Nr 2190 w Rejestrze Prasy SO w Poznaniu. Od maja 2007 r.
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Szanowni P.T. Czytelnicy Gazety Autorskiej „IMPRESJee”(nr 2190 w Rejestrze Prasy w SO w Poznaniu), Słonecznie Was zapraszam do odwiedzin Salonów mojej gazety, życząc inspirującej i miłej lektury - Redaktor naczelna. Statystyki wizyt w Gazecie Autorskiej „IMPRESJee”, wg danych podawanych przez Blox * Liczba wizyt w Gazecie Autorskiej IMPRESJee: 6 800 314 * Liczba wizyt w gazecie i podstronach: 9 114 418. W Blox na TOP 1000 Gazeta Autorska „IMPRESJee” na pierwszym miejscu popularności w kategorii: Media.

*SALON: ODKRYWCY, BADACZE, INNOWATORZY W NAUCE POLSKIEJ I NA ŚWIECIE

niedziela, 15 października 2017

Grupa naukowców m.in. z Białegostoku ma przygotować „Słownik polskiej terminologii prawosławnej”, który może zawierać nawet ponad 50 tys. haseł. W ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki na realizację tego 5-letniego projektu otrzymali 1,1 mln zł.

Badania będą prowadzili m.in. naukowcy z Uniwersytetu w Białymstoku, gdzie od 1999 roku działa Katedra Teologii Prawosławnej. To jedyna w kraju taka placówka akademicka. Zajmuje się międzywydziałową działalnością dydaktyczną, pracą naukową i wydawniczą.

Kierownik tej katedry ks. dr hab. Marek Ławreszuk, który również jest wśród osób realizujących projekt, przypomniał w rozmowie z PAP, że polska Cerkiew liturgicznie wykorzystuje język cerkiewnosłowiański, choć coraz częściej pojawiają się teksty czy księgi liturgiczne tłumaczone na język polski.

Dodał, że w trakcie tych tłumaczeń okazało się, że cerkiewnosłowiański ma tyle subtelności, iż jego przekład na język polski sprawia problemy, do tego tłumaczenia – przygotowywane na bieżące potrzeby  –  nie są ujednolicone.

„Więc często ten sam termin cerkiewnosłowiański, w różnych tłumaczeniach, przyjmuje różne znaczenie w języku polskim. Dlatego, przed podjęciem jakichkolwiek nowych tłumaczeń, trzeba byłoby przede wszystkim uporządkować podstawy, czyli zasady” – zaznaczył ks. Ławreszuk. Dodał, że prace nad tymi zasadami terminologii prawosławnej już trwają.

Projekt pod nazwą „Słownik polskiej terminologii prawosławnej” ma realizować dwa cele: pierwszy, to odnalezienie polskich odpowiedników terminów cerkiewnosłowiańskich oraz greckich wykorzystywanych w liturgii polskiej Cerkwi, zaś drugi  wzbogacenie polszczyzny, np. o terminy, które funkcjonowały w języku staropolskim i zostały zapomniane. „A wydaje się, że obecnie mogłyby wrócić dla określeń pewnych terminów związanych z tradycją prawosławną” –  powiedział ks. Ławreszuk.

Zwrócił uwagę, iż klasyczny, pochodzący z początku XIX wieku, rosyjski słownik języka cerkiewnosłowiańskiego, miał ponad 50 tys. haseł. W jego ocenie, polski słownik również będzie wymagał opisania tylu terminów. Grupę badawczą tworzy dziewięć osób, m.in. specjaliści, którzy już tworzyli słowniki religijne lub współczesnej polszczyzny.

Projekt otrzymał grant w ramach konkursu ministerstwa nauki „Dziedzictwo narodowe”, na projekty badawcze o najwyższej wartości dla polskiej humanistyki oraz kultury narodowej.

Wsparcie miały szanse uzyskać projekty o charakterze dokumentacyjnym, źródłowym, translatorskim i słownikowym oraz stanowiące podstawy prac badawczych w humanistyce, obejmujących badania nad dziedzictwem narodowym.

Do konkursu złożono blisko ćwierć tysiąca wniosków; Rada Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki wybrała 28 najlepszych. Otrzymają one w sumie blisko 31 mln zł. Z Uniwersytetu w Białymstoku, oprócz badań nad słownikiem, zakwalifikował się projekt naukowców z wydziału historyczno-socjologicznego, dotyczący akt synodów Jednoty Litewskiej.

 PAP - Nauka w Polsce

 rof/ swi/ bos/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl




poniedziałek, 09 października 2017

Tegoroczną Nagrodą Nobla z chemii podzielili się Jacques Dubochet, Joachim Frank i Richard Henderson, dzięki którym nauka zyskała nowe narzędzie badawcze – mikroskopię krioelektronową. Pozwala ona badać z dużą rozdzielczością strukturę cząsteczek biologicznych w roztworze, uprzednio zamrożonych w temperaturze ciekłego azotu.

Królewska Szwedzka Akademia Nauk doceniła ich  jak uzasadniono w środę podczas konferencji w Sztokholmie – „za prace nad metodą mikroskopii krioelektronowej, pozwalającej na określanie w wysokiej rozdzielczości struktury biocząsteczek w roztworach”.

Mówi się, że jeden obraz wart jest tysiąc słów. Mikroskop, teleskop, promieniowanie rentgenowskie, mikroskop elektronowy, ultrasonografia, rezonans magnetyczny – pozwoliły dostrzec to, co wcześniej było niedostrzegalne i miały przełomowe znaczenie zarówno dla nauki teoretycznej, jak i stosowanej. Ukazały niewidoczne dla ludzkiego obiekty i zjawiska, których istnienia i natury wcześniej można się było tylko domyślać.

Mikroskopia krioelektronowa obrazuje maleńkie cząsteczki biologiczne lepiej i prościej. Umożliwia oglądanie kluczowych dla naszego życia białek z rozdzielczością pozwalającą dostrzec poszczególne atomy. Pozwala zobaczyć białka w ich naturalnym środowisku, a także badać ich interakcje zachodzące bezpośrednio w komórkach. Wcześniej badanie tych białek opierało się na mającej niską rozdzielczość mikroskopii świetlnej – albo na technikach polegających na uprzednim usunięciu białek z ich naturalnego środowiska.

Tradycyjna mikroskopia elektronowa pozwala osiągnąć znacznie wyższą rozdzielczość, niż mikroskop świetlny, ale wymaga kłopotliwych zabiegów: próbkę trzeba poddać działaniu toksycznych związków chemicznych lub pokryć ją cieniutką warstwą metalu, na przykład złota. Takie czynności niszczą jednak naturalne struktury. Także sama wiązka elektronów działa niszcząco na białka czy wirusy. Dlatego na biochemicznych mapach wciąż pozostawały białe plamy – niektórych białek nie udawało się zobrazować.

Mikroskopia krioelektronowa nie wymaga tak kłopotliwych zabiegów przygotowawczych. Badane próbki są zamrażane za pomocą etanu, schłodzonego przy pomocy ciekłego azotu, a następnie oglądane w wysokiej próżni za pomocą mikroskopu elektronowego (obraz tworzony jest przy użycia komputera). Możliwe jest zamrożenie białek „na gorącym uczynku” i dostrzeżenie procesów wcześniej niewidzianych. Ma to ogromne znaczenie nie tylko dla zrozumienia procesów życiowych, ale i opracowania nowych leków.

Joachim Frank – jeden z tegorocznych noblistów – rozwinął technikę mikroskopii elektronowej, rozszerzając jej zastosowanie. Pomiędzy rokiem 1975 a 1986 opracował metodę obróbki obrazu, która dzięki analizie rozmytych, dwuwymiarowych obrazów z mikroskopu elektronowego pozwoliła uzyskać ostry obraz trójwymiarowy, o wyjątkowo dużej głębi ostrości.

Drugi z noblistów: Jacques Dubochet rozwiązał problem wody. Próżnia panująca w mikroskopie elektronowym sprawia, że woda odparowuje, a pozbawione jej wsparcia cząstki biologiczne ulegają zniekształceniu. Na początku lat 80. XX wieku Dubochetowi udało się zeszklić (zwitryfikować wodę) – ochłodzić ją tak szybko, że stała się szklistym ciałem stałym, co pozwoliło cząsteczkom biologicznym zachować naturalny kształt.

