyczaj obudowywania grobów, czy to drewnem czy kamieniami – w ten sposób chciano odizolować zmarłego od świata żywych, w obawie przed ich powrotem do świata żywych. W grobach – podobnie jak we wcześniejszych wiekach – wraz z zmarłym umieszczano amulety.

Przestrzeń to kolejna kategoria, którą Słowianie bardzo chcieli zrozumieć i okiełznać, czego dawali swój wyraz w działaniach magicznych. „Potwierdzeniem tego były stosowane we wczesnym średniowieczu ofiary pod wałami grodów. Podobne zabiegi stosowano też na skrzyżowaniach dróg, na granicy osady czy pól” – wylicza dr Wawrzeniuk.

Dr Joanna Wawrzeniuk przyjrzała się jednemu z aspektów myślenia magicznego, korzystając z różnorodnych źródeł – danych płynących z wykopalisk, które zestawiła z treścią kronik i kazań z epoki. Skorzystała też z opracowań etnograficznych z k. XIX i pocz. XX w. Swoje wnioski opublikowała w książce „Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich”, która ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

szz/ agt/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce - www.naukawpolsce.pap.pl



wtorek, 18 października 2016

„Myślę o sobie przede wszystkim jako o poecie, dopiero później muzyku. Żyłem jak poeta i umrę jak poeta” powiedział  Bob Dylan w jednym z wywiadów i powtórzył to kilkakrotnie. Teraz wiele się  pisze i mówi o milczeniu Boba Dylana  po przyznaniu jemu przez Szwedzką Akademię literackiej Nagrody Nobla. To milczenie jest przyjmowane z wielkim zastanowieniem czy raczej zdziwieniem.  

Artysta nie podejmuje kontaktu,  unika mediów, ani słowem nie wspomniał o nagrodzie  podczas ubiegłoczwartkowego koncertu w Las Vegas, gdy wiadomość o nagrodzie mogła być mu już znana. W Szwedzkiej Akademii szok nie mija, bowiem nadal  jej przedstawiciel  Per Waestberg  i  sekretarz  Sara Danius  nie zdołali pokonać muru, za którym ukrył się Dylan. Ledwie co nadkruszyli  go kontaktem z menedżerem artysty.  

Spekulacje nad  postawą  Boba Dylana, a właściwie Roberta Allena Zimmermana (gdyż pod takim imieniem i nazwiskiem odnotowano jego urodziny)    ignoruje Nagrodę Nobla, a może  reaguje  w tak swoisty sposób  wieńczy  na razie  domniemanie, że jednak 10 grudnia odbierze ją podczas uroczystej gali, bowiem nie złożył  dotąd żadnego oświadczenia  o  odmowie przyjęcia tego lauru.  

Życzenia złożył artyście   prezydent Barack Obama. W oficjalnej witrynie Boba Dylana także nadal  panuje cisza o laurze noblowskim.  Na tłumnie zaś wizytowanych przez zaciekawionych czy miłośników jego sztuki dwóch portalach społecznościowych  aż roi się od gratulacji. To sygnały nadal słane jedynie w jedną stronę.  Administrator jednego z tych portali udostępnił  natomiast gratulacje prezydenta Baracka Obamy  dla Boba Dylana.

Najświeższa nowina – o sprzedaży dorobku Boba Dylana. Na  Facebooku na stronie The Bob Dylan archive” dzisiaj znalazłam post z publikacją z „New York Post” z 16 października pt. „Meet the Man in charge of Bob Dylan treasure trove”. Autor tego  doniesienia prasowego Christy Smith-Sloman ujawnia, że w marcu tego roku składający się z 6000  części  dorobek artystyczny Boba Dylana (liryczne rękopisy, notebooki, szpule filmowe, korespondencja i inne) został zakupiony od niego przez University of Tulsa i George Kaiser Family Foundation za nieujawnioną sumę. Nadzoruje tę kolekcję od maja br. Michael Chaiken, zapalony fan Boba Dylana. W publikacji wspomina się, że przekazane pod nadzór Chaikena dobra artystyczne zostały najpierw umieszczone w komorze lodowej w temperaturze minus 2o stopni Celsjusza, by je  odkazić   dla lepszej ich ochrony przed zniszczeniami wywoływanymi przez mikroby.

Stefania Pruszyńska