W roku 1990 Richard Henderson – trzeci nagrodzony Noblem – po raz pierwszy dzięki mikroskopowi elektronowemu uzyskał trójwymiarowy obraz białka, mający rozdzielczość sięgającą atomów.

Wprowadzane z czasem udoskonalenia sprawiły, że obecnie badacze, analizując komputerowo obrazy wielu identycznych cząsteczek biologicznych, rutynowo tworzą obrazy trójwymiarowej struktury takiej cząsteczki – od białek pozwalających bakteriom uniknąć działania antybiotyku po szczegóły budowy powierzchni wirusa Zika. Rozwój biochemii uległ ogromnemu przyspieszeniu.

(PAP)

Autor: Paweł Wernicki

Edytor: Anna Ślązak

 Nauka  w Polsce

pmw/ zan/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl




czwartek, 24 sierpnia 2017

Debaty oksfordzkie, w których mówcy nie mogą się wzajemnie obrażać, stają się w Polsce coraz popularniejsze – mówi jeden z propagatorów tego rodzaju rozmowy Łukasz Słoniowski. Zwraca też uwagę na walory edukacyjne debaty oksfordzkiej.

Debaty oksfordzkie pojawiły się w Polsce na pocz. lat 90. XX w. za sprawą prof. Zbigniewa Pełczyńskiego i Szkoły Liderów. Z czasem zaczęło powstawać coraz więcej organizacji, zajmujących się przygotowaniem debat na wzór tych pochodzących z Uniwersytetu Oksfordzkiego.

W debacie oksfordzkiej mówcy, pod przewodnictwem marszałka, dyskutują nad postawioną tezą. Po prawej stronie marszałka siedzą obrońcy tezy, po lewej jej przeciwnicy. Rozmowa odbywa się bez wzajemnego obrażania się. Na końcu obecni poprzez głosowanie przyznają rację jednej ze stron lub wybierają najlepszego mówcę.

Łukasz Słoniowski, twórca projektu Szkoła Debaty podkreślił, że debaty oksfordzkie są coraz popularniejsze szczególnie w Małopolsce. Jako przykład wskazał dwa ogólnopolskie wydarzenia: Mistrzostwa Polski Debat Oksfordzkich w Poznaniu i Akademickie Mistrzostwa Polski Debat Oksfordzkich w Krakowie.

W tym roku w I Akademickich Mistrzostwach Polski Debat Oksfordzkich (11-14 maja Kraków) wzięły udział 52 drużyny z 22 uczelni wyższych z 13 województw. Łącznie 220 mówców broniło i obalało tezy. „W ciągu tygodnia po ogłoszeniu na uniwersytetach informacji o mistrzostwach, zgłosiło się do nas 30 kół naukowych” powiedział PAP Paweł Nowak, prezes Krakowskiego Stowarzyszenia Mówców, które organizuje akademickie mistrzostwa debat oksfordzkich.

Według jego szacunków w planowanych na przyszły rok II Akademickich Mistrzostwach Polski Debat Oksfordzkich weźmie udział dwa razy więcej mówców, niż w tym roku.

O tym, że w Małopolsce szczególnie chętnie się debatuje, świadczą też wyniki Małopolan w mistrzostwach Polski w Poznaniu. Na pięć zorganizowanych edycji tytuł wędrował do szkół małopolskich: w 2013 r. do II LO w Krakowie, w 2014 do II LO w Tarnowie, w 2015 do V LO w Krakowie, w 2017 do VI LO w Krakowie.

Krakowska Szkoła Debaty to - jak podają jej twórcy najstarszy i nieprzerwanie działający w Polsce projekt skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych, dający młodzieży możliwość udziału w debatach oksfordzkich. Projekt, nad którym czuwa III Społeczne Liceum im. J. Słowackiego, działa od 2003 r. Z kolei członkowie Krakowskiego Stowarzyszenia Mówców tworzą koła debat, wewnętrzne turnieje i dyskusje w 60 szkołach uczestniczących w projekcie.

Debaty oksfordzkie uczą nie tylko kulturalnej polemiki, ale i pokazują, że każdy problem ma co najmniej dwie płaszczyzny. Debaty uczą pewności siebie, komunikacji interpersonalnej, umiejętności budowania argumentacji i dają odwagę, by publicznie artykułować swoje myśli.

PAP - Nauka w Polsce

bko/ zan/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl




wtorek, 08 sierpnia 2017

 

 

[...] w lasach chronionych i cennych przyrodniczo martwe drewno jest kluczowe dla gatunków rzadkich i umożliwia ich funkcjonowanie, nawet jeśli drzewa zostały połamane lub uschły. Ich uprzątanie jest najczęściej sprzeczne z potrzebami ochrony przyrody. Przykładem jest tu wycinanie suchych świerków w Puszczy Białowieskiej” – mówi dr Michał Żmihorski ze Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego w Uppsali

Usuwanie martwego drewna z lasu po pożarze, wichurze bądź ataku szkodników sprawia, że maleje liczba gatunków, m.in. ptaków, płazów, drobnych ssaków, owadów, mchów i porostów. Potwierdziły to analizy danych z całego świata, prowadzone z udziałem Polaków.

„W ekosystemach leśnych zdarzają się katastrofy – huragany, pożary, gradacje szkodników. Zawsze tak było, bo to naturalne zjawiska i nie są zagrożeniem dla lasu”  mówi w rozmowie z PAP jeden z autorów publikacji w „Journal of Applied Ecology” (10.1111/1365-2664.12945), dr Michał Żmihorski ze Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego w Uppsali.

I zaznacza, że z przyrodniczego punktu widzenia takie katastrofy nie są na ogół problemem. „Silny wiatr może zrzucić ptasie gniazdo lub przerzedzić las, ale ekosystem jako całość jest stabilny i szybko się regeneruje. Problemem są natomiast działania zarządców lasu, w Polsce leśników, którzy są przekonani, że muszą interweniować, by pomóc w regeneracji lasu. Najczęściej zaczynają oni szybko usuwać martwe drewno i wprowadzać sztuczne odnowienie drzewostanu. Co ważne, podejmują oni takie interwencje również w lasach chronionych, wyłączonych z gospodarczego użytkowania, np. w rezerwatach, jak ostatnio w rezerwacie  »Jałówka« niedaleko Białegostoku” powiedział.

Naukowcy chcieli sprawdzić, jak takie ingerencje „uprzątanie” martwego drewna przez ludzi może wpływać na leśne organizmy, m.in. porosty, mszaki, rośliny naczyniowe, owady, pajęczaki, gady, ptaki, nietoperze, gryzonie i inne. Kierowany przez Simona Thorna z Julius-Maximilians-University Wurzburg w Niemczech zespół 29 naukowców z USA, Kanady, Niemiec, Hiszpanii, Szwajcarii, Korei Południowej, Polski, Austrii i Australii przenalizował niemal 240 wcześniejszych publikacji naukowych z całego świata, dotyczących usuwania drzew z lasów po naturalnych katastrofach.

Uwzględnione w tych badaniach lasy były traktowane dwojako: pozostawiane samym sobie   albo też ludzie usuwali zalegające w nich martwe drewno. Analizując wcześniejsze wyniki badań naukowcy skupili się na lasach, w których skala zniszczeń spowodowanych przez żywioł była ogromna dotknęła ponad 75 proc. drzew.

Okazało się, że sprzątanie lasu po zaburzeniu silnie wpływa na wiele grup organizmów leśnych. „Skład gatunkowy tych grup się zmienia: gatunki typowo leśne, np. te związane z martwym drewnem, wycofują się z miejsc objętych zabiegami uprzątania martwego drewna. Na ich miejsce pojawiają się za to gatunki typowe dla terenów otwartych. Zabiegi uprzątania martwego drewna są zatem istotnym przekształceniem ekosystemu leśnego w kierunku środowisk otwartych. Choć zarządzający lasem chcą przyspieszyć regenerację lasu po zaburzeniu  to skutki ich działań są odwrotne: opóźniają regenerację i pogarszają sytuację gatunków typowo leśnych”    mówi Michał Żmihorski.

Wyniki analiz są jednoznaczne: usuwanie martwego drewna z lasu powoduje wśród leśnych gatunków zmiany w skali stanowiącej ekologiczny odpowiednik małej rewolucji. Tam, gdzie człowiek „uprzątnął” las po naturalnej katastrofie, mniej jest gatunków mchów i porostów, ptaków, grzybów i chrząszczy saproksylicznych  czyli związanych z martwym drewnem, a także skoczogonków żyjących w glebie i ściółce maleńkich, ale niezwykle licznych zwierząt blisko spokrewnionych z owadami.

Do gatunków, którym usunięcie martwego drewna i „otwarcie” przestrzeni sprzyja należą niektóre gatunki ślimaków, pająków i chrząszczy. Po wycięciu lub wywiezieniu drzew z reguły ich przybywa.

Naukowcy przewidują, że z powodu zmian klimatycznych katastrofy naturalne w lasach pożary, huragany i gradacje szkodników mogą się stać coraz częstsze. „Dlatego powinniśmy skutecznie nimi zarządzać, aby pozyskiwać surowiec ale też chronić bioróżnorodność” – podkreśla dr Żmihorski.

I zaznacza, że „obecnie rozumiemy funkcjonowanie lasu znacznie lepiej, niż 50 lat temu  dlatego powinniśmy zaktualizować zasady jego użytkowania (...). Takie uprzątanie lasu jest bardzo drogie, więc jeśli dodatkowo nie przynosi zamierzonych efektów, powinniśmy z niego zrezygnować – dlaczego podatnik ma finansować zabiegi, które nie przynoszą efektów?”.

Przedstawione w „Journal of Applied Ecology” wnioski oznaczają co innego w kontekście lasu gospodarczego, a co innego – lasu o cechach naturalnych, gdzie powalone kłody w rzeczywistości tętnią życiem: stanowią miejsce rozwoju tysięcy organizmów i dostarczają im pożywienia oraz schronienia.

„W lesie gospodarczym właściciel chce zmniejszyć straty ekonomiczne po zaburzeniu i odzyskać przynajmniej część surowca. Naturalne jest zatem, że pozyskuje przewrócone drzewa. Natomiast w lasach chronionych i cennych przyrodniczo martwe drewno jest kluczowe dla gatunków rzadkich i umożliwia ich funkcjonowanie, nawet jeśli drzewa zostały połamane lub uschły. Ich uprzątanie jest najczęściej sprzeczne z potrzebami ochrony przyrody. Przykładem jest tu wycinanie suchych świerków w Puszczy Białowieskiej” – mówi ekolog z Uniwersytetu Uppsali.

Według autorów publikacji, obowiązujące dotychczas zasady bezwarunkowego uprzątania powierzchni zaburzonych w lasach wymagają weryfikacji. Takie zabiegi nie są niezbędne, a w lasach szczególnie cennych przyrodniczo są wręcz szkodliwe.

 Anna Ślązak, PAP - Nauka w Polsce

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl


Michał Żmihorski, doktor biologii, naukowo zajmuje się ochroną przyrody w lasach. Jest pracownikiem szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego w Uppsali  i  krakowskiego Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk. 


Fot., notka biograficzna i podkreślenia w tekście: Stefania Pruszyńska, redakcja Gazety Autorskiej „IMPRESJee” www.impresjeee.blox.pl



poniedziałek, 12 czerwca 2017

 

W różnych miejscach Europy archeolodzy znajdują bardzo podobne, bursztynowe paciorki sprzed ok. 3,5 tys. lat. Długo sądzono, że odkrycia należy wiązać ze szlakiem drogi handlowej wiodącej do Grecji. Poznański archeolog Mateusz Cwaliński uważa, że mogło być nieco inaczej.

„Olbrzymie ilości wyrobów z bursztynu znajdują archeolodzy w Grecji okresu mykeńskiego co oznacza, że mają one ok. 3,5 tys. lat. Oczywiście, produkty te musiały być przywożone; większość badań wskazuje, że bursztyn był sprowadzany znad Bałtyku” opowiada w rozmowie z PAP Mateusz Cwaliński, doktorant w Instytucie Archeologii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Badacz dodaje, że na ograniczoną skalę bursztyn pozyskiwano również z terenu Sycylii i Rumunii, ale wyroby wykonywane z nich w pradziejach stanowiły tylko niewielki odsetek całości.

Co ludzie znad Bałtyku zyskiwali w zamian za bursztyn? Najprawdopodobniej wyroby z brązu, które często znajduje się na stanowiskach archeologicznych z tego okresu. Być może chodziło również o towary, które nie zachowały się do dziś – sól czy egzotyczne barwniki (np. purpura).

Zdaniem Mateusza Cwalińskiego, ważnymi odbiorcami bursztynu w tym czasie byli nie tylko Grecy, lecz i społeczności mieszkające nad Morzem Adriatyckim. Właśnie ten rejon jest przedmiotem zainteresowania poznańskiego naukowca, który na swoje badania otrzymał stypendium Start z FNP.

W samych krajach byłej Jugosławii i w Albanii naliczył on już ok. 700 paciorków i innych przedmiotów wykonanych z bursztynu, które mają od ok. 4 tys. do 2800 lat. Choć naukowiec dopiero zaczyna analizować występowanie bursztynu na Półwyspie Apenińskim to już stwierdził, że przedmiotów z bursztynu może tam być o wiele więcej niż po wschodniej stronie Adriatyku.

Dotychczas naukowcy inaczej postrzegali rolę tej części Europy w procesie wymiany bursztynu. Uważali, że społeczności zamieszkujące strefę nadadriatycką jedynie pośredniczyli w wymianie, a głównym odbiorcą tego surowca była mykeńska Grecja. Teraz okazuje się, że strefa centralnego śródziemnomorza mogła stanowić nie mniej ważny cel w ramach szlaków importu bursztynów, i to już w czasach epoki brązu sugeruje poznański archeolog.

Co ciekawe, forma wykonania paciorków znajdowanych w całej Europie była bardzo zbliżona. Rzadko mamy do czynienia z przedmiotami identycznymi, ale ich forma jest bardzo podobna: są to m.in. paciorki dwustożkowate, z szerszą częścią środkową, zwężające się ku obu krawędziom. Z kolei z obszaru nadadriatyckiego znane są przedmioty z bursztynu, które przypominały astragale, czyli kości skokowe, które w starożytności często służyły jako kości do gier.

Epoka brązu to okres, w którym wykształciły się elity społeczne. W tamtych czasach ani brąz, ani też wyroby z bursztynu nie były niezbędne do życia (brąz był dość miękkim metalem, a bursztyn jedynie ozdobą). Jednak ich posiadanie wskazywało na posiadanie wysokiego statusu społecznego stwierdza naukowiec.

Archeolog zauważa ponadto, że miejsca wydobycia cyny i miedzi niekiedy są od siebie znacznie oddalone, podczas gdy największe zasoby bursztynu znajdują się nad Bałtykiem. To oznacza że dynamicznie rozkwitająca nadśródziemnomorska cywilizacja mykeńska nie miała do niego łatwego dostępu. Wymusiło to na różnych społecznościach wzmożenie kontaktów i doprowadziło do stworzenia sieci wymiany produktów.

„Powszechnie uważa się, że towar rzadki uznawany jest za cenny i prestiżowy. Tak samo było najprawdopodobniej w przypadku bursztynu” dodaje Cwaliński.

Bursztyn fascynował ludzi od tysiącleci. Zainteresowanie budził jego specyficzny kolor i faktura, a nawet zapach, jaki wydziela się w czasie spalania. Być może nawet przypisywano mu znaczenie magiczne.

Cwaliński ustalił, że większość przedmiotów z bursztynu znajdowanych w krajach byłej Jugosławii pochodzi z grobów; podobna sytuacja jest w Grecji mykeńskiej.

„Różnica tkwi jednak w jego wykorzystaniu: na Bałkanach bursztyn niemal wyłącznie stanowi wyposażenie pochówków kobiecych i dziecięcych, natomiast w Grecji jest on również odnajdowany w grobach wojowników” dopowiada.

„O tym, jak delikatny był system dalekosiężnej wymiany towarów sprzed kilku tysięcy lat, świadczy to, że wśród znalezisk z okresu mniej więcej od 800 do 700 r. p.n.e. nie ma wyrobów z bursztynu na wschodnim wybrzeżu Adriatyku. Możliwe, że było to spowodowane migracjami i niepokojami społecznymi, które zaburzyły dotychczas funkcjonujące szlaki nie tylko bursztynu, ale także cyny” mówi archeolog.

Jednak później wszystko wróciło do normy. Od VII stulecia p.n.e. bursztyn ponownie był importowany na te tereny w niespotykanym wcześniej natężeniu i w bardziej wysublimowanych formach. W opinii Cwalińskiego, począwszy od tamtej chwili,  import bursztynu przybrał bardziej zorganizowaną postać, którą można określić mianem szlaku bursztynowego, który połączył wybrzeże Bałtyku z Rzymem.

„Po dziś dzień bursztyn cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Dla zagranicznych turystów wizytujących Gdańsk zakupy bursztynu na ul. Mariackiej są obowiązkowym punktem programu. Miasto może się pochwalić corocznie odbywającymi się największymi w Europie targami bursztynu” stwierdza naukowiec.

szz/ zan

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl

 


W publikacji: Jantarion 1, Stefania Pruszyńska

Ilustracja graficzna własna redakcji Gazety Autorskiej „IMPRESJee”

Wszelkie prawa zastrzeżone



wtorek, 06 czerwca 2017

Uroczystość wręczenia Lednickiego Orła Piastowskiego prof. Stanisławowi Suchodolskiemu, polskiemu archeologowi, historykowi, zaliczanemu do grona najwybitniejszych polskich numizmatyków, odbyła się 31 maja br. w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Nagroda przyznawana jest od 2009 r. za wybitne osiągnięcia w dziedzinie badań naukowych i upowszechniania wiedzy związanej z pierwszą dynastią panującą w Polsce. Dyrektor Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy prof. Andrzej M. Wyrwa podkreślił, że wkład prof. Suchodolskiego jest w tej kwestii niezaprzeczalny.

„Jest on najwybitniejszym specjalistą z zakresu numizmatyki z czasów piastowskich; uznanym na całym świecie, nagradzanym w Polsce i za granicą. To także wychowawca całego grona polskich numizmatyków. Jego wkład w poznanie dziedzictwa Piastów, a także samej monety i jej obiegu, znaczenia w przestrzeni historycznej ziem polskich jest olbrzymi” –  stwierdził  prof. Wyrwa.

Zaznaczył przy tym, że choć nagroda przyznana została za całokształt pracy twórczej, naukowej i dydaktycznej profesora, nie można pominąć jego bardzo owocnej współpracy z Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

„Istotny jest wkład profesora chociażby w poznanie kwartników śląskich, które zostały znalezione w obiektach architektonicznych na wyspie. Prof. Suchodolski opracowywał też wczesnośredniowieczne monety odnalezione na cmentarzysku w Dziekanowicach” – przypomniał prof. Wyrwa.Znawca monety średniowiecznej w Europie, archeolog, historyk Stanisław Suchodolski urodził się w 1936 r. w Warszawie. W latach 50.  ub. wieku studiował archeologię na Uniwersytecie Warszawskim. W 1956 r. podjął studia historii u prof. Aleksandra Gieysztora, jednocześnie pod kierunkiem prof. Ryszarda Kiersnowskiego napisał rozprawę doktorską pt. „Mennictwo w Polsce mwczesnośredniowiecznej od X do XII wieku”. W 1983 r. uzyskał tytuł profesora.

Odbył specjalistyczne studia we Francji i we Włoszech, uczestniczył w licznych międzynarodowych kongresach i sympozjach numizmatycznych, a także w szeregu badaniach wykopaliskowych w Polsce i poza krajem.

Jego badania istotnie przyczyniły się do rozpoznania mennictwa Piastów, w tym do przyjęcia tezy, że Mieszko I nie bił monet, inicjatorem mennictwa polskiego był jego syn Bolesław, zaś przypisywane pierwszemu historycznemu władcy Polski denary emitował Mieszko II.

Wieloletni pracownik Instytutu Archeologii i Etnologii PAN oraz pracownik Instytutu Archeologii UW.

Profesor Suchodolski jest autorem kilkuset prac naukowych a także autorem lub współautorem kilkunastu książek. Jest członkiem wielu towarzystw i stowarzyszeń krajowych jak i zagranicznych. Jest też laureatem licznych nagród i odznaczeń.

Honorową nagrodę Lednickiego Orła Piastowskiego ustanowiono w 2009 r. Nagroda jest przyznawana raz w roku przez marszałka województwa wielkopolskiego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie badań naukowych i upowszechniania wiedzy o roli dynastii piastowskiej w historii Polski i Europy, oraz ochrony piastowskiego dziedzictwa kulturowego.

Laureata wyłania, spośród zgłoszonych kandydatów, kapituła w skład której wchodzą m.in. prymas Polski, metropolita poznański, rektor poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i dyrektor Muzeum Pierwszych Piastów.

W latach ubiegłych wyróżnienie otrzymali m.in. prof. Gerard Labuda, prof. Zofia Kurnatowska, prof. Jerzy Strzelczyk, prof. Klementyna Żurowska i prof. Antoni Gąsiorowski. (PAP)

 rpo/ pat/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl



poniedziałek, 08 maja 2017

 

Polscy naukowcy stworzyli „chit”, czyli pierwszy chemiczny bit – poinformował w czwartek Instytut Chemii Fizycznej PAN. Udowodnili tym samym, że do przechowywania informacji nadaje się nie tylko fizyka, lecz również chemia.

Komputer, smartfon, cyfrowy aparat fotograficzny – żadne z tych urządzeń nie mogłoby działać bez układów pamięci. W typowych pamięciach elektronicznych zera i jedynki są zapisywane, przechowywane i odczytywane za pomocą zjawisk fizycznych, takich jak przepływ prądu czy zmiana właściwości elektrycznych bądź magnetycznych nośnika.

Działająca pamięć innego typu, zbudowana w oparciu o zjawiska chemiczne, została stworzona przez dr. inż. Konrada Giżyńskiego oraz prof. Jerzego Góreckiego z Instytutu Chemii Fizycznej Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Rolę chemicznego nośnika informacji pełni w niej prosty układ trzech stykających się kropel, w których zachodzą reakcje oscylacyjne.

Chemicznym fundamentem pamięci skonstruowanej przez badaczy z IChF PAN są zachodzące w roztworach reakcje Biełousowa-Żabotyńskiego. Ich przebieg ma charakter oscylacji: gdy jeden cykl się kończy, w roztworze odtwarzają się reagenty niezbędne do rozpoczęcia kolejnego cyklu. Zanim reakcja ustanie, oscylacje mogą się powtórzyć od kilkudziesięciu do kilkuset razy. Towarzyszą im regularne zmiany koloru roztworu, za które odpowiada ferroina, katalizator reakcji.

Drugim katalizatorem używanym przez warszawskich naukowców był ruten. Powoduje on, że reakcja staje się światłoczuła, czyli przy intensywnym oświetleniu roztworu światłem niebieskim przestaje on oscylować – pozwala to kontrolować przebieg reakcji.

„Nasz pomysł na chemiczne zapisywanie informacji był prosty” – wyjaśnia prof. Górecki. Naukowcy postanowili poszukać jak najmniejszych układów kropel, w których wzbudzenia mogłyby zachodzić na kilka sposobów, przy czym przynajmniej dwa byłyby trwałe. „Jednej sekwencji wzbudzeń moglibyśmy wtedy przyporządkować wartość logiczną 0, drugiej 1, a do przełączania układu między nimi, a więc do wymuszania określonej zmiany stanu pamięci, używać światła”.

Eksperymenty wykazały, że układ trzech kropel, wielokrotnie obieganych przez fronty chemiczne, był zdolny do trwałego przechowywania jednego z dwóch stanów logicznych.

„Tak naprawdę nasz chemiczny bit ma nieco większe możliwości, niż bit klasyczny”  stwierdza dr Giżyński. „Mody rotacyjne, których używaliśmy do zapisu stanów 0 i 1, miały najkrótsze czasy oscylacji, równe odpowiednio 18,7 s i 19,5 s. Jeśli więc układ oscylował jakkolwiek wolniej, można było mówić o dodatkowym, trzecim stanie logicznym”. Naukowiec zauważa przy tym, że trzeci stan mógłby być stosowany nie do przechowywania informacji, a na przykład do weryfikowania poprawności zapisu.

Przeprowadzone w IChF PAN badania nad pamięcią zbudowaną z oscylujących kropel służyły wyłącznie zademonstrowaniu, że trwałe przechowywanie informacji za pomocą reakcji chemicznych jest możliwe. W nowo powstałej pamięci reakcje odpowiadają jedynie za utrzymanie informacji, podczas gdy jej zapis i odczyt nadal wymagają metod fizycznych.

Naukowcy zastrzegają, że zanim zostanie skonstruowana w pełni chemiczna pamięć, która mogłaby się stać częścią przyszłego chemicznego komputera, najprawdopodobniej upłynie jeszcze wiele lat.

PAP - Nauka w Polsce

kflo/ zan/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl

Ilustracja graficzna redakcji Gazety Autorskiej „IMPRESJee”: Oscylatorium, Stefania Pruszyńska



wtorek, 25 kwietnia 2017

Z dorobkiem naukowym i informacjami o wpływie odkryć prof. Leszka Bergera na rozwój nauk biologicznych można  już  się zapoznać z wydanej w Poznaniu książki. Wśród największych odkryć zmarłego kilka lat temu polskiego naukowca są te dotyczące żaby wodnej.

Prof. Leszek Berger (1925–2012) jest odkrywcą nowego typu dziedziczenia. Jego odkrycie w latach 60. ubiegłego wieku, że żaba wodna (łac. Rana esculenta) jest naturalnym mieszańcem, a nie odrębnym gatunkiem było rewolucją we współczesnej biologii, zaś wyjaśnienie nowego zjawiska, hybrydogenezy u płazów, wywołało przełom w badaniach genetycznych na świecie.

Przygotowana pod redakcją prof. Lecha Wojciecha Szajdaka i dr. Jana Śmiełowskiego książka „Wpływ odkryć Profesora Leszka Bergera na rozwój nauk biologicznych” ukazała się z okazji obchodów 90. rocznicy urodzin naukowca.

Jak podkreślił współautor publikacji i uczeń prof. Bergera, dr Jan Śmiełowski, dokonania bohatera publikacji są uważane za jedne z najbardziej istotnych odkryć biologii XX wieku, zaś efekty jego badań dotyczące żab wodnych były zaprzeczeniem poczynionych przeszło 200 lat wcześniej ustaleń słynnego przyrodnika, twórcy systemu klasyfikacji zwierząt Karola Linneusza.

Leszek Berger rozpoczął studia nad płazami i gadami Wielkopolski w latach 50. ub. wieku. W Poznaniu stworzył niepowtarzalny w skali europejskiej warsztat pracy badawczej.

W badaniach nad systematyką żab zielonych, które były dotąd traktowane jako jeden gatunek Rana esculenta, stwierdził, że żaby te dzielą się na trzy odrębne formy: żaba śmieszka, żaba jeziorkowa i żaba wodna. Na drodze ich krzyżowania wykazał, że żaba śmieszka i jeziorkowa są gatunkami, natomiast żaba wodna – najpospolitsza żaba Europy – jest ich mieszańcem o niezwykłych właściwościach.

Pierwsze informacje o wynikach badań prof. Bergera zostały odrzucone przez świat nauki, wyniki uznano za niemożliwe, a wręcz błędne.

„Wyniki moich badań wywołały ferment wśród europejskich herpetologów. Prof. Hans Kauri z Uniwersytetu w Uppsali przysłał swoje prace i książki, w których dowodził, że wszystkie żaby zielone Europy tworzą jeden gatunek. Dyrektor Instytutu Zoologii w Zurychu powiedział do swoich asystentów: +Być może Berger ma rację, ponieważ w Polsce wszystkie trzy żaby występują sympatrycznie i żaba wodna może być mieszańcem, ale u nas występuje tylko żaba wodna i żaba jeziorkowa, więc w jaki sposób żaba wodna może być mieszańcem?+” – pisał o swojej pracy prof. Berger.

 Mimo przełomowych dokonań, naukowiec miał bardzo poważne problemy także w krajowym środowisku naukowym. Do jego odkryć i pracy podchodzono z nieufnością, a nawet wrogością.

Jego pracę „Systematyka żab zielonych”, którą chciał obronić jako rozprawę habilitacyjną, odrzuciły uniwersytety w Poznaniu i w Krakowie. Ostatecznie Berger obronił rozprawę habilitacyjną w Akademii Rolniczej w Poznaniu. Kłopoty z habilitacją i problemy ze swobodnym prowadzeniem dalszych prac naukowych skutkowały jednak poważnymi komplikacjami zdrowotnymi.

W latach 70. naukowiec otrzymał duży grant z USA na badania populacji żab zielonych w Polsce, jednak wskutek braku wsparcia ze strony środowiska naukowego oraz ówczesnych władz nie udało się wykorzystać tych środków do stworzenia w Poznaniu unikatowego ośrodka badawczego. Grant został zwrócony.

Dalsze badania prowadzone przez naukowca, a także z jego pomocą doprowadziły do kolejnych odkryć i opisania nowych gatunków żab – głównie z basenu Morza Śródziemnego.

„Fenomenalne okrycie profesora spowodowało powstanie wielu silnych ośrodków badawczych zajmujących się żabami zielonymi w Ameryce, Europie, Azji i jest do dzisiaj niewyczerpalną skarbnicą i inspiracją dla nowych, dalszych istotnych wyjaśnień zjawiska hybrydogenezy u żab” – podkreślił dr Śmiełowski.

Jak dodał, marzeniem profesora było praktyczne przełożenie jego odkrycia i wykorzystania niepłodnych krzyżówek żab wodnych w celach konsumpcyjnych, przy okazji hodowli karpiowej.

„Polskie ustawodawstwo ochrony przyrody, mimo wielokrotnych zmian, nie dokonało przeniesienia tej krzyżówki do gatunków częściowo chronionych, co uniemożliwiło legalny obrót towarowy udkami żabimi, np. na rynek francuski. Tego wyzwania podjęli się francuscy hodowcy, uzyskując z tego znaczące dochody” – powiedział.

Malakolog i herpetolog prof. Leszek Berger urodził się w 1925 roku w Pabianicach. Był absolwentem Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Poznańskiego. W 1981 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego, zaś w 1990 r. – zwyczajnego. Jego dorobek to ponad 120 publikacji. Za wykrycie praw nowego typu dziedziczenia otrzymał w Polskiej Akademii Nauk nagrodę I stopnia. Jego imię nosi jeden z gatunków żab. Prof. Berger zmarł w 2012 roku w Jaskółkach w gm. Raszków (woj. wielkopolskie).

W 2014 roku w Raszkowie otwarto zbudowany na cześć profesora staw w kształcie żaby.

Publikacja „Wpływ odkryć Profesora Leszka Bergera na rozwój nauk biologicznych” powstała jako zwieńczenie konferencji naukowej dedykowanej badaczowi i odkrywcy, zorganizowanej w ub. roku przez Instytut Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN. Książka zostanie rozesłana do bibliotek polskich uniwersytetów, trafi też do niektórych uczelni na świecie.

 rpo/ agt/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl

Fot. własne redakcji Gazety Autorskiej „IMPRESJee”: Stefania Pruszyńska

Na fot.: Żaba trawna (Rana temporaria)



środa, 19 kwietnia 2017

Dziewięćdziesiąt lat temu, 9 kwietnia 1927 roku, w Turynie przyszedł ma świat Jacek Rafał Karpiński, inżynier elektronik i informatyk, żołnierz Szarych Szeregów – człowiek, który mógł zapewnić Polsce czołową pozycję w światowej informatyce.

Karpiński był synem Adama Karpińskiego, konstruktora lotniczego i himalaisty oraz Wandy Czarnockiej-Karpińskiej, lekarki i alpinistki. Na początku lat 70. stworzył najlepszy minikomputer na świecie, jednak socjalistyczny ustrój nie pozwolił mu osiągnąć sukcesu na miarę Apple czy Microsoftu.

Podczas II wojny światowej działał w Szarych Szeregach, w Batalionie Zośka (był w tym samym plutonie co Krzysztof Kamil Baczyński). Drugiego dnia powstania warszawskiego został postrzelony w kręgosłup. Choć częściowo sparaliżowany, przeżył kapitulację powstania i został ewakuowany. Udało mu się odzyskać zdrowie, ale do końca życia utykał. Okupacyjna przeszłość Karpińskiego sprawiła, że komunistyczne władze nie były mu przychylne.

Po rehabilitacji, w roku 1946, rozpoczął studia na Politechnice Łódzkiej, później przeniósł się na Politechnikę Warszawską, którą ukończył w marcu 1951 (mniej więcej pół roku po tym, jak w słonecznej Kalifornii przyszedł na świat przyszły współtwórca Apple, Steve Wozniak).

Z uwagi na okupacyjną przeszłość po studiach Karpiński miał problem ze znalezieniem stałej pracy. W końcu znalazł zatrudnienie jako konstruktor w zakładach wytwórczych sprzętu elektronicznego Warel w Warszawie. Jego dziełem był nadajnik NPK-2 o mocy dwóch kilowatów. W roku 1955 (gdy za oceanem urodzili się Bill Gates i Steve Jobs) został adiunktem w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN. Brał udział w konstruowaniu pierwszych aparatów USG, jednak wkrótce okazało się, że jego powołaniem są maszyny liczące.

W roku 1957 w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki skonstruował lampową maszynę AAH, która na podstawie analizy harmonicznych Fouriera prognozowała pogodę. Dwa lata później powstał pierwszy na świcie tranzystorowy analizator równań różniczkowych AKAT-1, którego piękną obudowę zaprojektowano na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

W roku 1960 Karpiński był jednym z sześciu laureatów ogólnoświatowego konkursu młodych talentów techniki UNESCO. W nagrodę wyjechał do USA, gdzie studiował m.in. w Uniwersytecie Harvarda i w Massachusetts Institute of Technology. W wywiadzie dla CRN udzielonym w roku 2007 Karpiński wspominał: „Przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas – burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu”.

Dlaczego nie został w USA, gdzie mógłby w pełni wykorzystać swoje możliwości? „Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku – wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem, żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy” – powiedział w jednym z wywiadów.

Po powrocie do kraju skonstruował perceptron – sieć neuronową, która rozpoznawała otoczenie za pomocą kamery i potrafiła się uczyć. Był to drugi taki perceptron na świecie, (opracowany mniej więcej wtedy, gdy nastoletni Wozniak zbudował swój pierwszy komputer).

Kolejnym dziełem Karpińskiego był skaner do analizy fotografii zderzeń cząstek elementarnych, wspomagany przez własnej konstrukcji komputer KAR-65. KAR 65 był 30 razy tańszy i 2 razy szybszy niż produkowane wówczas w Polsce komputery ODRA – wykonywał 100 tysięcy operacji na sekundę.

Jednak prawdziwie rewolucyjny był K-202 i sama koncepcja minikomputera – zdefiniowanego przez Karpińskiego jako mała, lecz w pełni funkcjonalna maszyna kosztująca poniżej 10 tys. dolarów. W latach 60. XX wieku komputery były wielkimi, coraz mocniejszymi maszynami, wymagającymi specjalnych klimatyzowanych pomieszczeń i zużywającymi mnóstwo energii.

Na początku lat 70. nastoletni Jobs eksperymentował właśnie z LSD i marihuaną, a Wozniak zaczął konstruować kalkulatory dla Hewlett-Packarda. Karpiński wraz ze współpracownikami zaprojektował pierwszy w kraju minikomputer na układach scalonych małej i średniej skali integracji, kosztujący około 5 tys. dolarów – a więc bardzo tani jak na swoje możliwości. Jego jednostka centralna o 16-bitowym procesorze miała wielkość walizki i mogła wykonywać milion operacji na sekundę – więcej niż komputery osobiste wytwarzane dekadę później. Komputer ważył zaledwie 35 kilogramów, a pobór mocy sięgał 700 watów.

Pamięć można było rozszerzyć teoretycznie do 8 megabajtów (co jednak byłoby wówczas niezwykle kosztowne) – w czasach, gdy najlepsze tego rodzaju konstrukcje obsługiwały 64 kilobajty. Jeśli nabywca potrzebował większej mocy, mógłby dołożyć kolejny moduł procesora (jednak konfiguracja z więcej niż czterema procesorami nie byłaby efektywna).

Niestety, K202 nie był kompatybilny z socjalistycznym systemem RIAD, a jeden z oceniających maszynę decydentów argumentował, że „gdyby dało się stworzyć komputer wielkości walizki… już dawno zrobiliby to Amerykanie”.

Mimo przeszkód zespół Karpińskiego skonstruował w ciągu roku prototyp K202 i zademonstrował go podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich w 1971 r. Stoisko odwiedzili między innymi I sekretarz KC PZPR Edward Gierek oraz główny konstruktor komputerów radzieckich - obaj byli pod wrażeniem. „Powstał minikomputer na elementach elektronicznych czwartej generacji, stanowiący w swojej klasie najbardziej uniwersalną maszynę świata. Liczy z szybkością miliona operacji na sekundę i w tym dorównują mu tylko amerykański minikomputer Super-Nova i angielski Modular One (najnowsza Odra-1304 liczy 20 razy wolniej)” – relacjonowała ówczesna prasa.

Na Zachodzie nie brakowało pieniędzy ani zaawansowanych technicznie elementów, w Polsce byli dobrze wyszkoleni inżynierowie. Dzięki finansowemu wsparciu firm brytyjskich Data-Loop i MB Metals współpracujących z Biurem Handlu Zagranicznego METRONEX udało się rozpocząć produkcję K202 i wyprodukować 30 egzemplarzy, z których 15 wyeksportowano do Wielkiej Brytanii, a resztę zakupiły różne instytucje krajowe. Jeden trafił do Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN), inny przepracował blisko dwadzieścia lat w Hucie im. Lenina w Krakowie.

Ale w wyniku sporów i konfliktu interesów, jak również problemów z przejściem od montażu prototypów do produkcji seryjnej i płatnościami dewizowymi, produkcję komputera przerwano. Jego projekt został później wykorzystany w produkowanej głównie z krajowych części maszynie Mera-400, która jednak nie była już konkurencją dla nowych konstrukcji zachodnich. Z powodu administracyjnej i technologicznej niewydolności centralnie sterowanej gospodarki socjalistyczny przemysł komputerowy stracił szansę na skuteczne konkurowanie z IBM czy DEC. Jeszcze w latach 1985-1988 Przedsiębiorstwo Zagraniczne Amepol wytwarzało komputer MX-16, będący rozwinięciem Mery-400.

Gdy Gates studiował w Uniwersytecie Harvarda (rzucił studia, by założyć Microsoft), Karpińskiego odsunięto od prac nad komputerami. Nie był w stanie znaleźć pracy zgodnej ze swymi kwalifikacjami i doświadczeniem. Nie mógł też wyjechać za granicę, ponieważ odmówiono mu paszportu.

W 1976 roku Jobs, Wozniak i mniej znany Ronald Wayne właśnie założyli firmę Apple (w latach 1980-83 jej komputery sprzedawały się najlepiej na świecie). Zaledwie dwa lata później Karpiński osiadł na wsi pod Olsztynem, gdzie zaczął hodować drób i świnie. Mimo deklarowanej „odnowy” po roku 1980 władze nie zgodziły się na objęcie przez konstruktora kierowniczego stanowiska w Instytucie Maszyn Matematycznych ani w zakładach MERA.

Karpiński wyemigrował w końcu do Szwajcarii, gdzie zatrudnił się u Stefana Kudelskiego, producenta profesjonalnych magnetofonów NAGRA. Później skonstruował sterowanego głosem robota oraz „inteligentne pióro” – Pen-Readera, czyli ręczny skaner do wczytywania tekstu.

Do kraju powrócił w 1990 roku. Był doradcą w dziedzinie informatyki Leszka Balcerowicza i Andrzeja Olechowskiego. Chciał produkować w Polsce Pen Readera oraz kasy fiskalne, jednak wpadł w problemy finansowe. Przez pewien czas dorabiał projektowaniem witryn internetowych.

(Tymczasem w roku 1997 Steve Jobs powraca do Apple, by znów uczynić firmę wielką, a majątek Billa Gatesa przekracza w roku 1999 100 mld dolarów).

Jacek Karpiński zmarł 21 lutego 2010 we Wrocławiu, w wieku 83 lat. Spoczywa w grobie rodzinnym na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie. Jego dzieła – AKAT-1, Perceptron, KAR-65 i K- 202 znajdują się w zbiorach warszawskiego Muzeum Techniki.

Został trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, w roku 2009 otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, a pośmiertnie, w roku 2010 Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. (PAP)

pmw/ zan/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl

Grafika własna redakcji Gazety Autorskiej „IMPRESJee”, Entropiau 1, Stefania Pruszyńska 



wtorek, 21 marca 2017

Za życia znany jako popularyzator zoologii, współtwórca ocalenia żubrów, dyrektor stołecznego ZOO i osobowość radiowa, po śmierci Jan Żabiński zyskał międzynarodową sławę bohatera ratującego Żydów podczas okupacji. Film związany z tym wątkiem jego biografii  w piątek trafia do kin.

Urodził się w 1897 roku w Warszawie jako syn Józefa Żabińskiego i Heleny z domu Strzeszewskiej. Zamiłowanie do zwierząt zaszczepiła mu matka. W latach młodzieńczych pasjonował się również lekkoatletyką, zwłaszcza biegami. Był wieloletnim rekordzistą Warszawy w biegu na 100 m (z wynikiem 11,1 s).

 W roku 1919 wstąpił do odrodzonego Wojska Polskiego – za udział wojnie polsko-bolszewickiej 1920 dostał pierwszy Krzyż Walecznych (drugi otrzymał w 1944 roku). Po służbie wojskowej studiował na Uniwersytecie Warszawskim i w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, zdobywając tytuł inżyniera agronomii i doktora fizjologii (w roku 1946 roku habilitował się z zoologii na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie). Wykładał w szkołach średnich i na wyższych uczelniach. Gdy tylko zaczęto emitować polskie audycje radiowe (1926), zaczął wygłaszać pogadanki o zwierzętach.

 Na SGGW Jan Żabiński poznał Antoninę Erdman, która pracowała jako archiwistka. Antonina stała się jego żoną, najbliższą współpracowniczką i znakomitą opiekunką zwierząt.

 Był organizatorem Ogrodu Zoologicznego w Warszawie i jego pierwszym dyrektorem (1929). Funkcję tę pełnił – z przerwą w okresie wojny – do marca roku 1951, gdy odwołano go ze stanowiska ze względu na działalność w AK.

 Już w latach 30. za najważniejsze zadanie takich ogrodów Żabiński uważał zachowanie gatunków zagrożonych wymarciem. Warszawskie Zoo było wtedy uważane za jedno z najlepszych w Europie. Wśród sukcesów można wymienić przyjście na świat w 1937 roku słonicy Tuzinki - 12. słonia urodzonego w niewoli, rozmnożenie po raz pierwszy w niewoli likaonów oraz koni Przewalskiego. Obok Jana Sztolcmana to właśnie głównie Żabińskiemu zawdzięczamy fakt, że na wolności można oglądać żywe żubry i podziwiać konie typu tarpan.

 W modernistycznej willi na terenie zoo (zwanej „Willą pod Zwariowaną Gwiazdą”) małżeństwo opiekowało się chorymi zwierzętami, często w niekonwencjonalny sposób. Gdy lwica nie chciała karmić małych lewków, Jan postanowił skorzystać z mleka... własnej siostry, która również niedawno urodziła.

„Nie wystarczy badać zwierząt z bezpiecznej odległości – trzeba z nimi mieszkać, żeby naprawdę poznać ich obyczaje i psychologię” – powiedział kiedyś.

 Jesienią 1939 roku w Warszawie miał się odbyć doroczny zjazd członków Międzynarodowego Stowarzyszenia Dyrektorów Ogrodów Zoologicznych. Wybuchła jednak wojna i 3 września zoo zostało zbombardowane. Część zwierząt zginęła, niektóre zjedzono podczas oblężenia, inne uciekły. Lwy trzeba było zastrzelić ze względów bezpieczeństwa. Wiele z pozostałych (w tym Tuzinkę) Niemcy wywieźli do innych ogrodów. Część zwierząt niemieccy oficerowie zastrzelili podczas polowania urządzonego na terenie ZOO w sylwestra 1940 roku.

Mieszkający z żoną i dziećmi w willi Jan Żabiński oficjalnie zajmował się hodowlą świń dla niemieckich żołnierzy. By mógł zdobywać dla nich odpady, zezwolono mu na wstęp do getta. W późniejszych latach okupacji część terenów ogrodu podzielono na uprawne działki dla mieszkańców miasta.

 Nieoficjalnie Jan Żabiński działał w podziemiu – utrzymywał się z lekcji udzielanych na tajnych kompletach Wydziału Lekarskiego, Stomatologicznego i Farmaceutycznego UW, ukrywał na terenie zoo broń i materiały wybuchowe oraz Żydów przeszmuglowanych z getta. Jako kryjówki służyły między innymi opuszczone pomieszczenia dla lwów. By dać lokatorom willi sygnał do ukrywania się, Antonina grała na fortepianie lub nuciła melodię z operetki „Piękna Helena” Offenbacha – „Jedź, jedź, jedź na Kretę!”. Chowali się na stryszku, w szafach ściennych, czy ewakuowali do bażanciarni tunelem, którego wejście znajdowało się w piwnicy. Willa stała na terenie często odwiedzanym przez Niemców - nie przypuszczali, by działo się tam coś nielegalnego. Zdarzały się jednak niebezpieczne incydenty – w pewną niedzielę przez okno willi wyskoczyła psychicznie chora, innym razem pijany niemiecki oficer przerwał Antoninie Offenbacha i zaczął grać zakazaną „Etiudę Rewolucyjną” Chopina.

Całkowita liczba Żydów, którzy przewinęli się przez willę Żabińskich, nie jest pewna – szacuje się ją na od 150 do trzystu osób. Wśród ukrywających się była rzeźbiarka Magdalena Gross i jej mąż, prawnik Maurycy Fraenkel, pisarka Rachela Auerbach, mistrz bokserski Samuel Kenigswein z żoną i dwójką dzieci, Marceli Lewi-Łebkowski z rodziną, Joanna Kramsztykówna, Leonia i Irena Tenenbaum, żona i córka zmarłego w getcie entomologa Szymona Tenenbauma, mikrobiolog prof. Ludwik Hirszfeld – współorganizator Polskiej Akademii Nauk. Nie był to tylko azyl dla elity – u Żabińskich ukrywało się wielu ubogich Żydów, w tym dobrze znane Żabińskim rodziny przedwojennych dostawców owoców, warzyw i nabiału.

 Jako żołnierz Armii Krajowej Jan Żabiński dosłużył się stopnia porucznika. Podczas Powstania Warszawskiego dowodził plutonem. 15 września 1944 roku pocisk karabinowy przeszył mu szyję - do końca Powstania przebywał w szpitalach. Później trafił do niemieckiej niewoli –w stalagach prowadził pogadanki zoologiczne dla innych jeńców wojennych.

 Gdy tylko wrócił do kraju (1945) podjął pracę naukową i popularyzatorską. Już w roku 1946 warszawskie ZOO wznowiło działalność.

Od 1947 roku był członkiem Państwowej Rady Ochrony Przyrody i redagował „Księgi Rodowodowe Żubrów”. W latach 1952–1954 wykładał w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej.

Był bardzo płodnym autorem - wydał ponad 60 książek popularnonaukowych (na przykład „Człowiek jest plastyczny”, „Czy można żyć bez skóry”, „Futro i jego dostawcy”, „Gawędy o zwierzętach”, „Jak powstała trąba słonia”, „Karaluch”, „Porozumienie ze zwierzęciem”, „Przekrój przez zoo”, „Walka o żubra”, „Z życia zwierząt”, „Żywa bateria”), wiele artykułów – a także sześć przekładów oraz 32 prace i rozprawy naukowe (głównie z dziedziny hodowli żubrów, ale także biologii karalucha, fizjologii, hodowli i aklimatyzacji zwierząt). Za popularyzatorskie audycje radiowe i telewizyjne o zwierzętach (ponad 1500) Polskie Radio przyznało mu Złoty Mikrofon. Pisał też scenariusze filmów przyrodniczych i był ich konsultantem.

 W 1965 roku Instytut Yad Vashem przyznał Antoninie i Janowi Żabińskim tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ceremonia sadzenia drzewka na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie odbyła się w 1968 r.

„Do żadnej partii nie należę i żaden program partyjny nie był moim przewodnikiem w okresie okupacji. Jestem indywidualistą i nie lubię być krępowany reżimem. Nie można mnie podciągnąć pod jakikolwiek strychulec. Jestem demokratą – Polakiem. Czyny moje były i są konsekwencją pewnego nastroju psychicznego w wyniku wychowania postępowo-humanistycznego, jakie otrzymałem zarówno w domu rodziców, jak i w gimnazjum Kreczmara. Wiele razy pragnąłem zanalizować przyczyny niechęci do Żydów i nie znalazłem innych, poza sztucznie utworzonymi. Co się tyczy mnie, to przyznaję, że nie mogłem znaleźć jakichkolwiek cech charakteru usprawiedliwiających nienawiść bądź niechęć do Żydów; po prostu dlatego, że jest mi całkowicie obojętne, czy mam do czynienia z Duńczykiem, Żydem czy Anglikiem. To przeświadczenie pogłębiłem w ciągu całego swego życia. Cechę tę uważam za właściwą każdemu przyzwoitemu człowiekowi. Dlatego też nie traktowałem naszej pomocy [...] jako jałmużny, tylko jako obowiązek wobec najbardziej gnębionych i poniżonych, jakimi wówczas byli Żydzi – obowiązek podyktowany względami ludzkimi. W tym czasie nie myślałem o grożących nam wszystkim konsekwencjach. Te same motywy, jakie mnie skłaniały do udzielania czynnej pomocy Żydom – to uczucie musu i poczucie obowiązku – równocześnie zaprowadziły mnie do czynnej dywersji w AK” - zapisał Jan Żabiński w relacji przekazanej Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu.

Żabiński zmarł 26 lipca 1974 roku w Warszawie. Wraz z żoną, Antoniną (zm. w 1971 roku), spoczywa na warszawskich Starych Powązkach. Od 1980 roku Jan Żabiński jest patronem jednej z ulic na warszawskim Ursynowie.

Za ratowanie Żydów w czasie wojny 17 listopada 2008 roku Jan został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z gwiazdą, a Antonina Krzyżem Komandorskim.

W 2007 roku Amerykanka Diane Ackerman wydała książkę „The Zookeeper's Wife” opartą na pamiętnikach Antoniny Żabińskiej „Ludzie i zwierzęta”. W 2009 roku w wydawnictwie Świat Książki ukazał się polski przekład pod tytułem „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”. Książka stałą się podstawą hollywoodzkiego scenariusza filmowego. W piątek 24 marca film „Azyl”  pojawi się na ekranach kin.

 PAP - Nauka w Polsce

 pmw/ zan/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl





wtorek, 14 marca 2017

Dr hab. Joanna Sułkowska z Uniwersytetu Warszawskiego znalazła się w rankingu kobiet, które mogą zmienić świat – „2017 International Rising Talents”. Doceniono ją za rozwiązanie tajemnic zaplątanych białek.

Ranking „International Rising Talents” jest opracowywany od 2014 roku w ramach programu pod nazwą L’Oréal-UNESCO For Women in Science. Spośród jego stypendystek każdego roku wskazywanych jest dodatkowo 15 badaczek, które są przyszłością nauki. „Te młode kobiety mają siłę by zmienić świat. Międzynarodowe uznanie pomoże im zrealizować ten potencjał”  – głosi UNESCO.

Kobiety wskazywane w rankingu „International Rising Talents” są wybierane spośród badaczek z całego świata i nagradzane w pięciu kategoriach dotyczących m.in. badań pracy mózgu, rozwijania nowych terapii medycznych. Dr hab. Joannę Sułkowską z Uniwersytetu Warszawskiego doceniono za poszukiwania nowych źródeł leków, a konkretnie za „rozwiązywanie sekretów zaplątanych białek”.

Dr Sułkowska pracuje na Wydziale Chemii UW. Współpracuje z ośrodkami w Stanach Zjednoczonych: Uniwersytetem Kalifornijskim w San Diego, Instytutem Badawczym Scripps i Uniwersytetem Rice. Jej prace skupiają się na poznaniu funkcji białek z węzłami, co może pomóc zrozumieć przyczyny choroby Parkinsona, AIDS i białaczki.

„Białko przypomina łańcuch o otwartych końcach, jest trochę jak nasze sznurówki’ – wyjaśniała w rozmowie z PAP badaczka. „Z życia codziennego wiemy, że wiążą się wszelkie kable, słuchawki do telefonu, a nawet nasze włosy. Węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie” – opisała. Występują również w naszym ciele, np. w strukturach DNA. Posiada je też około 2 proc. struktur białkowych, zdeponowanych w specjalnej światowej bazie białek. „To dość mało. Jednak nie wiadomo, czy rzeczywiście jest ich tylko tyle, czy po prostu węzłów na pozostałych białkach nikt do tej pory nie potrafił zidentyfikować” – podkreśliła badaczka.

„Jeszcze nieco ponad 10 lat temu naukowcy o istnieniu węzłów na białkach nie wiedzieli nic. Obecnie wiemy, że struktury zawęźlone istnieją w kilkuset białkach. Wśród nich są białka odpowiedzialne za chorobę Parkinsona. Obecnie spodziewamy się, że złe zawiązanie białka może być przyczyną rozwoju tej choroby, ale nie wiemy dokładanie, w jaki sposób” – powiedziała rozmówczyni PAP.

Wiadomo też, że strukturę zawęźloną tworzy białko zwane leptyną, które może także prowadzić do otyłości. „W największym uproszczeniu można powiedzieć, że w zależności od formy, w jakiej występuje, może ono hamować lub stymulować wysyłanie impulsów do mózgu o tym, czy jesteśmy najedzeni czy głodni” – mówiła dr Sułkowska.

Odnalazła m.in. najbardziej skomplikowany węzeł na białku. Badania jej zespołu pokazały, że właściwie składa się on z kilku małych węzełków połączonych pętelkami. Udało się im również wykonać symulacje, które pokazały z kolei jak najmniejsze białko z węzłem mogłoby powstawać. „Używając symulacji komputerowych udało się nam zaobserwować proces wiązania tego białka niemal w realnych warunkach. Pozwoliło nam ono cokolwiek rozumieć z zagadki zawiązanych białek” – wyjaśniała badaczka.

Za swoje badania była wielokrotnie nagradzana. Otrzymała m.in. grant Europejskiej Organizacji Biologii Molekularnej (EMBO), stypendium L'Oreal, granty Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Listę laureatek International Rising Talents można znaleźć na stronie:

http://www.unesco.org/new/en/natural-sciences/priority-areas/gender-and-science/for-women-in-science-programme/2017-international-rising-talents/

PAP - Nauka w Polsce 

ekr/ agt/

Źródło: Serwis Nauka w Polsce – www.naukawpolsce.pap.pl




 
1 , 2 , 3 , 4